Google+

MIEDZY GRANICAMI – LWÓW

1

Jest poranek. W pobliżu dworca PKS w Przemyślu czekamy, aż chętni zapełnią wszystkie miejsca w busie jadącym do Medyki, na granicę Polski i Ukrainy. Nasze oczekiwanie nie trwa długo, gdyż handel artykułami ze Wschodu w Przemyślu wciąż kwitnie. Płacimy kierowcy po złotówce i ruszamy, aby w tłumie próbujących zarobić na życie Polaków przekroczyć granicę i dostać się na tę część Ukrainy, która do 1945 roku była Polską.

Na wschodnią stronę dostać się nie jest trudno – zwłaszcza odkąd przejście w Medyce czynne jest całą dobę. Wypełniamy więc wizę turystyczną, znosimy badawcze spojrzenia celnika, szerokim łukiem mijamy ludzi próbujących wymusić na turystach zakup ukraińskiego ubezpieczenia (nikogo nie obchodzi tłumaczenie, że jesteśmy ubezpieczeni) i obowiązkowo wymieniamy dolary na hrywny. Teraz pozostaje czekać na transport do Lwowa.

Rozkład jazdy nie jest zbyt bogaty. Ale i tu funkcjonują busy, które zabiorą każdego. Można też skorzystać z auto-stopu. My z tej okazji rezygnujemy. Nie jest łatwo od razu porzucić lęk przed napaścią, wymuszeniem pieniędzy, porwaniem i innymi drastycznymi wizjami wyniesionymi z kryminalnych seriali. Na przystanku ludzie się dziwią: „Trzeba było jechać”- mówią. My czekamy. Po dziesięciu minutach podjeżdża pusty bus. W zasadzie stara, zdezelowana nyska dostosowana do przewozu większej ilości pasażerów. Wsiadamy z tryumfem na twarzy, że warto było poczekać na publiczny środek transportu, w którym jest dość miejsca dla wszystkich chętnych. Nie na długo.

Podróż zaczęła przypominać naukę ruszania i zatrzymywania auta. Co chwilę ktoś wsiadał i wysiadał. Przystanki autobusowe znajdowały się wszędzie tam, gdzie podróżni machający ręką na znak, aby ich zabrać. I każdy, kto wsiadał do samochodu, natychmiast przysiadał się na jakimkolwiek znalezionym skrawku siedzenia, poręczy, bagażu, etc. Temu nieustannemu przysiadaniu towarzyszyły rozmowy, czasami protesty, nawet krzyki, ale nikt się nie peszył, nikt nie wstawał. Jakby wzajemne pokrzykiwania, czy groźby były wpisane w rytuał zajmowania miejsc. Z wysiadaniem podobnie. Aby znaleźć się poza busem, trzeba było przejść pomiędzy fotelami, kolanami, tobołkami…, następując przy tym na kilka, kilkanaście stóp współtowarzyszy. W końcu jednak cel został osiągnięty: wjechaliśmy do Lwowa.

Wysiadamy przy dworcu kolejowym. Można było wcześniej, ale chcieliśmy sprawdzić, o której odjeżdża ostatni powrotny bus. Przecież fakt, że przejście graniczne jest otwarte całą dobę nie oznacza, iż można się na nie dostać o dowolnej porze dnia i nocy. Wyznaczamy granice czasowe, otwieramy mapę i ruszamy… Tylko dokąd?

Na starówkę najłatwiej dojechać tramwajem. Ile przystanków? – nie wiemy. Nie szkodzi. Znajomość języka ukraińskiego również nie jest konieczna. Mówi się „Rynek”, „Stare Miasto” i ktoś wypycha nas w odpowiednim miejscu. Znajdujemy się przy ruchliwej ulicy, ale już za rogiem znajdujemy Rynek otoczony renesansowymi kamienicami, strzeżony na każdym rogu przez posągi przedstawiające antyczne bóstwa. Pierwszych kroków nie kierujemy jednak ku zabytkom. Poranna pobudka, egzotyczna podróż i specyficzny klimat Lwowa wymuszają na nas oddanie się błogiej chwili spędzonej nad filiżanką świeżego espresso oraz talerzykiem pysznego sernika. Ten wybór nie mógł okazać się zły.

Tuż przy kaplicy Boimów mieści się zawsze wypełniona turystami kafejka. Klimatycznie umeblowana, przesiąknięta zapachami wszystkich rodzajów kawy i wypieków wprost zaprasza, aby na dłuższą chwilkę rozsiąść się wygodnie i delektować widokiem płaskorzeźb kaplicy, fasad kamienic oraz kościelnych wież.     Czas jakby się zatrzymuje, powietrze chłonie jesienne słońce. Trochę rozleniwieni, trochę zadziwieni, trochę zaczarowani pozwalamy wciągnąć się w magię Lwowa – nie ukraińskiego, ale Lwowa polskiego, renesansowego, barokowego, królewskiego.

Już innym tempem, innym rytmem ruszamy na spotkanie miasta. Dysputy nad jego polską bądź ukraińską przynależnością nikną w niebycie, podobnie jak wszelkie odczucia teraźniejszości. Atmosfera zbliżona jest raczej do realizmu magicznego z opowiadań i powieści Olgi Tokarczuk czy Marqueza. Wszelkie widoczne wytwory XX i XIX wieku istnieją na dalszym planie i choć zauważane, nie mają jednak większego znaczenia. Przyciąga to, co stare; inne, a jednocześnie w dziwny sposób znajome.

Obchodzimy lwowskie mury, dotykamy ich, wąchamy i gdzieś w głębi czujemy, że to część nas, naszej kultury i tradycji. Tak bardzo czuć tę polskość! Nie walczymy, nie oburzamy się na polityczne dzieje, nie wznosimy antyukraińskich okrzyków – po prostu czujemy się tak, jakby po długich latach wrócić w rodzinne strony. Pojawia się myśl o tych, którzy tu mieszkali, pod nosem już brzmią słowa piosenki Tylko we Lwowie,  serce ściska nostalgia za dawnymi czasami.

Wchodzimy do kościoła oo. Dominikanów. Barokowe promienie mkną ku nam z prezbiterium. Jakoś tak jasno, przestrzennie i pusto. Wychodzimy. Idziemy do katedry ormiańskiej. Przy wejściu wita nas pająk krzyżak – cóż za zbieg okoliczności, że nawet stworzenia naznaczone są symbolami wiary. Kupujemy wąskie świeczki z wosku pszczelego i zapalamy je w naszych najskrytszych intencjach przed ikoną św. Mikołaja. Siadamy w ławkach i patrzymy. Feeria barw nie przeszkadza, a wręcz pobudza do kontemplacji. Podziwiamy strzeliste łuki, latarnię rozjaśnianą przez jesienne słońce, freski o tak intensywnej gamie kolorów, że dające wrażenie, jakbyśmy znajdowali się w odległych krajach Wschodu.
Przy Czarnej Kamienicy spotykamy Polaka. Chce sprzedać nam mapę zabytków. Kupujemy, choć mamy identyczną. Staruszek zaczyna snuć opowieść o kulach, które wystrzelone w kierunku kościoła, nie zdołały go zniszczyć i teraz, na pamiątkę wiszą na murze; mówi o wojnie, o biedzie, o tym, że Lwów był i jest polski. Za swoja historię prosi o kilka hrywien. Dajemy i ruszamy dalej.

Wchodzimy do Starej Apteki. Snujemy się po salach i korytarzach, to w górę, to w dół. Podziwiamy piękno użytkowych przedmiotów jak kasy, moździerze, beczki, wagi, słoje; odczytujemy zakurzone łacińskie napisy; rozmawiamy o pierwszych filozofach-medykach, których płaskorzeźby wywieszono w podcieniach korytarza. Jeszcze na koniec fotografia przy wiedźmie – symbolu uczoności i umiejętności zielarskich kobiet.

W drodze na obiad natykamy się na polski akcent. Nad jednym z przejść przez kamienice widnieje urywek reklamy powideł. Jak dziwnie wśród obcych napisów ujrzeć polskie, smaczne i swojskie słówko! I znowu to uczucie, że Lwów jest nasz.

Zaglądamy jeszcze do oo. Bernardynów. Zabudowania klasztorne otacza mocna fortyfikacja, w środku zaś panuje zaciszna, senna atmosfera. Przy studni staruszka czeka na łaskawy grosz, w kącie pop rozmawia z jakimś dobrze ubranym, młodym człowiekiem. Nie peszy go zniszczona i wypłowiała sutanna zestawiona z modnym, pewnie drogim strojem. Na twarzy maluje się jakiś spokój, pogodzenie i radość. Na plac spadają gołębie i jesienne liście.

Na Cmentarz Łyczakowski czasu nam nie starcza. To ta część miasta, która wymaga oddzielnej wyprawy. Przechodzimy więc koło opery, Ossolineum i obok Uniwersytetu, i udajemy się na dworzec. Stoimy przed budynkiem stacji. Taki podobny do krakowskiego, przemyskiego, bocheńskiego… Trudno byłoby się w nim zgubić, bo choć to nie Kraków, nie Przemyśl, to jednak model wprowadzony za czasów Austro-Węgier był prawie jednakowy dla wszystkich dworców.

Nasz bus już stoi. Wsiadamy. Tuz przed odjazdem wchodzi mężczyzna proponujący nam podróż jego ładą. Obiecuje, że będzie szybciej i za tą samą cenę. Wychodzimy z nim, a za nami jeszcze dwie osoby. Ginie gdzieś nasz brak zaufania do prywatnych transportów. Nie mamy obaw, że kierowca okaże się nieuczciwy. Jedyna myśl, jaka krąży po głowach to, czy auto da radę dojechać do celu. Zapada zmrok, a w ładzie wysiadają światła. Nie jest to dla młodego kierowcy powód żeby ściągnąć nogę z gazu. Przeciwnie – chce dogonić zachodzące słońce. Mężczyzna śmieje się, żartuje, rozmawia i w końcu bezpiecznie odstawia nas na przejście graniczne.

Jeszcze zakupy, jeszcze kolejka na granicy i tłum „mrówek” próbujących sprzedać wszelkie dobra przed udaniem się na spoczynek po pracowitym dniu. W końcu jesteśmy po naszej stronie. Wsiadamy do busa by za kilka minut znaleźć się w Przemyślu.

Po przekroczeniu granicy atmosfera magii zaciera się, a na jej miejsce powraca dobrze znana szara rzeczywistość. Czy granice państwowe to też granice kultur, odmiennych światów? Po części na pewno, ale w doświadczaniu Lwowa było coś jeszcze. Zarówno w Przemyślu, jak i we Lwowie kultura polska miesza się z ukraińską. Taki już urok miast znajdujących się blisko państwowych granic.

Nasza podróż to przekraczanie nie tylko przestrzeni realnej jaką jest przejście z Polski na Ukrainę, czy wejście z jednej kultury w drugą. To także przeniesienie w czasie odbywające się gdzieś w głębinach świadomości oraz w sercu. Miasto wcześniej znane z obcych relacji, stało się nagle swojskie i kochane. Lwów przestał być punktem na mapie, który znajdował się wcześniej po jednej, następnie po drugiej stronie granicy polsko-ukraińskiej. Nagle stał się częścią nas, kolebką, w której wciąż tkwią żywe korzenie nas samych. Ta granica została przekroczona niezauważalnie i na szczęście nie da się jej tak łatwo przejść na powrót. Dokonała się jeszcze jedna zmiana: ludzie, którzy początkowo budzili lęk, w jakiś sposób stali się bliscy sercu. Czasami bliżsi niż mijani na drodze rodacy.

Przejście z państwa do państwa to etap zakończony, który pewnie zostanie przez nas jeszcze niejednokrotnie powtórzony. Przekraczanie granic świadomości tego, kim jesteśmy i co nas ukształtowało to z goła odmienny proces, to nieustannie pogłębiana podróż w nasze jestestwo i nasze serce.

Więcej zdjęć korespondujących z wpisem znajduje się tutaj:

https://plus.google.com/photos/113698001046599713500/albums/5808484748024547937

Iwona Zając

Reklamy

One thought on “MIEDZY GRANICAMI – LWÓW

  1. […] MIEDZY GRANICAMI – LWÓW […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 83,213 VISIT

MOST POPULAR

Archiwum

%d blogerów lubi to: