Google+

MAROKO

maroko

Adam

Szef i organizator. W Marakeszu nabył oryginalny strój arabski i paradował w nim po mieście wzbudzając podziw tubylców. Chyba że okrzyki: „Ooch!” miały znaczyć coś innego. Targował się zajadle, potrafił wytargować nawet od Stwórcy burzę piaskową.

Gośka nr 1

Stworzona do noszenia orientalnych szat. Ta drobna kobieta ufnie przyznawała się do wykonywanego zawodu, co zaowocowało lawiną zarzutów skierowanych przez pozostałych rajdowców do sądownictwa. Broniła się dzielnie.

Jeżeli chodzi o rajd, to oczekiwała skorpionów, węży i min przeciwpiechotnych. Niestety, oczekiwań nie spełniono. Próbowaliśmy to jakoś jej wynagrodzić wykrzykując co chwilę: „Ooo! Gosia, zobacz, coś tam łazi! SKORPION!!!”

Gośka nr 2

Globtroterka. „Nasze usta”, bo mówi perfekcyjnie po francusku. Znienawidzona przez pseudo przewodników, gnała bowiem przez Marakesz z książką w ręku odrzucając wszelkie propozycje oskubania nas przez wyżej wymienionych. A jak stylowo wyglądała na rosłym siwku w zawoju na głowie, aparatem w jednej ręce, Beadekerem w drugiej oraz z dwoma telefonami…

Irenka

Najcichsza i najskromniejsza kobieta jaką znam. Świetnie jeżdżąca. Zawsze zadowolona, nawet, jeśli jej koń Bubu rozrabiał przy wodopojach i próbował ominąć kolejkę używając Irenki jako tarana. W różowej chuście wyglądała dystyngowanie, niczym sama Lady Hester Stanhope.

Paweł

Lotnik albo pilot – jak kto woli. Na dodatek pilot wojskowy. On też, nie przeczuwając zagrożenia (a powinien, jest szkolony w przewidywaniu niebezpieczeństw), przyznał się do wykonywanego zawodu. No to miał za swoje. Osaczony przez męską część rajdowców godzinami tłumaczył szczegóły budowy silnika, odrzutowca, Rosomaka,…, (nie chodzi o zwierzę) i zasady emisji spalin. Nie tracił przy tym cierpliwości. Przeciwnik parytetu kobiet – zwłaszcza w armii (wcale bym go nie żałowała, gdyby musiał tłumaczyć procedury lądowania we mgle, politykom na przykład. – *złośliwy przypis sekretarza).

Wiesiek

Kiedyś też człowiek mundurowy. Teraz mówi o sobie „szrociarz”. Przyznał się (bez przymusu) do prób (wielokrotnych, acz nieskutecznych) spowodowania wybuchu w podpalonym wraku samochodu. Męska część rajdowców bardzo bolała nad niepowodzeniami i długo debatowała, jakby tu osiągnąć taki piękny sukces. A może po prostu byli zazdrośni…

Wiesiek w orientalnym odzieniu wyglądał tak arabsko, że przez pierwsze dni zwracałam się do niego jako do przewodnika.

Wojtek – Junior

Już mniej więcej pół roku przed rajdem był jak generał przed bitwą, który widział zbyt wiele klęsk, aby coś zostawić przypadkowi. Odliczał każdy dzień i przypominał nam – łachudrom – o  upływającym czasie. Przed rajdem zapuścił brodę i przywdział groźne spojrzenie.

Marzena i Maciek

Z Marzeną razem galopowałyśmy po stubieńskich polach, razem wędrowałyśmy po górach Kaukazu, teraz razem łykałyśmy piach Sahary. Powiem jedno: zupełnie nie wiem, jak namówiła Maćka do udziału w tej wyprawie. Musi mieć swoje sposoby, które opanowała do perfekcji.

Kiedy jechaliśmy na rajd do Gruzji, Maciek oparł się naszym namowom, ale lojalnie obiecał zbierać na okup. Do Maroko pojechał, mimo że ostatnio jeździł konno jakieś X lat temu. Jego najlepsze hasło to: „Marzenko, nie pojadę tam z tobą (zwiedzać), ale cię pomszczę”.

Marzena, doskonała amazonka i właścicielka dobrego sprzętu fotograficznego, jest autorką niezłych filmów z naszych galopów po pustyni.

Maciek, mimo że dawno nie siedział w siodle, wciąż wskakuje na konia bez strzemion i potrafi podnieść czapkę z ziemi jak rasowy dzigit (zazdrość zżera mnie odkąd zobaczyłam tę scenę na Hubertusie w Stubnie jakieś trzydzieści lat temu, widzę, że będzie zżerać jeszcze długo – * przypis sekretarza). Przed Marokiem był na trzytygodniowym rajdzie motocyklowym, a jego guru to Ojciec Dyrektor.

No i my – Gośka i Heniek

Ja potrafię przeliczyć każdy pomysł na wakacje na konkretną kasę, udowodnić, że nas na to nie stać, a potem upierać się, że pojedziemy. NzM znosi to ze stoickim spokojem. Lata treningu robią swoje. No i jestem walczącą feministką i pacyfistką (to co, że to się wyklucza, pacyfizm następuje po krwawej, wygranej walce – * przypis sekretarza).

A NzM? Jak on wygląda na siwym berbero-arabie, z głową w białym turbanie… Jak szejk!

Postanowienia końcowe

Każdy rozsądny człowiek po analizie profilu psychologicznego dałby nam jeden dzień, no, góra dwa dni pokoju. Potem wróżono by katastrofę totalną, wojnę, którą w historii Maroka określano by mianem wielkiej. Ale nie. Bawiliśmy się wyśmienicie, a śmiechom i żartom nie było końca.

Jeśli któryś z szanownych rajdowców nie zgadza się ze swoim profilem, niech protestuje teraz lub zamilknie na wieki. Bo dalszy ciąg nastąpi…

DSCN5637

Po wizycie na torach wyścigowych i noclegu u Irenki bierzemy kierunek na lotnisko w Modlinie.

Do sali odlotów wchodzimy bez kurtek i w lekkich butach. Wiadomo – lecimy do Afryki.

Reszta towarzystwa już jest. Czekają od 7:00 na początku długiej kolejki. Z nudów zdążyli już zadzwonić do Sabatówki, aby dopytywać się, gdzie u licha się podziewamy wprawiając naszą rodzinkę w lekką konsternację.

Samolotowa fobia wcale mi nie przeszła, więc strzygę uszami w kierunku pasa startowego łapiąc różne niuanse w pracy silników: „O, ten pilot to ma ciężką nogę… Nie daj Boże z nim lecieć” – myślę rozpaczliwie przeliczając szybciutko kilometry dzielące nas od afrykańskich wybrzeży oraz alternatywne sposoby dotarcia do celu. Ale ginąć w grupie jest łatwiej, lecieć też i oto już Bruksela.

Urzędnicy na lotnisku zadziwiająco wyluzowani i sympatyczni. Z uśmiechem rewidują nas na bramkach („O, nie masz stalek u biustonosza” – cieszy się umundurowana pani.). Luzacko podbijają karty pokładowe, luzacko sprzedają w strefie bezcłowej, a już najbardziej radośni są przy kasie. Fiskalnej oczywiście.

Jeszcze chwila i oto Marakesz. Wymarzona Afryka!

Na lotnisku leje jak cholera. Wszyscy w komplecie ładujemy się do samochodu i zostajemy przewiezieni do hotelu o wdzięcznej nazwie Riad Bahia Salam. Z zewnątrz wygląda skromnie, ale w środku – orientalna bajka! Restauracja mieści się na tarasie, obok basenu obecnie zalanego deszczem. Ale przez ten deszcz błyszczą płaskie dachy  Marakeszu, lśni legendarny minaret Kutubijja i słychać śpiew muezzina.

DSCN5641

Wyprawa na słynny plac Dżamaa al Fna nie udaje się – deszcz przepłoszył właścicieli kramów. (Mięczaki, taki deszczyk… Niech przyjadą do nas w listopadzie.) Pocieszamy się pyszną kolacją (marokańska zupa z ciecierzycy, kuskus i tadżin z jagnięciny z warzywami, no i słynna miętowa herbata). Wszystko pyszne!

„Jeszcze się wam te tadżiny znudzą” – mruczy zblazowany Adam, bo on już tu był.

Aby zapobiec ewentualnemu zatruciu dezynfekujemy się łyczkiem wody ognistej i pełni optymizmu idziemy spać do swoich komnat.

Jutro przekraczamy Atlas.

DSCN5639

DSCN5676

Wyruszamy. Weterani wędrówki przez Gruzję twierdzą, że w porównaniu z drogą wiodącą do Tuszetii każda inna musi być autostradą i w ogóle ten Atlas to pestka.

DSCN5678

Nakazujemy kierowcy wyłączyć jakieś idiotyczne country (lubimy country, ale jesteśmy wybredni co do jego wykonawców) i przejść na klimatyczną marokańską muzykę.

Jedziemy. Za oknem około 1°C, deszcz, wiatr i pierwszy śnieg widziany w tym roku. W Afryce! Droga pnie się w górę, wije i kręci. Zaczynam czuć się, jakby to powiedzieć, … dziwnie.  Rozmowy cichną, Paweł zasypia, Maciek blednie, a Wojtek podejrzanie często otwiera okno. Najzwyczajniej w świecie dopada nas choroba morska. Później dowiadujemy się, że to bardzo częsta przypadłość na tej trasie. Nie jesteśmy wcale tacy wyjątkowi.

Gorączkowo łykam ślinę, a po głowie chodzi mi fragment powieści o kobiecie, która, cierpiąc na chorobę morską, wysiadła ze statku płynącego do Nowego Świata. „Tu zostanę” – oświadczyła. I tak się stało. Wyspa do dziś nosi nazwę „Zostanę”. Też mnie kusi. Krajobraz za oknem jest jednak zbyt niegościnny na osiedlanie.

DSCN5689

Tak dojeżdżamy do przełęczy Tiszka. Do szarych, nieprzyjaznych skał smaganych deszczem tuli się mała wytwórnia olejku arganowego. Tu następuje moje pierwsze spotkanie z marketingiem arabskim (lub berberyjskim). Nasz europejski ma się do arabskiego tak jak (parafrazując Sienkiewicza) „cynowa misa do miesiąca”. Nie planuję niczego kupować, ale to nie ma żadnego znaczenia. Już na wstępie jestem na przegranej pozycji. Przemiła przewodniczka (posługująca się biegle angielskim i francuskim) prowadzi nas przez wytwórnię pokazując poszczególne etapy produkcji. Kobiety w tradycyjnych strojach ściągają z orzechów pierwszą osłonkę na paszę dla bydła, drugą do spalenia lub wyrobu ozdób, wyciskają w kamiennej prasie olejek używany do gotowania lub w kosmetyce, wytłoki służą do wyrobu past do chleba. Wszystkiego można dotknąć i spróbować. Już po chwili jestem nakarmiona, mam zrobioną maseczkę i posmarowane balsamem ręce. Odzyskuję świetny humor, zakochuję się w olejku arganowym o zapachu grejpfruta i oczywiście kupuję. Jak wszyscy.

DSCN5707

DSCN5703

Po drugiej stronie przełęczy jest znacznie cieplej. Ze względu na duże, nieskażone cywilizacją obszary, dobrą, stabilną pogodę i niskie ceny Maroko jest rajem dla filmowców. Tu kręcono „Gladiatora”, „Hidalgo”, „Gwiezdne Wojny” i inne. Wzdłuż drogi ciągną się wytwórnie filmowe, stoją różnej wielkości atrapy piramid, sfinksów, rydwanów i statków kosmicznych naraz, co sprawia nieco surrealistyczne wrażenie.

Jedziemy wzdłuż doliny rzeki Draa i zatrzymujemy się na posiłek w restauracji „Pustynna Róża”. Po drugiej stronie rzeki widać ruiny ogromnego zamku. Można się dostać do niego przez most. Wydaje się on absurdalnie długi w stosunku do smętnej, błotnistej strużki wody płynącej suchym korytem. W tydzień po naszym wyjeździe rozszalała Draa wypełniła całe koryto, zabezpieczające ją kanały, pochłonęła też 30 ofiar.

W „Pustynnej Róży” kłębi się tłum turystów, Arabów i Berberów. Są i Tuaregowie w tradycyjnych strojach. Zasiadamy na miękkich poduszkach, jedzenie jest świetne, a Wojtek domaga się dokładki zupy. Otrzymuje ją, a po kwadransie kelner z szelmowskim uśmiechem na twarzy dostarcza mu jeszcze pół tuzina szaszłyków: „To dla ciebie, mój głodny przyjacielu”. Kiedy będziemy wracać opaleni, zakurzeni i wydawałoby się zupełnie odmienieni, na schodach „Pustynnej Róży” zatrzyma mnie pytaniem kelner: „Czy mój przyjaciel jest głodny?”.

DSCN5712

DSCN5717

Docieramy do Zagory. Domy, murki, ziemia – wszystko jednego, rudo – różowego koloru. Jeżeli riad w Marakeszu jest orientalną bajką, to ten w Zagorze jest baśnią z 1001 nocy! Każdy z nas ma osobny domek z tarasem na płaskim dachu, łazienką pełną pięknych orientalnych detali, a wszystko rozmieszczone wśród daktylowych palm i kwitnących krzewów.

DSCN5727

DSCN5722

Udajemy się na kolację i tam spotykamy naszych przewodników. To Abdul i Ahmed. Zaproszeni do wspólnego posiłku – odmawiają:

– Mamy Ramadan.

Ale nie z nami te numery:

– Teraz nie ma Ramadanu! – oświadcza Gośka – Globtroterka.

– A kiedy jest? – pytam szeptem.

– Nie wiem, to ruchome święto, ale nie teraz – odpowiada.

Lody pękają. Przewodnicy dopytują się o nasze umiejętności jeździeckie, upodobania kulinarne, kondycję… I jak samemu ocenić swoje umiejętności?! No to pokrzepiamy się łyczkiem wody ognistej, a Wojtek idzie pływać w basenie. Wrzucamy mu do wody telefon (bo podobno wodoodporny, no to z czystej życzliwości sprawdzamy) i idziemy spać. Jutro dostaniemy konie – według umiejętności…

DSCN5715

DSCN5744

Rano budzi mnie śpiew muezina. Wychodzę na nasz bajkowy dziedziniec i cóż widzę? Marzenka zachwycona otoczeniem pląsa wokół fontanny podśpiewując radośnie:

– Jak dobrze wstać…

– … skoro świt…- przyłączam się równie radośnie, za to w zupełnie innej tonacji.

– Jutrzenki blask duszkiem piiiiićć… – zawodzimy zgodnie.

Nie opiera się temu wezwaniu Adam, który wynurza się (jako odpowiedzialny organizator) z altanki z naszymi towarzyszami i łyczkiem wody ognistej – ku pokrzepieniu serc.

Potem udajemy się na śniadanie. To szwedzki stół i opisanie jego zawartości przekracza pojemność tego bloga zbliżając się niebezpiecznie do spisu treści książki kucharskiej pióra pani Ćwierciakiewiczowej.

Dwóch turystów dopytuje się ciekawie, gdzie się wybieramy.

– Na Saharę – odpowiadam dumnie.

– O, my też, samochodami terenowymi.

– A my konno – melduję z fałszywą skromnością.

– Ja też mam konie, w Izraelu.

– Ja też mam, w Polsce.

– Ale ja mam dwa oryginalne QH.

– A ja mam cztery – puszę się.

– A ja mam z certyfikatem AQHA.

– A ja mam ogiera z licencją AQHA – dobijam nieszczęśnika.

Przez następne dwadzieścia minut wymieniamy nasze wszystkie doświadczenia z końmi. To cudowne uczucie spotkać ludzi o podobnych poglądach w tak odległym zakątku.

DSCN5730

Przybyli przewodnicy i zabierają nas do koni. A tam…, z samochodem pełnym kolorowych tkanin czeka na nas właściciel sklepu (chyba ma na imię Ali) i każdemu z nas nakłada turban na głowę. Nie widzę siebie jakoś w tym stroju i postanawiam pozostać wierna mojej ukochanej bejsbolówce. Ali jednak zręcznie wyłuskuje mnie zza palmy i ciągnie do swego kramu:

– Ooo….! Dare madame, proszę wybierać – oświadcza, mimo że pozostał mu już tylko jeden, czarny kawałek materiału długości chyba kilometra. – Świetny wybór szanowna pani! Skąd wiedziała pani, że w czarnym jej do twarzy? – nawija Ali jednocześnie zawijając mnie w metr bawełny.

– Bo czarny wyszczupla – syczę.

– Och, doprawdy świetnie pani wygląda – kontynuuje Ali po czym kończy czystą polszczyzną – kałasznikow, święta wojna! – i przekazuje mnie w ręce przewodnika.

DSCN5747

Ahmed prowadzi mnie w kierunku przeznaczonego mi wierzchowca. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że tłumi śmiech i mruczy:

– Dżihad.

Już pierwszego dnia doceniliśmy zawoje. Bawełna kryje włosy, których nie szarpie wiatr i nie wysusza słońce, świetnie izoluje i nie grzeje. Luźny koniec okrywa kark a jednocześnie można nim osłonić usta przed piaskiem.

Moja klacz to Asta – gniada berbero – arabka ze strzałką. Stoi niemrawo z tylną nogą w spoczynkowej pozycji, z obwisłą dolną wargą i łypie na mnie ponuro. Zresztą wszystkie konie wyglądają podobnie. Ale, kiedy tylko poczują jeźdźca na grzbiecie, zmieniają się całkowicie. Dumnie unoszą głowy, wyginają szyję w łuk, odstawiają ogony i energicznie uderzają kopytami w ziemię nerwowo przy tym podkłusowując.

DSCN5738

Abdul prowadzi na ogierze. Ahmed z tyłu zagania nas jak indyki. Wzdłuż szeregu jeźdźców przemieszcza się wesoły Szu, pokrzykując:

– One tańczą, cieszą się przed drogą! Patrz, jak moja klacz tańczy ze mną!

– Czy wszystko w porządku? – pytają z troską co chwilę.

DSCN5750

Przemierzamy różowo-rude uliczki Zagory. Dzieci biegną za nami, młode dziewczęta ciekawie zerkają zza otwartych drzwi domostw, kobiety piorą na ulicy i zdecydowanie unikają kontaktu wzrokowego, mężczyźni uśmiechają się i odpowiadają na pozdrowienia. Mijamy małe poletka lucerny, niewielkie palmowe gaje. (To daktylowe zagłębie, a tutejsze owoce są najwyższej jakości.)

DSCN5741

DSCN5746

W pewnym momencie przewodnicy prozą o ostrożną jazdę jeden za drugim. Jesteśmy na cmentarzu. Niewiele różni się od otaczającej go skalistej pustyni i tylko wprawne oko dostrzega mnóstwo małych, kamiennych wzgórków.

Jedziemy na przemian kłusem i galopem, jeden za drugim. Widać, że przewodnicy nas oceniają. Wciąż pytają:

– Le bes? (W porządku?)

I powtarzają:

– Keep distance, my friends, keep distance please.

DSCN5754

Tak dojeżdżamy do miejsca biwaku. Najpierw poimy konie, które tłoczą się przy jednej z dwóch studni. Przy drugiej stoi osiołek, a jego właściciel nalewa wodę do niezliczonych ilości bukłaków.

DSCN5757

Na nas czeka stół zastawiony smakowitościami oraz rozbite namioty. Ahmed zapala ognisko, Omar i Hussein grają na bębnach.

Jesteśmy już na pustyni, ale wciąż na obrzeżach Zagory, bo w oddali słychać śpiew muezina i smętne porykiwania osłów.

Idziemy spać do namiotów. Noc jest bardzo zimna. Na ścianach skrapla się woda, która przy każdym poruszeniu spada na nasze twarze. Jesteśmy na pustyni… – naprawdę?

DSCN5770

DSCN5777

DSCN5778

Po bardzo zimnej nocy wyczołguję się z namiotu i czuję cudowny zapach kawy.

Bez porannej kawy nie funkcjonuję normalnie, mam OZOoK (Ostry Zespół Odstawienia od Kofeiny), przy którym PMS jest jak lekki katar przy zapaleniu płuc.

Brahim parzy właśnie kawę dla Irenki, ja też się załapuję i już nie jestem zgryźliwą, rozkojarzoną turystką, tylko turystką miłą i radosną.

Jemy śniadanie, a konie przegryzają swoją porcję siana z lucerny i gniecionego jęczmienia. Przewodnicy zwijają obóz, poimy konie i – jalla! – jedziemy.

DSCN5771

Kamienista droga wiedzie wzdłuż rzeki i w pewnym momencie Abdul proponuje kąpiel. Biegnę w podskokach na brzeg i wracam równie szybko – nasi panowie już są w wodzie i zupełnie nie przejmują się brakiem kostiumów. Wracając, Maciek stwierdza:

– Nie wiesz, co straciłaś. Mogłabyś się chwalić, że kąpałaś się nago z „Moherowym Beretem”.

DSCN5798

Postój wypada w pustynnej oazie. Jak się okazuje, wcale nie tak łatwo przywiązać konia do palmy wśród kolczastych krzewów.

DSCN5796

DSCN5793

Droga mija szybko na śmiechach, żartach i poznawaniu towarzyszy podróży. Wierzchowce są wesołe, energiczne i łatwe w prowadzeniu. Przejeżdżamy przez berberyjskie wsie. Kobiety na nasz widok zakrywają twarze, a dzieci biegną za końmi z krzykiem.

DSCN5773

DSCN5799

Wszędzie pełno osiołków. Niosą wodę, towarzyszą w pracach na poletkach lucerny, znudzone czekają, aż ich właściciele skończą pracę przy gajach palmowych. Są tu osiołki małe i duże, młode i stare, sympatyczne i zgryźliwe, a jeden nawet zachowuje się nieżyczliwie w stosunku do ogiera Abdula i usiłuje go przegonić ze swojego terenu werbalnie (rykiem) i zdecydowanymi gestami tylnych kopyt.

DSCN5801

Tak wjeżdżamy na podwórze zajazdu i zostajemy skierowani do przestronnych, wyłożonych dywanami namiotów. Kręte ścieżki – również wyłożone dywanami – prowadzą do łazienek z gorącą wodą. A pod dużym namiotem czeka stół oświetlony świecami, zastawiony miseczkami z orzeszkami, migdałami, słodkimi arabskimi ciasteczkami, daktylami i oliwkami.

Do oliwek w pikantnej zalewie zapałałam na równi z Wojtkiem wielką namiętnością i mam spore kłopoty, aby dopaść ich pierwsza.

W kuchni Hussain przygotowuje pyszne tadżiny. Rozsiadamy się przy stole i wtedy zza horyzontu zaczyna powoli, majestatycznie wysuwać się ogromny księżyc w pełni. Wszyscy rzucają się jak szaleni po aparaty fotograficzne i pstrykają zarysy palm na jego srebrnym tle. Gośka jest oczywiście przygotowana i ma statyw.

DSCN5824

Po wspaniałej kolacji nasi przewodnicy rozpoczynają koncert na bębenkach. Śpiewają i bębnią radośnie i tylko Abdul ze wstrętem patrzy na wciśnięty mu przez kumpli instrument przypominający łyżki do zupy.

Biedny Abdul, który z kamienną twarzą znosił dzikie wybryki swojego wierzchowca, jest zupełnie bezradny wobec tych dwóch łyżek.

Mały (naprawdę maleńki) łyczek wody ognistej wzbudza w nas jeszcze większą życzliwość wobec świata i oto Wojtek z Adamem już wirują i podskakują na dywanach w rytm bębnów.

Przewodnicy próbują nas wciągnąć do gry. Okazuje się, że Wojtek i Wiesiek to nieujawnione talenty: zasuwają na bębenkach jakby od urodzenia pracowali przy przekazywaniu wiadomości systemem tam-tamów. Heniek i ja, z wyrazem twarzy mówiącym, że gra na bębnie jest naszym najskrytszym marzeniem, przesuwamy się za filar. Abdul i Maciek ulatniają się po angielsku, a szkoda, bo bardzo byłam ciekawa jak w wykonaniu Maćka brzmiałoby „Boże, cos Polskę” wystukane na bębenku.

Adam chwyta gitarę i zaczyna śpiewać. To nasz wkład w część artystyczną.

Wokół miękka afrykańska noc, księżyc spogląda na nas dobrotliwie, a gwiazdy są na wyciągnięcie ręki i „gitara delikatnie łka”. I właśnie wtedy, gdy Adam z uczuciem intonuje:

„Księżyca misa lśni

Świat cały wisi mi…”

Szu trąca mnie w ramię i pyta:

– Co on śpiewa? Przetłumacz!

Po chwili znowu rozbrzmiewa żywa, skoczna melodia bębenków. Tym razem na parkiecie szaleją Szu i Brachim używając jako rekwizytów tanecznych filara i materiłu z turbana Szu. Taniec jest bardzo ekspresyjny: na moje oko, to Szu jest dziewicą z haremu, którą uprowadza okrutny Brahim. Kim jednak jest Irenka w tym tańcu? Ja nie wiem…

DSCN5790

DSCN5829

Noc spędzamy w wygodnym berberyjskim namiocie. Adam obiecywał jedno wiaderko wody na dobę i noclegi w maleńkich namiocikach na kamienistej pustyni, a tu proszę, taki luksus!

Na śniadanie kawa, owoce, świeżo upieczone placuszki z miodem i dżemami.

Pierwsze, co zawsze robimy po śniadaniu (w tym czasie nasze wierzchowce też mają śniadanie – gnieciony jęczmień i siano z lucerny), to poimy konie. One znają rozkład dnia, wiedzą, że następna woda będzie za dwanaście godzin, dlatego tłoczą się i rozpychają przy wiadrach i korytach napełnianych przez przewodników i długo celebrują picie.

DSCN5872

Jedziemy kamienistą pustynią. To tylko duże pole wyłożone aż po horyzont kamieniami, ale jakże piękne. Abdul widzi mój zachwyt i poświadcza:

– Tak, pustynia jest piękna, zwłaszcza rano i wieczorem.

DSCN5851

DSCN5853 DSCN5859

Dojeżdżamy do górskiej przełęczy, słońce odbija się od skał tysiącem iskier, słychać tylko wiatr i zwielokrotniony echem stukot kopyt. Przełęcz pokonujemy na piechotę. Konie stąpają pewnie nie potykając się ani razu. My często.

DSCN5861

DSCN5869

W południe – sjesta. Rozchodzimy się w poszukiwaniu marnych krzaczków, do których przywiązujemy wierzchowce. Przewodnicy rozkładają koce, zasiadamy do sałatek i chleba. Jak tu siedzieć na tak zupełnie płaskim podłożu? Na boku źle, po turecku – długo nie wytrzymujemy, na brzuchu – nie da się jeść. Zauważam kątem oka spojrzenie Maćka wbite z zachwytem w Marzenkę. To cudowne, prawda? Po tylu latach…

– Fascynujące! – mówi Maciek – Deseń na plecach Marzenki wygląda jak histologiczny preparat wątroby!

Jedną z deprymujących rzeczy jaką musi znosić żona weterynarza jest jego fachowa wiedza. Ale na plecach rzeczywiście… – zraziki wątrobowe.

W miejscu gdzie podłoże jest mniej kamieniste a bardziej piaszczyste przewodnicy ustawiają nas w szeregu. Będziemy galopować tyralierą! Ogier Abdula wcale nie jest tym zachwycony i urządza małe rodeo.  Mija kilka chwil i – jalla! – jedziemy! Odkrywam, że Asta ma kapitalne przyspieszenie. Asta, która pogardliwie odnosiła się do moich prób przekupstwa jabłkami oraz krakersami, teraz parska radośnie i jest moją najlepszą kumpelą.

– Twoja klacz lubi pogalopować  – potwierdza Ahmed.

DSCN5876

DSCN5886

Dojeżdżamy do piaszczystych wydm. Tu kręcą wszystkie filmy, w których wędrowcy konają z pragnienia wśród bezmiaru piasków Sahary. Tak naprawdę to niewielki obszar. Wiatr wciąż na nowo maluje na nich wzory morskich fal. Przewodnicy namawiają nas do grupowego zdjęcia, ustawiają i pstrykają bez końca. I oto my – doborowa jedenastka.

DSCN5877

DSCN5879

Dojeżdżamy do miejsca popasu. To kemping, są prysznice, sauna i basen. Woda w basenie zimna, ale dzielnie się kąpiemy.

DSCN5896

DSCN5833

DSCN5892

Rano mijamy wsie zamieszkałe głównie przez ludność arabską. Gośka oczywiście czytała sporo na ten temat, ale chce uzupełnić wiedzę:

– Powiedz mi – zatrzymuje Brahima – jaka jest różnica między ornamentami na szatach kobiet arabskich i berberyjskich?

– Ornamenty? – stęka przerażony Brahim. – no… są…

– To wiem, ale nie mogą być to wzory zwierzęce i kwiatowe. A chyba zauważyłam kwiatowe… – przygważdża nieszczęśnika Gośka.

Oczy Brahima robią się już naprawdę duże.

– Te ornamenty, wiesz, służą do ozdoby – stwierdza odkrywczo i już go nie ma.

Tymczasem przy stole toczy się zajadła dyskusja. Druga Gosia, osaczona przez resztę rajdowiczów broni swojego zawodu.

– Mamy procedury! – twierdzi desperacko.

– Ale wyroki sądów są niesprawiedliwe i już – okopuje się na swoich stanowiskach reszta.

Świadoma zdania pacjentów na temat niektórych etapów leczenia kanałowego, próbuję zepchnąć dyskusję na tory inne niż zawodowe. Udaje się. W pokoju rozchodzimy się do namiotów.

DSCN5910

Allach jest wielki! Wszyscy są zadowoleni, tylko Adam narzeka. Marzy mu się burza piaskowa. Nie musi być duża, wystarczy taka malutka, zupełnie zwyczajna. Reszta jakoś wcale nie jest przekonana, ale kto wie… Wszystko w ręku Allacha…

DSCN5893

IMG_6555

Ranek. Desperaci, którzy wyrazili poprzedniego dnia chęć jazdy na wielbłądach, rozpoczynają dzień o dwie godziny wcześniej. Żadnych ciasteczek, orzeszków, a co gorsza –  żadnej kawy. Tylko te cholerne wielbłądy! Pozostali, łącznie z przewodnikami, żegnają nas wzruszeniem ramion, które zdaje się mówić: „Niezależnie, czy był to dobry pomysł, czy nie, to jest wasz problem. A tak nawiasem, to może byście już poszli i dali nam spać.” Wszystko w jednym, niemym wzruszeniu ramion.

IMG_6553

IMG_6595

IMG_6596

Nieustraszeni poszukiwacze wrażeń wędrują do zagrody wielbłądów. Czeka na nas osiem osiodłanych wielbłądów. Klika leży na piasku. Są śliczne, smukłe, gładko wyczesane, o przemiłych pyszczkach z parą ogromnych oczu ozdobionych niewiarygodnie długimi rzęsami.  W pewnym momencie jeden z leżących odwraca się do sąsiada rycząc mu do ucha jakieś obelgi. Ten przez chwilę tkwi bez ruchu, potem porusza parę razy żuchwą przeżuwając obrazę i odwrzaskuje dwa razy głośniej, a następnie obydwa wbijają wzrok przed siebie w bezkres pustyni.

DSCN5936

Obsługę stanowią dwaj młodzieńcy w mundurkach riadu przypominających długie niebieskie koszule nocne z lamówką. Sprawnie wyłapują mnie z grupy, prowadzą do leżącego, osiodłanego dromadera, nakazują mi wsiąść i wykrzykują jakąś komendę, po której mój wierzchowiec wstaje. Wrażenie jest mniej więcej takie, jakby pagórek, na którym siedzisz w trakcie trzęsienia ziemi przewrócił się do przodu, potem zmienił zdanie i spróbował paść na plecy, ale pchnięty życzliwą dłonią poleciał jeszcze raz do przodu. O, i już siedzę na stojącym prawidłowo wielbłądzie. Tymczasem obsługa rozmieszcza w siodłach pozostałych. Z pisków i okrzyków wnioskuję, że ich odczucia są zbliżone do moich. Ale tylko wnioskuję, albowiem zwierzak, na którym siedzę, odwraca się i beztrosko gdzieś wędruje (zaznaczam, że nie mamy żadnych instrumentów do kierowania). Oczyma wyobraźni widzę siebie zaginioną w bezmiarze Sahary, na wielbłądzie, który idzie i idzie, gdzie go oczy poniosą. Ale nie, on tylko ustawia się w szeregu. Obsługa wiąże każdego wielbłąda do ogona poprzednika (co jest nieco upokarzające), pierwszego bierze za sznur i idziemy.

DSCN5923

DSCN5933

IMG_6558

Na tle wydm przesuwają się nasze kiwające się cienie. I tylko Paweł wygląda dostojnie w swoim kasku. Na piasku widnieje artystycznie ułożony szkielet wielbłąda.

– To dromader, który zginął z pragnienia – grobowym głosem oznajmia jeden z przewodników.

– A gdzie się podział szkielet turysty? – odpowiadamy pytaniem.

IMG_6568

DSCN5926

Chłopcy śmieją się, zabierają nam aparaty fotograficzne i sprawnie pstrykają zdjęcia, po czym odprowadzają na kemping.

IMG_6670

IMG_6643

Tym razem przed wyjazdem przewodnicy wyjątkowo dokładnie sprawdzają  nasze juki uzupełniając zapasy wody. Abdul, który do tej pory paradował w bejsbolówce i czapsach rodem z Texasu, owija głowę w gustowny turban. No i jallaa!

IMG_6671

IMG_6673

Po południu pogoda zaczyna się psuć, słońce nie świeci już tak radośnie, niebo jest zamglone, a na horyzoncie gromadzą się ciemne chmury. Podmuch wiatru – coraz mocniejsze – wzbijają piasek, tworząc miniaturowe trąby powietrzne tańczące wokół końskich nóg.

– Ta droga nazywa się drogą do piekła – ponuro informuje Abdul.

Wiatr zrywa mój turban z głowy, a z powodu jego długości nie mogę go już zawinąć. Zawiązuję tylko chustę wokół twarzy zasłaniając usta. Częściowo rozwiązany szal Marzenki płynie w powietrzu nadając jej wygląd arabskiej księżniczki.

IMG_6688

IMG_6680

IMG_6682

DSCN5945

Ogier Abdula absolutnie nie ma ochoty iść w stronę ciemniejącego nieba. Po paru próbach tłumaczenia przewodnikowi, że to głupi pomysł, uznaje go za nieuleczalnego idiotę i postanawia się go pozbyć, a samemu wracać do domu. Jednak Abdul jest świetnym jeźdźcem i stawia na swoim.

Konie są niespokojne, przyjaźnie do tej pory usposobiony wierzchowiec Adama atakuje klacz Maćka i …. – trafia jeźdźca w nogę. Maciek jak to Maciek, twierdzi, że nic się nie stało choć krzywi się z bólu. Wiatr wciąż się wzmaga, z trudem wyłapuję wśród tumanów w piasku sylwetki pozostałych.

Szu zauważa, że Heniek nie ma okularów, oddaje mu parę zabraną Abdulowi i na nic zdają się tłumaczenia, że jednak bezpieczniej,  gdy to przewodnik będzie lepiej widział. Zresztą trudno usłyszeć cokolwiek w wzmagającym się wyciu wiatru.

DSCN5947

Zdjęcie0015

Ruszamy galopem. Naprawdę niewiele widać. Mam wrażenie, że jesteśmy tylko we dwie – Asia i ja wśród  szalejącego piasku i wiatru, który unosi nas gdzieś daleko, a my płyniemy w powietrzu. Później okaże się, że wszyscy mieli takie odczucia. To nasze błędniki zupełnie oszalały w tej burzy.

Dla mni, po dwóch godzinach, a w rzeczywistości w czasie o połowę krótszym, spotykamy Brahima, który zaniepokojony siłą burzy wychodzi nam na spotkanie z obozu. Udało się im rozbić jeden namiot, w którym gromadzimy się wszyscy. Konie dostają swój obrok i pozostaną przez noc w workach na głowach, aby się im lepiej oddychało.

Zdjęcie0026

Zdjęcie0032

Siedzimy stłoczeni w namiocie i opowiadamy wrażenia. Nie wiem w jaki sposób, ale Brahim i Husein przygotowali posiłek i nieodzowną miętową herbatę. Jeżeli je się dostatecznie szybko , to jest szansa, że zje się trochę mniej piasku, który wciska się do namiotu wszystkimi szczelinami.

– Maciek, powiedz na dobranoc jakiś wiersz – prosimy.

Zaczęło się kiedyś od cytatu z Pani Twardowskiej i wtedy wyszło na jaw, że Maciek zna wszystkie Ballady i romanse na pamięć. Na to Maciek poprawia bolącą nogę, układa się najwygodniej i zaczyna. Wiatr szarpie namiotem, wrzucając coraz to nowe porcje piachu do środka, my słuchamy: „Stary Budrys swych synów…”, „Zbrodnia to niesłychana…”, „..kto jest dziewczyną?  Ja nie wiem”.

Nie darmo mój profesor z anatomii twierdził, że dobrym anatomem może być tylko ten, kto potrafi się  nauczyć Pana Tadeusza na pamięć.

IMG_6695

DSCN5952 (Kopiowanie)

Układamy się spać przy akompaniamencie wyjącego wiatru rzucającego piaskiem. Męska część legła pokotem w namiocie socjalnym, żeńska znajduje schronienie w namiocikach przytwierdzonych do kół jeepa. Przewodnicy dokują się w samochodzie i pod plandeką okrywającą nasze plecaki.

DSCN5956DSCN5955 (Kopiowanie)DSCN5958DSCN5959

Ranek jest zaskakująco piękny. Zdejmujemy koniom worki z głów i karmimy je. Znamy już rytm obozowego życia i pomaganie przewodnikom przychodzi zupełnie naturalnie wśród śmiechów i żartów. To my – wytrawni wędrowcy!

Na świeżo zamiecionym przez wiatr piasku rysują się ślady stworzeń żyjących w tej zdawałoby się martwej okolicy – jest ich mnóstwo, o czym radośnie informujemy Gośkę (kładąc duży nacisk na obecność skorpionów i węży). Nie obywa się bez strat. Ktoś w ciemnościach nadepnął na gitarę Szu.

– Była dla mnie jak siostra! – lamentuje właściciel.

Noga Maćka spuchła i nie może na niej stanąć. Propozycję jazdy samochodem oczywiście odrzuca, więc koledzy postanawiają mu pomóc w trybie natychmiastowym. Tak na oko, to but Maćka jest jakieś trzy rozmiary za mały, ale jakie to ma znaczenie. Trzech krzepkich osiłków stabilizuje delikwenta i wtłacza go w obuwie. Reszta otacza kołem miejsce operacji, wykrzywia się i posykuje jakby sprawa dotyczyła ich bezpośrednio.

DSCN5961

Przewodnicy zabierają nam aparaty fotograficzne. Będą na nas oczekiwać w miejscu następnego galopu, obiecują zrobić świetne zdjęcia. Ale na miejscu postoju czeka nas przykra niespodzianka – pusta studnia. Konie nie piły już od dwunastu godzin i choć wciąż są pełne werwy, martwię się. Inni chyba też. Jadę obok Szu i omawiamy problemy z wodą. Szu relacjonuje mi działania swojego rządu dotyczące gospodarki wodnej. Tu, na pustyni czuję wstyd, kiedy myślę o nonszalanckim traktowaniu zasobów wodnych w Polsce, nieprzemyślanych regulacji rzek, zatruwaniu wód, niszczeniu obszarów zlewiskowych… Kiedy o tym mówię, Berberowie nie kryją oburzenia, a wręcz przerażenia:

 – Woda to życie! Gdzie wasz rząd?!

– W stolicy, zapewne – odpowiadam, ale oni nie rozumieją sarkazmu. To dla nich zbyt poważna sprawa.

DSCN5964DSCN5965DSCN5973

DSCN5979DSCN5980DSCN5981

Przejeżdżamy przez kamienistą pustynię. Na jednym zboczu wykwita jaskrawoczerwona plama. Obserwujemy ją  – nieruchomą, tkwiącą wśród lśniących kamieni. Gdy podjeżdżamy bliżej, widzimy, ze to kobieta. Podnosi się i odchodzi z gracją królowej. Abdul wyjaśnia, że to miejsce pobytu ostatnich, nielicznych nomadów.

Kiedy zasiadamy do pikniku, za naszymi plecami, nie wiadomo skąd, pojawia się znowu. Za chwilę, jak spod ziemi pojawia się druga, starsza, z tatuażem na twarzy. Milczą i cicho siadają za nami. Abdul pyta, czy już zjedliśmy i częstuje kobiety. Mają na sprzedaż zabawki i bransoletki. Ich domostwa są niedaleko, prawie niewidoczne wśród skał. Można je zauważyć dzięki kolorowym szatom wiszącym na sznurach.

DSCN5991DSCN5992

Wojtek próbuje dogadać się z dziećmi starym wypróbowanym sposobem – na słodycze. Kiedy wsiadamy na konie, widzę jak Abdul wręcza kobietom drobne pieniądze:

– One mają naprawdę trudne życie – tłumaczy.

DSCN5996DSCN5999DSCN6004DSCN6014DSCN6015

Dojeżdżamy do przełęczy Dżebel Beni. Z góry widać ogromną, pustą, równą przestrzeń. Wojskowa dusza Pawła nie wytrzymuje:

– Ach, jak piękne manewry można by tu urządzać! – wzdycha z rozmarzeniem.

– Też tak pomyślałem – stwierdza mój mąż zdrajca.

-Co?!!! – wrzeszczę z oburzenia jakby ta część pustyni była co najmniej moją własnością. – Mowy nie ma!

Ale zanim zdążyłam się oflagować i zorganizować protest, obaj flegmatycznie wzruszają ramionami- Przestań, nikt tu na razie czołgiem nie wjeżdża – i kontynuują wędrówkę.

DSCN6016DSCN6023DSCN6029

Z przełęczy schodzimy w dół na piechotę. Jedynie Maciek pozostaje w siodle. Nareszcie docieramy do studni. Konie tłoczą się przy korycie, a przewodnicy nie nadążają w wyciąganiem wody za pomocą starego kołowrotu. Ahmed pokazuje mi piasek – pozostałość po wczorajszej burzy na zębach Asty.

– Ty też tak wyglądasz – śmieje się.

DSCN6035DSCN6042

Miejsce noclegu nazywa się Taza. Znów mamy namiot kąpielowy i toaletę.

Wieczorem zbieram przepisy na tadżiny. Najwięcej zna ich Omar, który okazuje się być kierowcą.

***

W nocy, obok namiotów przegalopowuje jakiś jeździec budząc niepokój wśród naszych koni…

Reklamy

Google Translate

  • 84,644 VISIT

MOST POPULAR

Archiwum

%d blogerów lubi to: