Google+

REPUBLIKA POŁUDNIOWEJ AFRYKI

dscf0804

Paweł zorientowany we wszystkim informuje nas co do najbliższej przyszłości, a ona wcale nie rysuje się najlepiej:

– Pójdziecie teraz do Country Club’u przebrać się.  I nie miej takiej miny, Country Club to po prostu wiejska klubo-kawiarnia i tyle.

dscf0798dscf0801

Mijamy wypasione pole golfowe, gdzie biało odziani klienci ćwiczą uderzenia kijami i w milczeniu wchodzimy do klubowej łazienki. Mimo mycia i pastowania moje buty i czapsy zachowały zapach Akcji i teraz wyjęte z torby roztaczają wokół specyficzny aromat nadający pomieszczeniu nowy charakter. Przebieramy się nerwowo starając się zajmować jak najmniej miejsca. W dużej sali jadalnej Julie-Ann (Organizatorka) odczytuje Regulamin.

img_3950

– Nasze konie nie są szkółkowymi końmi…- zaczyna.

Pod Regulaminem należy się podpisać i zaznaczyć poziom umiejętności jeździeckich.

– Pisz zaawansowana – podsuwa uprzejmie Paweł.

– Chyba w lata – syczę w odpowiedzi.

img_3956

W milczeniu udajemy się do stajni. Mnie przypada nieduży, garbonosy, gniady Reign. Tak mówiąc prawdę urody jest nienachalnej. Mimo to nasz przewodnik Ashley prowadząc mnie do konia stwierdza:

 – Masz szczęście.

Siodła mają wysokie łęki, zapinają się podobnie jak westowe, wyścielone są miękkim futerkiem. Gdy tylko dotykam uwiązu obok materializuje się rudowłosa piękność o figurze Miss RPA.

– Jestem, aby Ci pomóc – stwierdza z uśmiechem.

Wprawnie podciąga popręgi i wyprowadza Reign’a z ogrodzenia. Ona też powtarza:

– Masz szczęście, on zrobi wszystko, o co go poprosisz.

img_3966

Najpierw ładujemy konie na prom. Stoją dość ciasno, więc czasem wybuchają między nimi sprzeczki, ale łatwo je załagodzić. Przepływamy rzekę, wskakujemy na siodła i po kilkudziesięciu metrach znajdujemy się nad oceanem.

img_3972

img_3973

Ashley nie bawiąc się w długie ceregiele unosi do góry rękę:

– Gotowi na pierwszy galop? – pyta i już ruszamy.

dscf0808

Z prawej strony załamują się lśniące w słońcu fale Oceanu Indyjskiego, z lewej rozciągają się zielone wzgórza, a przed nami długa, piaszczysta plaża. Delikatna bryza chłodzi twarz, a bryzgi słonej wody moczą nas i konie.

Reign jest wspaniały. Bez wahania galopuje po liżących piasek falach, słucha najlżejszego dotknięcia wodzy lub obcasa. Rzeczywiście mam szczęście! Obok mnie miga uśmiechnięta buzia Pauliny lub NzM na swoim gniadym Try’u. W pewnym momencie Ashley wskazuje na wodę:

 – Whale!  – i rzeczywiście pióropusz wody potwierdza obecność wieloryba.

img_3970

Od tej pory często będziemy je widywać wyskakujące wysoko w górę, wzbijające fontanny wody uderzeniami ogona. Tak docieramy do hotelu Trennerys. Nasze bagaże już czekają w domkach, ale zanim się rozejdziemy Ali zdobywa się na odwagę i przedstawia siebie, Martina, Justine i Angelę. Tak się poznajemy. Jeszcze tylko ściągnąć mokre ubranie i można udać się do jadalni. To dzień owoców morza i wszystkie ich rodzaje są obecne na stołach. Że nie wspomnę o właściwych dniach, sałatkach i deserze!

dscn6987a

dscf0817-kopiowanie

Dziś opuszczamy piaszczyste plaże. Jedziemy (w większości galopem) w głąb lądu, przejeżdżamy przez murzyńskie wioski, mijamy stada wspaniale utrzymanych krów.

Zatrzymujemy się tylko przy wodopojach. Ashley uprzedził nas poprzedniego dnie, że będzie gorąco. I nie kłamał. Z radością powitaliśmy więc cel podróży – wodospad ukryty wśród bujnej (mimo zimowej pory) roślinności.

dscn0685-kopiowaniedscn0688-kopiowaniedscn0696-kopiowanie

Rozsiodłujemy konie i rozlokowujemy się na gładkich kamieniach. Część korzysta z możliwości popływania. Woda po upalnym przedpołudniu jest tak cudownie chłodna!

dscn0695-kopiowaniedscn0694-kopiowaniedscn0691-kopiowanie

Reszta układa się w cieniu na kamieniach i żuje lekko zdeformowane kanapki. Nie da się ukryć, że przyroda w tym dniu uwzięła się na Paulinę. Najpierw dwa wielkie pasikoniki (wielkości mniej więcej wróbli) zagarniają jej jeansy. I czynią to chyba w celach lubieżnych. Potem na jej drodze staje zielony, około 80-centymetrowy wąż drzewny. 10 osób przyglądających się i pstrykających zdjęcia musi chyba źle wpływać na jego psychikę, bo prostuje się i stoi tak bez drgnienia jeszcze wtedy, gdy pakujemy się i opuszczamy wodospad.

dscn0703-kopiowaniedscn0702-kopiowanie

dscn0704-kopiowanie

dscn0705-kopiowaniedscn0708-kopiowaniedscn0714-kopiowaniedscn0712-kopiowanie

Droga powrotna przebiega wzdłuż łąk, slalomem pomiędzy krzewami. Regin galopuje wśród nich lekko, zmieniając nogę na każdym zakręcie, zupełnie jakby żar lejący się z nieba mu nie przeszkadzał. Ja z kolei mam wrażenie, że jeżeli jeszcze trochę wody ze mnie wyparuje, to zamienię się w proszek i wiatr rozrzuci mnie po wybrzeżu.

dscn0682-kopiowanie

Wypiliśmy już cały zapas wody. Zjeżdżamy na plażę nad migotliwy, niebieskawy ocean poznaczony białymi wierzchołkami fal.

dscn0715-kopiowanie

– Jeszcze tylko 15 minut galopu – pociesza nas Ashley. – Dacie radę.

Gdy dojeżdżamy do Trennery’s, zaraz po rozsiodłaniu koni, cali brudni i mokrzy od słonej wody, nie zwracając uwagi na konwenanse pędzimy do baru. Każdy łapie coś do picia: win, piwo, cydr… Bez zastanowienia wybieram pierwszy drink z listy. Mojito – nigdy w życiu nie piłam nic lepszego!

dscn0677-kopiowanie

Późnym popołudnie korzystamy z pięknej pogody i idziemy poskakać na falach. Wieczorem, już przebrani, rozsiadamy się wokół hotelowego basenu. Zamawiam mojito. Ale to już zupełnie nie to samo.

img_4061-kopiowanie

Co dzień wieczorem Ashley zbiera nas wszystkich wieczorem i dokładnie informuje o programie jazdy na dzień drugi. I trzeba przyznać, że nikt się nie spóźnia, nie narzeka, nie lekceważy innych. Śmiejemy się i żartujemy, ale nigdy nie poruszamy drażliwych tematów. Ulubione żarty – z siebie samych. Jakie to brytyjskie…

dscn0722-kopiowanie

Tak więc spakowani na czas wyruszamy.

dscn0718-kopiowanie

dscn0719-kopiowanie

Jest znacznie chłodniej, wiatr od morza przynosi strzępki delikatnej mgły i przesuwa piasek po plaży. Wzdłuż wybrzeża płynie wieloryb co jakiś czas wyskakując wysoko nad fale.

img_4027-kopiowanie

img_4051-kopiowanieimg_4046-kopiowanie

dscn0732-kopiowanie

Dziś jest bardzo dużo galopów. Koło południa docieramy do małej zatoczki osnutej mgłą. Po rozsiodłaniu koni zabieramy się do nieco zdefasonowanych długimi galopami kanapek. Pogoda nie zachęca do kąpieli, więc wybieramy się na skały poobserwować ocean.  Z fal wyłaniają się ostre płetwy grzbietowe.

dscn6971-kopiowaniedscn6977-kopiowanie

– To na pewno rekiny – orzekamy i nasz zapał do kąpieli spada o kilka stopni.

Wieczorem Paweł – człowiek światowy (na jego aucie widnieje slogan: „Pływaj z nami, z rekinami”) – tłumaczy nam różnice w zachowaniu stadnym rekinów i delfinów. Bo to delfiny właśnie obserwowaliśmy. Ruszamy dalej. Na brzegu rybak unosi w naszą stronę w geście tryumfu złowioną ogromną rybę. Nawet z dużej odległości widać lśniące w radosnym uśmiechu zęby odznaczające się na czarnej twarzy.

Dzisiejszy odcinek trasy jest długi, przebyty w 80% galopem, jednak Regin jest wciąż wesoły i pełen energii. To naprawdę wspaniały koń!

dscn0736-kopiowaniedscn6985-kopiowaniedscn6978-kopiowaniedscn6962-kopiowanie

img_4034-kopiowanie

dscn6955-kopiowanie

Dojeżdżamy do hotelu Mazeppa Bay. W hotelu wita nas pięknie przygotowany pokój, w nim – a jakże – Biblia i karteczka z powitaniem. Na takich karteczkach oprócz standardowych zapewnień o tym, że wszyscy się cieszą na nasz widok, jest z reguły jakiś cytat z Biblii, jakaś sentencja lub żart. W Trennerys był to cytat z Psalmu: „W stronę gór spoglądam, skądże pomoc mi przybędzie?” Tu, w Mazeppa Bay, myśl na dzisiejszy dzień brzmi: „Ze wszystkich rzeczy, które ubierzesz, twoja osobowość jest najważniejsza”. Odczytuję to rozkładając mokre bryczesy do suszenia i rozpaczliwie poszukując suchych spodni do przebrania się na kolację.

Mazeppa Bay jest zdecydowania największym hotelem, w którym nocowaliśmy. Największym i najbardziej luksusowym. No i najpiękniejszym. Stoi nad samym brzegiem oceanu, a z jego tarasów widać załamujące się na skałach fale. Wchodzimy do ogromnego baru przyozdobionego niezliczoną liczbą spreparowanych ryb. Prócz rybich zwłok na ścianie spostrzegamy albumy z fotografiami złowionych w tej zatoce morskich potworów i zawartości ich żołądków. Tym samym mój zapał do kąpieli spada o kolejne kilka stopni.

Obok nas przechodzi wysoki mężczyzna z ogromnym, upasionym labradorem. Za nimi sunie tłusty kot.

– Idźcie na górę – radzi dobrotliwie mężczyzna (nie kot) – tam jest drugi taras, z jeszcze lepszym widokiem.

„To pewnie właściciel” – myślę. Ale nie, to turysta.

dscn0721-kopiowanie

img_4053-kopiowanieimg_4055-kopiowanie

Widok z drugiego tarasu jest rzeczywiście imponujący. Stojąca obok mnie pulchna kobieta opiera się o balustradę.

– Wiesz – zaczyna swobodnie – dziś mgła sięgała aż do tego tarasu. Czułam się jakbym stała na dziobie płynącego statku.

„To pewnie turystka” – myślę. Ale nie, to właścicielka. I to jest cudowne w Afryce! Ta ich przyjacielskość, swoboda i chęć pomocy!

img_4013-kopiowanie

Po hotelowych korytarzach biegnie pokojówka w białym fartuszku i za pomocą dzwonka wzywa nas na kolację. I w samą porę. Stado głodnych rajdowiczów pożarło już wszystkie pyszne przystawki w barze.

dscn0738-kopiowaniedscn0737-kopiowaniedscn0736-kopiowaniedscn0726-kopiowanie

Tu następuje mała dygresja: przed rajdem Paweł zakupił kamerę, która miała rejestrować nasze chwile na Czarnym Lądzie i razem z NzM testowali ten sprzęt w nieskończoność. Były kręcone filmiki pt.: „Powrót Pawła do domu” lub „Jak to Paweł szedł do Sabatówki”. Były filmy z kamery umieszczonej na głowie NzM  i na jego męskiej klacie w trakcie jazdy konnej (obydwa ukazywały te same uszy Marity). Wszystko było dopracowane i dopieszczone. Po pierwszych dwóch dniach rajdu zasiadamy do komputera, aby sprawdzić, co zostało zarejestrowane. Nic. Kompletnie nic! Na ekranie czarna plama. Paweł, mamrocząc jakieś niechrześcijańskie życzenia pod adresem kamery i wypominając profesję matce konstruktora, zaczyna rozbierać ją (kamerę) na części pierwsze. Późno w nocy sprzęt zaczyna działać. Odtąd na hasło Ashley’a: „Gotowi na galop?” raźno odkrzykujemy: „Czas dla kamery!”, a po chwili: „Akcja!”. I ruszamy! Ale Paweł nie zostawia niczego przypadkowi. Czai się ze swoim aparatem na skałach, gdy galopujemy plażą, wisi na drzewie, gdy galopujemy polami, stoi nad urwiskiem, gdy szarżujemy po falach. Zanim ruszymy galopem Justin rozgląda się niespokojnie:

– Gdzie człowiek z kamerą? – pyta.

Powoli ogarnia nas reżyserska gorączka. Wyszukujemy najciekawsze miejsca do kręcenia filmów. Na kasku Ashley’a pojawia się kamera. Do Pawła dołącza Clint (ojciec Ashley’a i mąż Julie Ann) – też z aparatem. Ustawiają kamerę nawet na pasie startowym, po którym galopujemy.  W pewnym momencie, jadąc wzdłuż drogi, widzimy znajomego pic-up’a. To Julie Ann pochylona nad kierownicą, z determinacją w oczach i rozwianym włosem pomyka wzdłuż prawej strony drogi (nie patrząc na obowiązujący ruch lewostronny), a Paweł przemieszcza się przez okno (w stylu godnym Jamesa Bonda) z kabiny na pakę cały czas filmując.

Próbuję podkręcić dramaturgię filmu, namawiając naszego opiekuna do położenia się z aparatem na trasie galopu. My będziemy przez niego przeskakiwać. Ten trik zastosowano podczas kręcenia „Dyliżansu”. Niestety, nie spotykam się ze zrozumieniem.

img_4070-kopiowanie

img_4055-kopiowanie

Zaraz po porannej kawie biegniemy zobaczyć jeszcze jedną atrakcję Mazeppa Bay – most linowy, który prowadzi na skalistą wysepkę.

– Nie wchodźcie we dwójkę, bo niektóre liny są pozrywane! – zauważa optymistycznie Paweł.

Rzeczywiście, tak zwaną „pierwszą młodość” most ma już za sobą, a umieszczona na nim tablica lojalnie informuje, że wchodzisz na własne ryzyko.. Justin, Angela i my decydujemy się na przejście. My pojedynczo a Justin i Angela razem (bo obydwie ważą najwyżej tyle, co każdy z nas z osobna). Z wysepki obserwujemy delfiny harcujące wśród fal.

Bardzo podoba nam się system zwoływania gości za pomocą dzwonków, a ponieważ wzięliśmy ze sobą jako wizytówkę z Przemyśla pamiątkowe dzwoneczki, to oddelegowujemy Pawła, aby wręczył je właścicielce ze stosownym wyjaśnieniem. Oczywiście, nie wiem, co jej powiedział, ale nastąpiło wielkie całowanie. Paweł z właścicielką, właścicielka z NzM, potem zawołali recepcjonistkę, znowu pocałunki…. I tak na Wild Cost będą dźwięczeć dzwoneczki z dalekiego Przemyśla. A my ruszamy w drogę.

dscn0747-kopiowanie

Dzisiejsza trasa będzie trudna, więc popołudnie zaplanowano jako wolne. Początek trasy wydaje się standardowy. Galopujemy po pięknej plaży, mijamy rybaków, krowy wylegujące się na piasku, zbieraczy skorupiaków.

dscn0748-kopiowaniedscn6997-kopiowaniedscn6999-kopiowanie

Nagle, po przekroczeniu czerwono-brunatnych głazów, naszym oczom ukazuje się wspaniały widok: to piękna półkolista zatoka wśród zielonych wzgórz z wąskim paseczkiem złocistego piasku na granicy z oceanem. Woda jest gładka, bez fal, a blask słońca nadaje jej wygląd rozlanej rtęci. Wszyscy wykrzykują: „Ooch!” i rzucają się do galopów.

Jeszcze chwila i dojeżdżamy do głównej i najtrudniejszej części dzisiejszego etapu. To wąska i kręta ścieżka długości 2,5 – 3km wiodąca stromo w dół. To po prostu zwykłe rumowisko pełne skalnych półek, uskoków i toczących się kamieni. Ashley pleca nam chwycić tylne łęki siodeł i absolutnie nie przeszkadzać koniom.

– Same znajdą drogę. Nie poganiajcie ich – instruuje.

Konie spokojnie zastanawiają się nad każdym krokiem, ostrożnie wyszukują bezpieczne miejsca wśród toczących się kamieni. Trwa to nieskończoność. Sprawę utrudniają złośliwe, kolczaste liany oplatające ręce rozdzierające ubrania. Im cieńsze i wyglądające na delikatne, tym bardziej drapieżne.

dscn0758-kopiowanie

dscn0754-kopiowaniedscn0759-kopiowaniedscn7002-kopiowaniedscn0753-kopiowaniedscn7003-kopiowanie

W końcu docieramy do wąwozu. Zgrzani i zmęczeni przesiodłujemy konie, poimy w najbliższym wodopoju i galopujemy do następnego miejsca postoju.

dscn7021-kopiowanie

dscn6995-kopiowanie

To hotel Kob Inn. Konie po forsownej jeździe są myte i mają całe popołudnie wolne. Wypuszczone na wybiegi skwapliwie poprawiają toaletę.

dscn0763-kopiowanie

My rozlokowujemy się w pokojach, idziemy popływać w hotelowym basenie, próbujemy rozwiesić zmoczone w czasie galopów ubrania na ogrodzeniach. Jedynie Ali wybiera opcję suszenia bryczesów i butów do jazdy za pomocą suszarki do włosów.

Rano szukamy naszej garderoby porozrzucanej przez wiatr pomiędzy hotelowymi domkami, a Ali wciska mokre buty.

dscn7029-kopiowanie

Wszyscy, których los pokarał przymusem wczesnego wstawania (Jasiek, Paulina, Justine, Angela i my) nie potrafią zerwać z tym przykrym nałogiem i już od 6:00 kręcą się po tarasach pijąc kawę. Nagrodą jest widok wschodzącego nad oceanem słońca i baraszkujących wielorybów. Niebo ma delikatny różowy odcień podkreślony tu i ówdzie białą koronką chmur. Na tym tle widać fontanny wody wyrzucane przez  wieloryby i ogromne cielska wyskakujące w górę.

Hotel posiada nad brzegiem dwa baseny. Jeden, wykafelkowany i elegancki, osłonięty jest od zimnych podmuchów wiatru taflami pleksi; drugi to naturalny zbiornik wśród skał, w którym wodę nagrzewa słońce, a rolę pompy oczyszczającej pełnią przypływy.

Właścicielem Kob Inn jest były żołnierz, a rolę ekipy hotelowej pełnią jego byli podkomendni ubrani w mundurki bardzo zbliżone do wojskowych. Prawie każda rzecz w tym hotelu jest opisana w prostych żołnierskich słowach trafiających do umysłów tych mniej inteligentnych turystów, np.: „To jest basen. Służy do kąpieli. Wchodzisz na własną odpowiedzialność!” lub: „To jest plac zabaw. Pilnuj swoich dzieci!”.

Na stole w jadalni leży menu. Przytoczę je w całości:

strona pierwsza:

„Dzień dobry!

Śniadanie: wybór owoców, różnorodne płatki śniadaniowe, owsianka, owoc dnia, kiełbaski koktajlowe, jajka do wyboru, grillowany bekon, grzanki z marmoladą/dżemem, kawa, herbata.

Pory przypływu i ich wysokość…”

Na stronie drugiej informacja:

„Pkt. 1. Wszystkim życzymy wspaniałego ranka! Witamy Sarę i Rosaline z Cape Town i Sarę z Boltimore ze starego dobre go USA. Ludzie, mam nadzieję, że dobrze spędzacie czas. Sue i Jej banda jadą do Walkboat. Nasi konni jeźdźcy pod czułą opieką Ashley’a mają zaplanowaną dobrą jazdę, a Clinta zostawiają, aby złapał coś na obiad. Na szczęście mamy żywność. Mamy nadzieję, że dzisiejsza  jazda będzie udana. Kłusujcie bezpiecznie!

Pkt. 2.  Pogoda 20°C, 10% szans na deszcz.

Pkt. 3. Co można robić, a czego nie wolno: tu dłuższe wyszczególnienie, które pozwolę sobie ominąć.

Pkt. 3. Myśl na dzień dzisiejszy: Wiesz, że osiągnąłeś wiek średni, kiedy każde Twoje doświadczenie staje się ostrzeżeniem.”

dscf0844-kopiowaniedscf0853-kopiowaniedscf0859-kopiowanie

dscf0861-kopiowanie

Bierzemy myśl do serca i po śniadaniu galopujemy plażą przez ok. 15 km do pięknej zatoki. Tam mamy piknik, a ponieważ pogoda dopisuje, zażywamy również kąpieli.

dscf0866-kopiowaniedscn7039-kopiowaniedscn7033-kopiowaniedscf0871-kopiowaniedscf0827-kopiowaniedscf0835-kopiowaniedscf0836-kopiowanie

Dziś Ashley wyjątkowo rygorystycznie pilnuje czasu. Rzeka, którą przekraczamy rano, po południu, w czasie przypływu jest nieprzejezdna. Alternatywa to 40 km objazdu. Wracamy galopem zatrzymując się wyłącznie na pojenie koni. Przy brodzie z drugiej strony czekają na nas Paweł i Clint. Jednak poziom wody (mimo naszego pośpiechu) jest już bardzo wysoki. Clint zabiera do łódki nasze aparaty, buty i czapsy.

img_4084-kopiowanie

Pierwszy jedzie Ashley. Sprawdza trasę. Jego wierzchowiec kroczy pewnie, zanurzony prawie po grzbiet. Niestety, tuż przy drugim brzegu zapada się głęboko, po czym kilkoma susami wydostaje się na brzeg. Ashley zostawia nam decyzję, czy jedziemy. Nie mamy czasu na dyskusje, bo woda gwałtownie przybiera. I wtedy na czoło wysuwa się Martin i spokojnie wjeżdża do wody. Martin, cichy informatyk mający chyba najmniejsze doświadczenie jeździeckie z całej grupy uważa, że ryzyko jest sprawą mężczyzny i po prostu podejmuje decyzję. Dziewczyny jadą tuż za nim. NzM i Jasiek zabezpieczają tyły i wjeżdżają jako ostatni walcząc z najwyższą falą.

dscn7044-kopiowanie

Dzięki wskazówkom Ashleya udaje nam się ominąć zwodniczą dziurę. Cali mokrzy i bardzo dumni z siebie, machając bosymi stopami zajeżdżamy na dziedziniec Kob Inn.

– Moje serce stanęło, kiedy wjechaliście do wody – mówi Ashley, gdy rozkładamy siodła do suszenia.

dscf0842-kopiowanie

dscn0786-kopiowanie

Biedne polskie dzieci wędrują do szkoły, a my leniwie przeciągamy się pod mięciutkimi kołdrami Kob Inn Beach Resort. Potem z kubkiem kawy w ręku spokojnie obserwuję wysiłki Pawła – dżentelmena, który lawiruje wózkiem do przewożenia bagaży na wąskich ścieżkach wokół naszych domków. Skutecznie tłumię chęć przyjścia z pomocą wspomnieniem o przymusie zakupu większej torby bagażowej.

Okazuje się, że bryczesy i buty do jazdy nikomu nie wyschły. Z każdego domku dochodzą pojękiwania oraz stękanie  związane z próbą wciągnięcia mokrej odzieży. Potem karnie biegniemy za Pawłem, który zdołał opanować swój niesforny pojazd bagażowy.

dscn0781-kopiowanie

dscn0783-kopiowanie

img_4098-kopiowanie

img_4104-kopiowanie

dscn0798-kopiowanie

W pośpiechu przekraczamy rzekę i ruszamy plażami w kierunku hotelu Wavecerest.

img_4121-kopiowanie

Ashley zatrzymuje się:

– Dojeżdżamy do najdłuższej plaży – oznajmia. – Ma 2,5 km i tu zrobimy wyścig. Zatrzymajcie się przy tamtych skałach – mówi i pokazuje coś, co majaczy na horyzoncie.

Szybko robię przegląd moich szans na wygraną. Mój mały burski konik nie pokona na tak długim dystansie bardziej zaawansowanych w pełną krew klaczy Angeli i Justin. Ale ma więcej serca niż inne. I jest szybki.

Na znak Ashleya ruszamy z dzikim wrzaskiem. Justin i Angela szybko wysforowały się naprzód, ale Regin depcze im po piętach. Jesteśmy na trzecim miejscu, oblepieni mokrym piaskiem sypiącym się  spod kopyt zwycięzców.

Po drodze mijamy uczestników Wildrun  – trzydniowego biegu na 112 km. Są wśród nich profesjonaliści (ci biegną na czele wyścigu) i amatorzy (ci z kolei biegną z tyłu, mają śmieszne gadżety w postaci pluszowych futrzastych uszu i koszulek z napisami). Wszyscy machają, pozdrawiają i świetnie się bawią. To pewnie dlatego, że to ich pierwszy dzień.

dscn0787-kopiowanie

Docieramy do miejsca przeznaczenia – Wavecerest. Konie będą odpoczywać, a my jedziemy na wycieczkę rzeką wśród mangrowców. To nie jest typowe miejsce dla tych drzew. Przyplątały się tu przypadkiem ze względu na ciepły prąd mozambicki. Wypływamy płaskodennym stateczkiem, którym dowodzi dobrze zbudowany kapitan i przystojny pies w typie labradora (pies oczywiście). Część wycieczkowiczów  z szaleństwem w oczach rzuca się do fotografowania ptaków (eagle fish i king fisher), ale my mamy to już za sobą. Prym wśród paparazzi wiedzie pulchna jejmość z ogromnym aparatem fotograficznym. Polując na szczególnie ciekawe ujęcia king fisher’a, prosi o podpłynięcie blisko brzegu. No i utykamy. Na nic włączenie wstecznego biegu i odpychanie się wiosłem. Stoimy.

– Taaak… – mruczy Paweł. – Krokodyle na pewno tu są. Dlaczego miałoby ich nie być? Są i czekają…

Nie ma wyjścia. Kapitan wskakuje do wody, odplątuje śrubę z roślin, pasażerowie grupują się z prawej strony statku i ruszamy.

– Coś zamilkliście – komentuje kapitan, a pies zasiada na swoim posterunku, na dziobie.

Tak dojeżdżamy do hotelu. Na kolację oczekujemy w salonie żywcem przeniesionym z Sagi rodu Forsyte’ów, ze skórzanymi klubowymi fotelami, stoliczkami do kawy i prasą dotyczącą okolicznego rolnictwa.

Pokojówka w białym fartuszku otwiera drzwi do jadalni i dzwonkiem oznajmia, że można iść jeść. Nareszcie! Po całym dniu przygód wszyscy biegną do stołów z wcale nie angielską powściągliwością.

A jedzenie jest pyszne!

dscn0793-kopiowanie

Niestety, koniec rajdu zbliża się nieuchronnie.

dscf0896-kopiowanie

Rankiem wyruszamy z Wavecrest. Na tyłach hotelu stoi niedbale zaparkowany mały samolot. Mijamy go i ruszamy galopem przez pas startowy, na środku którego  tkwi oczywiście Paweł z kamerą.

dscf0900-kopiowanie

dscf0902-kopiowanie

Poprzedniego wieczoru, wbrew naszym sugestiom, Ashley długo nas przekonywał, do ominięcia operatora w bezpiecznej odległości bez  – broń Boże – prób skoków przez niego. Mimo odbytej pogawędki, kiedy tylko się zbliżamy, Paweł ucieka zostawiając kamerę na środku pasa. Doprawdy, byłam głęboko urażona tym brakiem zaufania.

Galopujemy w stronę Tremery, wzdłuż przepięknych plaż, na których odpoczywają rozleniwione krowy. W falach niezmiennie widać delfiny i wieloryby. To już ostatni raz, kiedy możemy je obserwować. Ashley prowadzi do wraku statku, potem długi galop wśród łąk  w stronę hotelu, na lunch. Stare, dobre Tremerys żegna nas wspaniałym posiłkiem.

img_4162-kopiowanie

I znów galop w stronę promu, i przeprawa przez rzekę. Żegnamy się z końmi w stajni koło Country Clubu (już wcale nie tak strasznego). Pracujące dziewczyny biegną w stronę koni:

– Oh, Regin, potrzebujesz natychmiastowej kąpieli! – woła sympatyczna Azjatka i wyprowadza mojego ulubieńca na soczystą trawę.

Pakujemy bagaże na samochód, a sami roześmiani, zakurzeni piechotą udajemy się w stronę domu Ashley’a. Jak wiele mamy sobie do powiedzenia! Jak ciężko się rozstać!

 Clint całą noc przesiedział na skałach i złowił ogromne dwie ryby. Dziś nocujemy w domu organizatorów, będzie tradycyjny braj (właśnie z tych ryb) i  całe misy sałatek przygotowane przez Julie Ann. Wieczór jest zbyt krótki, a w nocy przychodzi deszcz.

dscf0882-kopiowanie

Rankiem zaczajony taksówkarz zabiera nas na lotnisko. To już naprawdę koniec.

Google Translate

  • 81,793 VISIT

Archiwum

%d blogerów lubi to: