Google+

GRUZJA 2013

Dodaj komentarz

DSC_0726

Niektórzy jeżdżą na wakacje daleko, do innych krajów, inni spędzają czas po sąsiedzku i zadowalają się kilkoma zaledwie kilometrami dzielącymi ich od domu. W Sabatówce żeby ktoś wyjechał daleko, ktoś musi zostać blisko. I tak Gośka i Heniek powędrowali w gruzińskie góry, a my z dziećmi na wakacje na farmie.

(Iwona)

Gruzja mapa z wiki

Nie mogę powiedzieć, że wyjazd do Gruzji nie chodził mi po głowie od roku, kiedy zobaczyłam na stronie Lisowczyków http://www.lisowczycy.com/pl/gruzja.html taką możliwość. Owszem, chodził. Ale nie mieściło się to absolutnie w naszych możliwościach czasowych, finansowych i innych. Wobec tego, nie pozostawało nam nic innego, jak pojechać właśnie.

https://sabatowka.wordpress.com/2008/08/09/toast-za-gruzje/

Chciałabym tu napisać, że wyjazd poprzedziliśmy dogłębnymi studiami nad historią, geografią i zwyczajami kraju, w którym mieliśmy spędzać najbliższe dwa tygodnie. Ze wstydem przyznaję, iż tak się nie stało. Poszliśmy na tzw. „żywioł”.

(Gośka)

Dzień pierwszy. Sabatówka.

W zasadzie pół dnia, gdyż rajdowcy wyruszyli dopiero w południe. Odjeżdżając powtarzali: „Teraz ty tu rządzisz” i – wzbijając tumany kurzu – popędzili ku przygodzie.

Jesteśmy. No tak, co tu robić… Może najpierw jakiś spacer? Żeby nie było nudno Kapsel i Biscuit postanowili stoczyć wojnę. W jednym gospodarstwie dwóch panów to tłum, więc rozwiązali kwestię panowania zębami. Wprowadzając pacyfistyczne – zasady zamiast siłowych – panowie trafili do karceru, każdy do swojego. Od tej pory będą wychodzić na zmianę.

DSC_0278

DSC_0530

Późne popołudnie to czas wzmożonej pracy. Najpierw lonżowanie Dalandy, aby uniknąć zapalenia wymienia. Drobiazg. Potem sprowadzenie stada, powtykanie koni do odpowiednich boksów. Jakoś poszło, choć tak dziwnie patrzyły, gdy nie pozwoliłam im na dłuższe sąsiedzkie odwiedziny… Dalej karmienie matek i źrebiąt i … kolka.

Wujek Zygmunt zostaje zatrudniony jako super zawodowa niania dla dzieci (powinien głosić wykłady z pedagogiki stosowanej), weterynarz krótko komentuje: „O k…wa, już jadę”, a ja bat w dłoń i Maritę na lonżę.

Wieczór. Kobyle odpuściło. Ale dlaczego Donia jest cała mokra?! Coś się tłucze. Idę sprawdzić. Nic nie widać. Donia wyschła, patrzy z dezaprobatą, iż śmiem jej dotykać. Szybki prysznic. Jeszcze zerkam do stajni. Janutra i Janitra wstają ze słomy i prychają na mnie z oburzaniem: „A ta co tu robi?” – czytam z ich oczu. Ok., już się wycofuję do własnego łóżka. Psy ujadają jak wściekłe. Tomek-rozjemca rozdziela je w oddzielnych pomieszczeniach. Artur kaszle. Wstaję. Syropek i spać. Biscuit chce jednak siku. Wstaję. Spać. Co się tłucze w tej stajni…? Wstaję, zapalam światło. „Idź spać kobieto!” – wszystkie konie prócz drzemiącej na stojąco Marity podnoszą się ze słomy i taksują mnie wzrokiem. Spać. Vigo też chce siusiu. Wypuszczam go, przysiadam na fotelu, kołyszę się w półśnie, wciągam psa do domu. „Nie Vigo, nie chcę się bawić”. Spać. Jakie to łóżko ciepłe. Trutka schodzi po schodach. Wstaję, biorę córcię do naszego łóżka. Artur znowu kaszle. Wykopuję Tomka, żeby go ułożył. Chcę spać!!! Budzik.

Jest 6 rano. Wstał piękny. Pochmurny dzień.

DSC_1043

(Iwona)

Studnia. Idę sprawdzić, czy środkowa zaciąga z górnej wodę do dolnej. Działa! Po odkręceniu zaworu nie beka bąbelkami powietrza, tylko porządnie zasysa wodę. Luzik, wczorajsze rozkręcenie trójnika przyniosło efekt.

(Tomek)

 

Dzień pierwszy. Przylot do Tibilisi.

Pierwsza połowa lotu Warszawa – Kijów jest trudna, z dużymi turbulencjami. Lecimy po raz pierwszy i nasze reakcje są krańcowo różne. NzM dochodzi do wniosku, że tak właśnie wygląda podróż samolotem i godzi się filozoficznie z dzikimi podskokami. Ja ślubuję dozgonnie chodzić tylko i wyłącznie po ziemi.

DSCN4661

Przybywamy do hostelu Opera w nocy i od razu spotykamy czwartą uczestniczkę rajdu oraz grupę studentów świętujących zaręczyny: „On klęknął na lodowcu, ona go przyjęła, a teraz pijemy.” – mówią. Wciągają nas do wspólnej zabawy i dopiero po pewnym czasie oraz wielu szklankach wina dociera do mnie z jaką atencją i szacunkiem nas traktują. Czyżbyśmy wyglądali na rajd geriatryczny?

(Gośka)

Dzień drugi. Sabatówka.

Pierwsze – nakarmić klacze i Zmarzlinka. Gdzie moja ściąga? A krowa je raz czy dwa razy dziennie? Nakarmione. Teraz wypuścić konie na pastwisko. Poszły. Biscuit nawiał, jak tylko go wypuściłam. I jak go szukać, skoro dzieciaki śpią? Gdzie jest chłopak, który miał przyjść do pomocy? Miał być na siódmą. Nic, dzieci wstały, trzeba je nakarmić i ubrać. Może w tym czasie przyjdzie. Nie przyszedł. Dzwonię. Upiera się, że miał być dopiero we wtorek. Idę sprzątać stajnię. Pies marnotrawny wrócił. Przynajmniej to mi odpadło. Po moich nocnych kontrolach i budzeniu koni, słoma w boksach jest cała zdeptana. Sprzątanie, ścielenie, zadawanie siana, w międzyczasie dwukrotne lonżowanie Dalandy i karmienie Drobinki – to wszystko zajmuje mi czas do drugiej. Dobrze, że Artur i Renia się razem bawią i tylko od czasu do czasu przychodzą z jakąś prośbą lub rozbitą miską, bo właśnie chciały zrobić sobie jeść. Jeszcze ugotować kotom i psom oraz obiad dla nas. Było do przewidzenia, że butla się skończy. Ziemniaki stojące na kaparzącym gazie rozgotowały się z wierzchu, a w środku pozostałe twarde. Po zmianie butli całkiem się rozsypały. Wstawiam do piekarnika mięso, zamiatam podłogę (skąd tyle błota? – przecież wczoraj sprzątałam!) i idę przelonżować ogierka. Mięso nie chce się dopiec. Tomek nie wraca, choć już po czwartej. Pewnie jeździ po sklepach budowlanych po materiały do gabinetu. Pora na lonżowanie Dalandy. Przyjeżdża Tomek. W biegu daję wszystkim obiad, a w zasadzie obiadokolację. Jeszcze tylko spędzić konie. Idę po Zmarzlinka, a Tomek przepuścić wodę ze studni do studni.

DSC_0536

DSC_0004

Teraz po stado na pastwisko. Są przy bramie. Wujek Zygmunt przyjechał i je podpędził. W trójkę rozlokowujemy konie w boksach. Pięć razy sprawdzam, czy wszystkie są suche, karmię i wypędzam przed stajnię. Niech tam brudzą w nocy. Woda, siano, pastuch elektryczny – wszystko jest. Jeszcze tylko dać jeść psom i kotom oraz umyć dzieci. Tak, umyć koniecznie – przecież przez większość dnia bawiły się same. Trutka słania się na nogach, ale jeszcze chce ze mną dać siano ogierowi. Koniec. Prysznic i może dokończenie filmu, który zaczęliśmy wczoraj? Film, ach film – nie udało się. Zaczęliśmy przysypiać po kilkunastu minutach. W nocy już bez szaleństw. Tylko Kuśmidron się rozkaszlał, a ja zasnęłam przy nim, trzymając go w pozycji półsiedzącej. Gdy się obudziłam był ranek. Za kwadrans zadzwoni budzik. Mam kilka minut na odpoczynek w swoim łóżku. Zamykam oczy. Drrrrrrrrrrrrryyyyyyyyyyyyyń!!!!!!!!!!

(Iwona)

Studnia ciągnie aż miło. Jestem dumny!

(Tomek)

 Dzień drugi. Wyjazd do Omalo.

Rankiem okazuje się, że słowo „maniana” jest być może hiszpańskie, ale jego korzenie sięgają Gruzji, bo samochód, który zamiast przyjechać po nas o dziewiątej, pojawi się dopiero o czternastej. W takim razie idziemy na miasto. Gośka – nasza czwarta kompanka – okazuje się wszechstronnie przygotowana. Wie, gdzie jest stacja metro, najbliższy targ, jakie zabytki trzeba koniecznie zobaczyć.

DSCN4652

DSCN4666

DSCN4674

DSCN4673

Początkowo szokuje mnie ruch samochodowy, który trochę przypomina Dziki Zachód z autami w roli koni. Kierowcy wyprzedzają z lewej i prawej, bez przerwy używają klaksonów, nie przejmują się przesadnie liniami ciągłymi. Nie trzeba się też przejmować, gdy przechodzisz ulicą nie po pasach, gdyż wszyscy robią to samo i dzięki temu jest zabawniej. Po chwili zdaję sobie sprawę, że w tym szaleństwie jest metoda: ruch samochodów – płynny, klaksony ogłaszają: „uważaj, wyprzedzam” i nie wywołują przy tym u innych kierowców międzynarodowego znaku pokoju w postaci wystawionego środkowego palca, światła informują za ile sekund będzie zmiana.

DSCN4660DSCN4659

W Tibilisi, na ulicach sporo ludzi prosi o wsparcie. Spotykają się przy tym z dużą życzliwością. W wagonie metro staruszka szepce coś, czego absolutnie nie rozumiem, jednak w ręku trzyma wiele mówiące zdjęcie dwóch chłopców w mundurach. Ludzie kiwają głowami i sypią się lari.

DSCN4670

Zwiedzamy łaźnię i z pomocą Gosi wracamy do hostelu. Terenowe Mitsubishi z kierowcą Koba i kierownicą po prawej stronie czeka. Ruszamy.

Tą drogą ale później jechaliśmy. Zapożyczone od Tusheti Land.

DSCN4683DSCN4682DSCN4681

Wzdłuż przepaści miejsca jest tyle, żeby opony złapały się drogi. Przejeżdżamy strumienie i wodospady, a najwyższą cześć drogi – w chmurach. Widać mniej więcej na metr i chyba tylko „Anioł podróży”, o którego pomoc wzywali żegnający nas w Tibilisi hostelowicze, cudownie wskazuje właściwą drogę. Koba znajduje oparcie dla kół. Tak po siedmiu godzinach dojeżdżamy do Omalo. Jest noc. Co przyniesie następny dzień?

(Gośka)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

https://sabatowka.wordpress.com/2013/09/20/dziennik-z-wakacji-cz-ii/

https://sabatowka.wordpress.com/2013/09/12/dziennik-z-wakacji/

Dzień trzeci. Sabatówka.

DSC_0718

Poranek. Jak zwykle karmienie mamusiek. W nocy nie działo się nic, wszystkie konie są tam, gdzie powinny. Wypuszczam towarzystwo na pastwisko.  Przyszedł zapowiadany pomocnik. Rzekomo to rower się zepsuł i nie miał czym dojechać. Zbywam wszystko milczeniem, pokazuję, co trzeba zrobić i zabieram się za Dalandę. Drobinka już nie chce biegać. Stępuje więc w kółko między matką a mną, ale w takiej odległości, żeby jej nie dotknąć. Łypie na mnie czasem spod oka i wyraźnie daje do zrozumienia: „Nawet nie próbuj!”.

Czas zająć się dziećmi, domem, obiadem. Jeszcze trzeba pojechać po mleko i jaja, zrobić napój lipowo-malinowy dla kaszlaka, zmienić psy… Dziś, z pomocą w stajni, wszystko idzie spokojniej. Może zrobić ciasto z malinami…? Robię. Wkładam do piekarnika, myję podłogę, coś się pali… Ciasto! Zepsuła się regulacja temperatury w piekarniku i bezę szlak trafił. Ratuję, co się da, nastawiam rosół, idę do Dalandy. Po lonżowaniu Drobinka zrobiła mi niespodziankę – zaczęła ssać matkę. I co teraz? Czy faktycznie uda się jej cokolwiek wydoić? Jak teraz z karmieniem? Dzwonię do weterynarza: „Dzień dobry Panie Doktorze. Nie, nic się nie dzieje, mam tylko pytanie…”

DSC_0550

DSC_0862

Jeszcze trzeba poćwiczyć z ogierkiem i mam nawet czas na zabawę z dziećmi. Idziemy na krótki spacer, badamy poziom wody w strumieniu. Mamy chwilę luzu dla siebie.

DSC_0295DSC_0357

Przyjeżdża Tomek, spuszczamy wodę do studni. Cholera! – nie chce zaciągnąć. Mąż męczy się z wodą, pojawia się Agnieszka z mężem i dziećmi.  Zostawiam Trutkę z ciocią i idziemy z Arturem po konie. Oczywiście, są na samym końcu. Wołam, wołam, wołam z całych sił, a te tylko strzygą uszami i mają moje wołanie w poważaniu. Muszę liczyć na współpracę z Janutrą. Z tyłu podąża Wujek Zygmunt – pierwsza pomoc i rycerz dam Sabatówki. Razem się udaje namówić zwierzaki do powrotu.

Agnieszka i Artur jeżdżą na koniach, dzieci biegają, psy szaleją, meszki gryzą, zapada zmrok. Mój cherlak wraca od lekarza – ponoć zdrowy, ale z zestawem nowych leków. Wyrzucamy konie przed stajnię, kładziemy dzieci, ustalamy, co trzeba załatwić następnego dnia, zabieramy się za końcówkę naszego filmu. Zasypiam. Może obejrzę go jutro. W nocy wstaję tylko do Biscuita. Jak spokojnie!

(Iwona)

Porca miseria! Studnia już sama od siebie nie zasysa. Trzeba ją zmusić sposobem. Na pickupa wrzucamy 100 litrową beczkę i napełniamy wodą. Zasada żeby nie wrzucać napełnionej beczki na pakę jest tutaj bardzo istotna. Bierzemy długiego węża i jedziemy na górkę. Wróć: cofamy, żeby zakręcić beczkę, bo się rozchlapuje. Odkręcamy zawór w studni i w wolną rurę wkładamy węża z beczki. Wcześniej samemu trzeba zaciągnąć (jak wino).Gdy już poleci, szybko wkładamy i czekamy. Ważne żeby nie zeszła cała woda z beczki, bo powietrze zniszczy całą robotę. Szybciutko biegniemy do górnej studni spojrzeć, ile jest wody w betonach, a potem do dolnej, żeby upewnić się, iż rzeczywiście leci. I biegiem do środkowej studni zakręcić zawór, żeby nie wyssało resztki wody ze środkowej. Muszę koniecznie coś z tym zrobić, inaczej będę zmuszony brać udział w biegach terenowych.

(Tomek)

Dzień trzeci. Wyjazd do Diklo.

DSCN4685

Do Omalo przybyliśmy nocą, więc jedyne, co zarejestrowałam to to, że mieszkamy w kamiennej wieży, w której niewielkie otwory zastępują okna. Można je zasłonić albo dopasowanym kamieniem, albo przepięknie ozdobionym kawałkiem sfilcowanej wełny. Malutka łazienka po zamknięciu drzwi zmienia się w kabinę prysznicową. (Podobne rozwiązanie zastosowaliśmy i u nas, więc czuję się jak w domu). Jedzenie pyszne, łóżka miękkie.

DSCN4688

Wczesnym rankiem wypełzam z wieży (otwory wejściowe są tak na wysokość pięciolatka) i patrzę na zapierającą dech w piersiach panoramę skąpanych w porannym słońcu gór.

Na sąsiedniej posesji ruch – okazuje się, że to cerkiew, a właśnie dziś jest wielkie święto. Siwobrody pop błogosławi wiernych, a jego pomocnik trzepie dywanik, po czym wszyscy zgodnie wchodzą do wnętrza kościoła.

DSCN4686

Z drugiej strony wieży, w wąską uliczkę wprowadzają konie. Dla nas? Nie. Dwóch młodych Czechow jedzie w wysokie góry i pierwszy etap pokonają konno. Ich plecaki sięgają półtora metra a sami chłopcy to też nie ułomki. Pytam jak długo jeżdżą, a oni szczerzą zęby, że wcale. Trzeba trzech silnych Gruzinów, aby wsadzić ich z bagażami na koniki, po czym wszyscy ruszają pokładając się ze śmiechu. Teraz nasza kolej. Przewodnikiem ma być Themo, młodziutki chłopak. Pierwszy wsiada Heniek, a jego objuczony bagażem koń, otrzymawszy jeszcze jeźdźca na grzbiet, uznaje to za rażącą niesprawiedliwość i w ramach protestu zaczyna się cofać i cofałby się zapewne do najbliższej przepaści, gdyby nie pomocna dłoń Gruzina. (Środki przymusu bezpośredniego są niemożliwe do zastosowania, bo cały koń jest bezpiecznie osłonięty jukami.)

Mój konik stoi w wąziutkiej uliczce, pomiędzy kamiennymi murkami, i dostać się na jego grzbiet mogę tylko z prawej strony. Trudno, wskakuję. Kasztanek stoi jak zaczarowany. Później przekonam się, że Gruzini wsiadają na swoje koniki z lewej, z prawej, od tyłu – bez różnicy. Siodła wyglądają topornie, ale są zaskakująco wygodne.

DSCN4690DSCN4692

DSCN4707DSCN4705

Pogoda nam sprzyja, a góry są niewiarygodnie piękne. Późnym popołudniem docieramy do miejsca przeznaczenia, małego skupiska kamiennych wież i domków – Diklo.

DSCN4734DSCN4729

W oddali, na sąsiedniej górze (w Tuszetii wszystko jest na sąsiedniej górze) widnieją ruiny kamiennej twierdzy. Tablica informuje, że jest to miejsce, w którym szesnastu wojowników przez jedenaście dni stawiało odpór stutysięcznej armii najeźdźców. Zginęli wszyscy, a główny bohater przed śmiercią zabił żonę i siostrę. Do dziś śpiewają o nich w pieśniach. (Mam nadzieję, że nie z powodu tej żony.)

DSCN4727DSCN4715DSCN4710DSCN4709

Na sąsiednich grzbietach górskich biegnie granica z Dagestanem. Idziemy obejrzeć ruiny, a po drodze mijamy grób…?, kapliczkę…? ułożoną z kamieni.

DSCN4724

Na zdjęciu widać młodego chłopaka w mundurze z kałasznikowem w ręku. Jak na zawołanie, obok nas materializują się trzej młodzieńcy w moro.

– Wy odkuda?

-z Polski.

– Aha, to idźcie.

Próbuję dowiedzieć się kto zacz, ten na zdjęciu. W odpowiedzi uzyskuję tylko wzruszenie ramion: „To pogranicznik, ale z dołu”. Ciekawość mnie zżera, lecz trudno. Idziemy dalej. W drodze powrotnej popełniamy kardynalny błąd. Przy ścieżce leży kózka. „Jaka śliczna, zrobimy jej zdjęcie”.

DSCN4744

Zatrzymujemy się i w tej samej chwili z okolicznych krzaków wyłaniają się trzej ochroniarze w postaci wściekłych kaukaskich owczarków. Chcą nas przegonić, są złe i wcale nie żartują. W odróżnieniu od bohaterskich obrońców ruin zmykamy potulnie i dlatego uchodzimy z życiem. Więcej nie będziemy fatygować fotografiami żadnych kózek, owieczek, krówek. Emocji wystarcza nam do końca dnia. A nawet na dłużej.

(Gośka)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

https://sabatowka.wordpress.com/2013/09/24/dziennik-z-wakacji-cz-iii/

https://sabatowka.wordpress.com/2013/09/20/dziennik-z-wakacji-cz-ii/

Dzień czwarty. Sabatówka.

DSC_0726

Konie rżą: „Wypuść nas na trawę, już!”. Akcja zatrzymuje cały korowód na jabłkach. Taśma wytyczająca bieżnię leży na ziemi. Cholera, dziki tu chyba były! Dobrze, że konie poszły szybko na pastwisko. Dalanda i Drobinka też wyszły. Jest zimno. Nie wiem jak dzieci, ba, wszyscy dookoła mnie, mogą chodzić w koszulkach lub samych bluzach, bo ja marznę w dwóch.

DSC_0106

DSC_0122

DSC_0145

DSC_0149

DSC_0175

DSC_0201

DSC_0207

DSC_0210

DSC_0286

DSC_0321

DSC_0329

Dzieci biegają na ogród i do domu jak z przysłowiowym piórem. Skoro biegają, to możemy obrać kierunek na pastwisko – ja, Kuśmix, Trutka, Biscuit, Kryśka, Vigo i lala też. Skąd wiem, że będę taszczyć tę lalę z powrotem…? Konie są na miejscu, nawet idą kawałek za nami. Wracamy. W końcu trzeba obiad zrobić, zająć się Zmarzlinkiem, nalać świeżą wodę do poideł.

Oczywiście, jak przychodzi pora spędzania, zwierzaki wykazują się kompletną ignorancją. Z odsieczą kroczą Marta i Wujek Zygmunt, a kroczą konkretnie, bo chcą jechać w teren. No to ja na Akcję i na padok. Akcjuszek chodzi trochę z fochami, ale w końcu stawiam na swoim. Świetnie jest tak pogalopować po trawie!

DSC_0455

DSC_0489

Dlaczego Atmosfera modli się nad jedzeniem? Znowu jakiś problem? Czyżby wymię Dalandy nabierało? Kilka razy sprawdzam. Spokój. W końcu dokańczamy film. Cztery podejścia do jednego półtoragodzinnego filmidła to nie lada wyczyn. Idziemy spać. Oby całą noc (choć z Trutką pomiędzy nami).

(Iwona)

 

Dzień czwarty. Dartlo.

DSCN4754

Jedziemy do Dartlo. Widoki zapierają dech w piersiach (rozedma płuc pewna). Najpierw przeprawiamy się przez rzekę: my przez mostek, który stoi tylko dlatego, że się przyzwyczaił, konie idą przez wodę same. Themo ustawił je w kolejkę, a potem pierwszego zachęcił do przeprawy bardzo niedelikatnie – gałęzią. I one wszystkie przeszły pomiędzy ogromnymi głazami, pokonując wściekły, rwący nurt.

DSCN4774

DSCN4760

DSCN4761

DSCN4766

W ogóle konie są wspaniałe. Wspinają się jak kozice, bez wahania pokonują wąskie na szerokość jednego kopyta trawersy, prócz tego, co uskubią na popasach, nie dostają nic do jedzenia, a wciąż są pełne energii. Mój wierzchowiec nazywa się Nikora.

Droga jest piękna i tyle, a my mamy milion pytań, które chcielibyśmy postawić przewodnikowi! Niestety, Themo mówi wyłącznie po gruzińsku, natomiast my ani trochę. (Zresztą, niby dlaczego Themo miałby się uczyć innego języka, skoro początki gruzińskiego sięgają IV-IIIw p.n.e., czasów panowania króla Parnawaza I i biedne gruzińskie dzieci znacznie wcześnie zaczęły przeżywać traumę szkolną.) Próbuję dogadać się na migi, ale sukces jest mierny. Myślę, że gdyby w naszej grupie była jakaś nastolatka, rozmowa na migi stałaby się łatwiejsza. Wspaniale wzmocniłoby to koncentrację Themo. A my mamy mały problem, bo Marzena jest po bardzo poważnej kontuzji kolana odniesionej na nartach i po ponad dwóch godzinach nieustannego schodzenia w dół musi chwilę odpocząć. Dziewczyny oddelegowują mnie do przełożenia prośby naszemu przewodnikowi. Za pomocą gestów oczywiście. Nie ma sprawy, zaczynam. Niestety, kiedy gładko przechodzę do zdania: „…wtedy jej mąż powiedział, że może jechać, bo nic jej nie będzie…”, orientuję się, że Themo patrzy jakoś dziwnie i wyraźnie szuka drogi ucieczki. Nie kontynuuję tłumaczenia, bo głupio zostać w środku gór bez przewodnika.

DSCN4800

DSCN4813

DSCN4817

Jedziemy dalej. Docieramy do Dartlo. Boże, jak pięknie!!! Zatrzymujemy się koło ruin kościoła, a wtedy z fasonem dogania nas czarne Mitsubishi i parkuje kilka centymetrów od naszych stóp. To nasz gospodarz – Dimitri. Młody, wesoły i odpowiednio do okoliczności podchmielony (wczoraj było święto).

Kwatery mamy świetne. Obok, na dziedzińcu, młody chłopak pracowicie układa z kamieni coś, co wygląda jak zwieńczenie komina. Pytam Dimitria:

– Co to?

– Sekret. A wy skąd?

– Sekret. – Odgryzam się i już jesteśmy kumplami.

Ordynuję mu kawę, dokładam aspirynę i obiecuję, że do wieczora będzie jak nowy.

Sami idziemy buszować po wsi, gdzie pyszni się sześć średniowiecznych wież, każda kolejna wyżej od poprzedniczki.

– Do tej ostatniej, żeby dojść, trzeba być młodym i sportiwnym – podpada mi znowu Dimitri.

DSCN4846

DSCN4855

DSCN4844

Gosia z przewodnikiem w ręku podejmuje wyzwanie. My za nią. I wtedy spotykamy etnografa.

Przemiły człowiek, malarz, tłumacz, fotograf, rzeźbiarz i erudyta opowiada nam wszystko o Dartlo. Nic nie jest dla niego tajemnicą: ani legendy, ani historia, ani zwyczaje. To prawdziwa kopalnia wiedzy, która przekracza pojemność naszego bloga.

Wieczorem zasiadamy do uczty z naszym gospodarzem (jak nowy), etnografem i przewodnikiem górskim i gadamy, gadamy, …

Na dziedzińcu Gruzinka przy trójstrunowej gitarze pięknie śpiewa tradycyjną pieśń. Śpiewa o Tuszetii, gdzie kocha się przyjaciół, a wrogów wita zbrojnie. Etnograf wznosi toast: „Za Jego Wysokość Przypadek, który pozwolił nam się spotkać i – choć nigdy już się nie zobaczymy – który sprawi, że będziemy o sobie pamiętać.”

NzM zwrócił mi uwagę, że nie korzystam z jego zapisków. Słusznie. Poniżej one, bez zmian.

(Gośka)

Dartlo.

DSCN4871

Ser, chaczapuri, barszcz, sałatka z buraczków, sałatka jarzynowa, grzyby, surówka z kapusty, chleb, szaszłyk, wino, chacha.

Kraj poznaje się przez jego kuchnię. I tyle.

(Heniek)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

https://sabatowka.wordpress.com/2013/09/24/dziennik-z-wakacji-cz-iii/

Dzień piąty. Sabatówka.

DSC_0758

Deszcz. Siąpi tylko. W nocy padało, ale ziemia już jest sucha. Trawa na pewno nie odrośnie, a konie na pewno będą chciały poszukać nowej na własną rękę. Codziennie trzymam kciuki, żeby jeszcze poczekały. Taki optymizm na początek mokrego dnia.

Idę na pastwisko i mamroczę: „Dziś nie uciekajcie. Jeszcze dziesięć dni nie opuszczamy terenu.” Akcja bezwstydnie i płynnie opada na kolana i przechodzi pod taśmą po jabłka. Pięknie! Teraz nie wejdzie na bieżnię, a konie zrobią raban i zawrócą do stajni. Ale nie, znowu z gracją właściwą taranowi przeczołguje się na właściwą ścieżkę. Nie uwierzyłabym, gdybym nie widziała.

Rozpadało się. Kawy! Co za smętny dzień. Ale niech pada. Jeszcze trochę. Dwie krótkie serie deszczu to za mało. Dziś totalne lenistwo – nawet dzieciaki jakoś nie wykazują się diabelską inicjatywą. Próbuję retuszować zdjęcia, kolejny raz wyrzucam te, które mi nie pasują.

DSC_0926

Wybija siedemnasta. Idziemy z Tomkiem po konie. Wujek Zygmunt już na warcie. Zwierzaki pędzą pod górę, już są na bieżni. Stop. Akcja i Szara w jabłkach. Wszystko stoi i czeka. Jak w korku na Mickiewicza. Tak, Szara jeszcze zrobiła sobie czochranie grzbietu zjeżdżając na plecach z góry na padok – prosto w błoto. Koń brudny to koń szczęśliwy. Gdzie Dalanda? Drobinka ssie, czy tylko symuluje? Chyba już do powrotu wakacjowiczów będę się martwić.

Dziś konie zostaną w stajni na noc. Wyśpią się w słomie. Jutro więc czeka sprzątanie.

(Iwona)

Dzień piąty. Girewi.

DSCN4875

Rankiem żegnamy etnografa i ruszamy dalej. Droga wiedzie głównie doliną, kilkakrotnie przeprawiamy się przez wodę. Pogoda dopisuje w dalszym ciągu, choć czasem, mimo bezchmurnego nieba, wiatr nagania zza sąsiednich szczytów deszcz.

Co dzień w południe jest przerwa na piknik. Niekora lubi chleb z solą, więc zbieram dla niego resztki po każdym posiłku. Kiedy odkrywam, że Themo robi to samo, zaczynam zbierać chleb przed piknikiem, co jest zupełnie logiczne i słuszne. Dzisiejszy piknik składa się z pomidorów i sera. Jemy go leniwie nad rzeką pośród stada krów. Gruzińskie krówki są nieduże, bardzo urodziwe i ciekawie umaszczone.

DSCN4784

DSCN4787

DSCN4879

DSCN4880

DSCN4887

DSCN4886

DSCN4889

Po paru kilometrach Themo zwraca się do mnie na migi. To, co pokazuje brzmi mniej więcej tak: „Ja cię walnę i wylądujesz na sąsiedniej górze, a ja tu zostanę i będę miał spokój”. Ale my już wiemy (bo etnograf nam wytłumaczył), że mamy udać się na sąsiednią górę do opuszczonej wsi i ją zwiedzić. Tak też robimy.

Na ścianie mijanej stodoły pyszni się Towarzysz Stalin.

Naprzeciw nas, wąską ścieżynką galopuje Gruzin na siwej klaczy, a za nim kary źrebak.  Po jakimś czasie widzimy go jak wraca na piechotę niosąc dwie pary drzwi. Klacz postępuje za nim. Mimo obciążenia mija nas bez trudu. Jeżeli na zdjęciach widać, że kawałki ścian zastępuje blacha lub folia, to należy pamiętać o tym, że wszystko do odbudowy Tuszetii trzeba często przetransportować na własnych plecach.

DSCN4898

DSCN4903

DSCN4914

Wracamy na szlak, znowu kilkakrotnie przeprawiamy się przez rzekę i lądujemy w Girewi koło Parsmy. Parsma to opuszczone wsie, wokół wszędzie wznoszą się kamienne wieże.

(Gośka)

Dzień szósty. Sabatówka.

DSC_0718

Już wstaję przed budzikiem. Obskakuję konie, psy, koty. Wypuszczam całą grupę, przelotem zerkam na Dalandę, czekam aż Akcja wróci pod taśmą z codziennej wyprawy po jabłka, zamykam towarzystwo i zabieram się za kawę. Kawusia, uhmm…. – przerwa – wstał Artur. Schodzi po schodach na wpół śpiąc i powtarza uparcie: „Głodny. Głodny.” Odsyłam go do łazienki, duszkiem dopijam kawę, ubieram Trutkę, która z niejakim oporem idzie myć zęby i szykuję śniadanie. Jeszcze dobrze nie zamknęłam zmywarki, a synuś już chce następne śniadanie – tak na dokładkę. Córcia zechciała pięć minut później. Robaki mają, czy co?!

Jedziemy po maliny. Kapsel i Kryśka dopadają nas w połowie drogi. Lądują na pace. Ludzie we wsi muszą patrzeć na mnie jak na wariatkę.

DSC_0578

DSC_0584

Trutka upiera się przy noszeniu kotów, które uparcie uciekają. Trutka się drze. Tak w koło. Wyszukuję słoiki i zabieram się za robienie soków. Przy okazji pichcę jakiś obiad, bo dzieci znowu wołają: „Jeść!!!”.

W międzyczasie lonżuję Zmarzlinka, przyjeżdża też Tomek. Sprowadzamy konie. Zjawiają się chętni na jazdę: Aga i Marta. Przy okazji załapuje się Wujek Zygmunt. No to ja też. A co! Szaleję chwilę z Akcjuszkiem w galopie i zjeżdżam. Przyszedł jeszcze Jasiek z czeladką dzieci na kucyka. Podziwiam spokój tego konia, bo piątka małych diabłów biega, skacze i piszczy, a ten nic sobie z nich nie robi. Tomek zyskuje od Marty miano Męża Idealnego (tak będę Go od tej chwili tytułować), a moi gorliwi pomocnicy wykładają koniom na noc siano.

DSC_0666

Zlewam ostatnią partię soku, wypuszczamy konie, Małż Idealny myje dzieci, kładę je spać i reszta wieczoru dla nas. Dobranoc.

(Iwona)

Dzień szósty. Alismagori.

DSCN4935

Ten dzień jest znacznie bardziej wyczerpujący fizycznie. Wspinamy się stromym zboczem: trochę na koniach, trochę pieszo przez jakieś trzy godziny. Całe zbocze porośnięte jest rododendronami – wiosną, gdy zakwitną musi być tu przepięknie! Kiedy mam wrażenie, że góra nigdy się nie skończy, wychodzimy na szczyt. Tablica informuje, iż jesteśmy na wysokości trzech tysięcy metrów, a przecież my stoimy na skraju pięknego, porośniętego trawą płaskowyżu, który lekko opada w stronę (no, zgadnijcie…) następnej góry.

DSCN4950

DSCN4952

DSCN4953

DSCN4962

DSCN4971

Themo znowu coś mi tłumaczy, a ja chyba domyślam się o co chodzi: podkowa na prawej tylnej Niekory niebezpiecznie się obluzowała. Themo (ku naszej zazdrości) galopuje gdzieś, a po godzinie wraca z młotkiem i próbuje podciągnąć podkowy.

DSCN4977

DSCN4988

DSCN4981

Rozpoczynamy wędrówkę w dół. Podążamy wśród stad krów i koni pilnowanych przez owczarki. Nad nami kołują orłosępy.

Po trzech godzinach docieramy do Alismagori. Tu będzie nasz nocleg. Tutaj też spotykamy grupę studentów z USA oraz biologa zajmującego się tradycyjnym wykorzystaniem ziół. Mieliśmy okazję rozmawiać podczas wspólnych posiłków, w domu, w którym nocowaliśmy.

To chata obliczona na przyjmowanie turystów, ale jakże piękna! Malutka stołówka o ścianach wyplecionych z wikliny, kredens i osłona na kran z kamienia, w wolno stojącej kuchni, w małym piecyku buzuje ogień, wszędzie pełno zabytkowych naczyń i tkanin.

DSCN4989

DSCN4991

DSCN4992

DSCN5002

DSCN5008

DSCN5006

W Tuszetii wszyscy piją „tuszecki czaj”, czyli wywar z tutejszych ziół. Właśnie gospodyni, jej córka i matka przygotowują zielsko do suszenia. Siadam z nimi do roboty. To proste: posegregować kwiatki, zrobić zgrabny bukiecik, korzonki odciąć krzywym nożykiem. Po dwóch godzinach pracy wszystko boli mnie od siedzenia w jednej pozycji. Z radością witam fakt, że worek ziół się skończył i wtedy kobiety przynoszą następne dwa. Ratuje mnie kolacja i tu oddaję głos NzM.

(Gośka)

Grzyby, papryka faszerowana, rosół, sałatka z makaronem, ryż z baraniną, czyli pilaw, wino, chacha.

(Heniek)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

https://sabatowka.wordpress.com/2013/10/02/dziennik-z-wakacji-cz-iv/

Dzień siódmy. Sabatówka.

DSC_0754

Wczoraj maliny, dziś czas na pomidory. Idealny Małż uraczył mnie 12 kg soczystych, czerwonych owoców oraz dwiema skrzynkami słoików. Myślałam, że cały dzień będę kroić, wciskać do słojów i pasteryzować zapasy na zimę. Nie minęło jednak półtorej godziny i proszę – wszystko gotowe stoi i czeka na zimę. Tylko mało tych pyszności, więc jeszcze skrzynkę trzeba dokupić.

DSCN0071

W międzyczasie Małż Idealny z dziećmi zawładnęli strumieniem. Nie wiem, co tam psocili, wystarczy, że Tomek trzymając się za głowę dopadł drzwi i stękając wołał: „Szybko, chodź tu, zobacz…!!!”. Cóż, widać jakaś osa nie wytrzymała nerwowo i zareagowała na przeszkadzanie jej w weekendowym wypoczynku. Życzliwie raczę Małża wacikiem nasączonym wodą z octem oraz czapką i z rozpaczą spoglądam na świeżo umytą podłogę. No tak, umyję raz jeszcze.

Chłopcy jadą do miasta, a ja idę pobawić się ze Zmarzlinkiem. Kociarstwo – z braku dostępu do mieszkania i możliwości dokonywania kradzieży spożywczej na każdą skalę – wyłożyło się w słońcu. Z typową dla siebie obojętnością znosi wszelakie niedogodności. Tak więc Renia uparcie nosi koty we wszelkich pozycjach, Vigo zabiera kocicy właśnie upolowaną mysz i na jej oczach bezczelnie konsumuje gryzonia, Kryśka na koty szczeka tak, że zastanawiam się, czy kiciusie będą jeszcze cokolwiek słyszeć.

DSC_0841

DSC_0575

DSC_0709DSC_0705DSC_0630DSC_0601DSC_0589

Konie odstawiają szopkę przy wejściu do stajni, bo nasz pomocnik – dla ich wygody – wysypał wejście piaskiem. Każdy furczy, grzebie nogami, przeskakuje albo naciąga się jak osioł zanim wejdzie. Tylko kucyk, Akcja i Janutra wydają się nie przejmować zmianami. Istny cyrk!

Robię sobie przyjemność i siadam na Janutrę. Ostatni raz jeździłam na niej chyba w podstawówce, a to i wiek był poprzedni, i tysiąclecie. Tyle lat, a tu moje dzieci (i mąż) dosiadają tego samego wierzchowca. Niesamowite!

(Iwona)

Osa podła!!! Miała ze dwadzieścia centymetrów i zęby jak piła mechaniczna – najpewniej skrzyżowana ze żmiją! Nic, trzeba uciekać w jakieś cywilizowane miejsce, a przy okazji zawieźć urobek Żonie do ogrodu w Przemyślu.

(Tomek)

Dzień siódmy. U Tiny.

DSCN5045

Noce w górach są chłodne, więc rankiem gromadzimy się wokół gorącego piecyka z kubkiem kawy w ręku. Gadamy z przewodnikiem prowadzących amerykańskich studentów, a gospodyni szykuje śniadanie.

Święta Nino, patronko Gruzji! Jeśli zjem choćby część z tego, co jest na stole, to nie ruszy mnie z miejsca nawet ciągnik Zetor z przednim napędem, nie mówiąc o koniu!

(Gośka)

Śniadanie: chleb, masło, dżem z pigwy, naleśniki, jajecznica z pomidorami i papryką, smażone kanie, ser, pomidory.

(Heniek)

Teraz będzie mały panegiryk na temat naszych wierzchowców. Na wstępie posłużę się opinią nieocenionego Maryana hrabiego Czapskiego. Otóż pisze on:

„Leniwych koni w stadach (…) zupełnie nie ma; konie te są silne, rącze, pełne ognia, śmiałe, ostrożne, nóg pewnych (…). (…) są posłuszne, łatwo do jeźdźca przywykają i starają się prędko jego pojąć zwyczaje, nie są kapryśne, heroicznie znoszą niedostatek nie tracąc ani ognia, ani wesołości.”[i]

I to jest święta prawda, a Niekora jest nawet lepszy!

DSCN5021DSCN5019DSCN5011

DSCN5031

DSCN5017

DSCN5033

Dziś wędrujemy wzdłuż rzeki, potem mamy do pokonania długie, strome podejście w górę (jakżeby inaczej). Można je porównać do wspinania się schodami na szczyt Empire State Bulding po zamachu bombowym, kiedy część schodów zniknęła, a reszta pokryta jest błotem. Oczywiście, nie ma mowy o poręczach. Wspinaczka trwa około trzech godzin, a konie ani razu się nie zawahały! Czasem przystają na chwilę, aby wyrównać oddech, a wtedy Niekora łapie jakiś liść lub kwiat ostu i zjada.

Ten obrazek przypomina mi metodę selekcji koni wyścigowych stosowanych przez trenera Franciszka Holczaka. Otóż, wypędzał on przywiezione roczniaki na łąkę położoną na skłonie wysokiej góry. Te, które dobiegły na szczyt i tam natychmiast zaczynały się paść, zostawały w treningu.

Wędrujemy wyjątkowo długo, a naszym celem jest pasterska chata, gdzie spędzimy dwa dni i zaznamy pasterskiego życia.

Kiedy posuwamy się wąską, kamienistą ścieżką obliczoną na mniej więcej połowę konia, na kasztanku dogania nas Gruzin. Mijając nas woła: „Selam alejkum!” „Alejkum selam!” – odpowiadam grzecznie, co wywołuje lawinę słów ze strony niewątpliwie podchmielonego jeźdźca. Łapie mnie za rękę i ciągnie w swoją stronę, potem łapie Marzenę. Ponieważ obydwie kurczowo trzymamy się swoich koni, zwraca się do Henia i coś zawile mu tłumaczy. (Zaznaczam, że wszystko wciąż dzieje się na ścieżce, na której może zmieścić się najwyżej pół konia.) W końcu odjeżdża zrezygnowany. O co mu chodziło, do dziś pozostaje nierozstrzygnięte. Ja twierdzę, że zamglone alkoholem oczy zobaczyły w nas trzy hurysy z raju Proroka, a Heniu, że chciał więcej chachy.

DSCN5054

DSCN5055

DSCN5053

DSCN5052

DSCN5043

DSCN5036

Dojeżdżamy do pasterskiej chaty przytulonej do skalistego zbocza i zbudowanej jak wszystkie tutejsze schronienia – z kamienia. Tylko przybudówka, w której będziemy spać jest blaszana.

Mieszka tutaj sześć osób, a gospodynią jest Tina. Wraz z dziećmi w górach przebywa przez krótkie kaukaskie lato, gdzie wypasa dwadzieścia trzy krowy i dwadzieścia koni. Jej mąż, który akurat przybył, opiekuje się stadem około stu owiec na dalej położonych pastwiskach.

Tina szybko nas kwateruje i biegnie do swojej roboty. A ma co robić, bo właśnie schodzą krowy na wieczorne dojenie. Oczywiście, doi się ręcznie. NzM zabiera się do pomocy i udowadnia, że potrafi doić tak samo szybko jak Gruzini. Potem mleko trzeba przecedzić i rozpocząć proces produkcji serów. Rozmawiamy z Tiną o serach, a ona pokazuje nam całą spiżarnię zapełnioną serami zaszytymi w płóciennych workach. Wymiana doświadczeń napotyka na nieoczekiwaną trudność (mimo że i Tina i jej mąż mówią po rosyjsku), bo obie nie znamy właściwego tłumaczenia, a spróbujcie gestami pokazać słowo „podpuszczka”.

Kolacja jest wspaniała, przy świetle naftowej lampy, z owocami na deser. Wtedy jeszcze nie wiemy, iż arbuzy są z ogródka Tiny w Alwani oraz, że przywiezienie ich to dzień drogi konno w jedną stronę.

W nocy przychodzi gwałtowna burza. Biada temu, kto musi w taką pogodę, przy świetle naftowej lampy, udać się do toalety mieszczącej się na końcu śliskiej, biegnącej granią ścieżki.

W nocy wiatr zrywa plandekę mającą chronić siodła i rano wszystkie są mokre. Jedynie Marzena przezornie zabrała swoją poduszkę do środka. Ale Themo i tak wrzucił ją na inne siodło. Jakież to ma znaczenie, skoro i tak jedziemy konno na ryby?

(Gośka)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.


[i] M. hr. Czapski; Historya powszechna konia; Poznań 1874; T. 3.; str. 86-87.

https://sabatowka.wordpress.com/2013/10/06/dziennik-z-wakacji-cz-v/

Dzień ósmy. Sabatówka.

DSC_0737

Niedziele są jakieś pechowe. Poprzednia stała pod znakiem kolki, ta jest wypadkowa. Małż Idealny pojechał przepuścić wodę ze studni. Na pace wiózł beczkę z wodą. Niespodziewanie na drogę wyszły cztery sarny, więc nacisną na hamulec. Co prawda miał naprawdę ogromną prędkość 15 km\h, ale beczka przechyliła się, zatoczyła i uderzyła w tylną szybę pickupa. Teraz w czarnej szybie Nissana widnieje prostokątny otwór. Coś jak usta prawdy w Rzymie. Zaraz każę Małżowi włożyć tam rękę i zapytam o kilka rzeczy. Następna szyba nie będzie już szpanersko przyciemniana. Trudno. „Mama przynajmniej rozbiła szybę z klasą dachując Patrolem, a tu beczka” – szydzę. W duchu jednak myślę: „Dobrze, że nic się nie stało.” Teraz Tomek obkłada palenisko piaskiem i żwirem. Może nic nie rozbije.

DSC_0933DSC_0936DSC_0944

Pada deszcz. Tak ma być przez kolejne kilka dni. Ciekawe, czy pranie wyschnie? Na razie konie wycierają się w słomę. Już widzę te taczki wywożone następnego dnia.

(Iwona)

Dzień ósmy. Na rybach.

DSCN5058

Całe poprzednie popołudnie Themo i syn Tiny – Grigorij – naprawiali sieci. „Łowić będziecie bliziutko, o, zaraz za ta górą” – pokazuje Tina. Rzeczywiście, blisko.

Ruszamy wąską pasterską ścieżką. Oczywiście, pod górę. Jedziemy tak parę godzin, wokół przepiękny Kaukaz, w górze gorące słońce. O tym, że jesteśmy coraz wyżej świadczy zmieniająca się roślinność i rzeka, która coraz węższą wstążeczką połyskuje na dnie wąwozu. W najbardziej stromych miejscach zbocze opada pionowo w dół.

DSCN5064DSCN5063

„Oni na pewno idą na lodowiec. Tam będziemy rąbać lód i szukać śladów prehistorycznych ryb” – jęczę, bo nie lubię ani ryb, ani ich łowienia. Najchętniej zostałabym z Tiną i zgłębiała metody przerabiania wełny na filc, ale zostałam przegłosowana.

Themo i Grigorij odkrywają ślady jakiegoś zwierzęcia, które zryło spory kawałek ziemi. Nauczona doświadczeniem wyniesionym z naszego gospodarstwa pytam (z pokazywaniem oczywiście): „Czy to dziki?”. A oni konają ze śmiechu i pokazują, że niedźwiedź.

DSCN5060DSCN5070DSCN5093

Jedziemy dalej, wchodzimy na wąską grań i nagle otaczają nas chmury. Wiatr szarpie kurtki, nogi ślizgają się po skałach, wokół nieprzenikniona, gęsta mgła, w której od czasu do czasu majaczy ogon poprzedzającego mnie konia. Wtedy wiem, w którą stronę iść. Miły i przyjemny krajobraz zmienił się w jednej chwili.

„Co u licha alpiniści widzą w łażeniu po wysokich górach?!” – myślę.

Kiedy wrócimy do Polski okaże się, że w pobliżu miejsc naszych wędrówek zgubiło się czterech turystów. Jeden nie przeżył. Góry Kaukazu mogą wydawać się niezbyt trudne, ale bez przewodnika naprawdę łatwo się zgubić.

W końcu zaczynamy schodzić w dół. Zatrzymujemy się w zakolu przepięknej, rwącej w dół, pełnej głazów górskiej rzeki.

Od pewnego czasu towarzyszy nam ogromny owczarek kaukaski. Kiedy jadę konno, sięga mi do połowy łydki, kiedy stoję, a on w zabawie opiera łapy na moich ramionach, jest wyższy o głowę ode mnie. Wołamy go „Misiu”.

DSCN5069

DSCN5072

DSCN5111DSCN5110DSCN5109

Themo i Grigorij zdejmują juki z koni i puszczają je luzem. Z worka na śniadanie wyciągają butelkę chachy i częstują każdego. Sami też wypijają po kieliszku. Po raz pierwszy widzę jak Themo pije alkohol!

Będzie ostro. Idziemy parę kilometrów w górę rzeki. Chłopcy wchodzą do wody nie bacząc na jej temperaturę i zarzucają sieci. Im więcej kamieni wyciągają, tym zacieklej machają siecią. Faceci chyba tak mają. Dać im do ręki jakieś narzędzie mordu jak wędka, sieć lub packa na muchy i spokojny, pokojowo nastawiony człowiek zmienia się w bezlitosnego łowcę.

Chłopcy mniej więcej godzinę brodzą zanurzeni po pas w lodowatej wodzie i dumnie wyciągają na brzeg swój połów. Taaakie ryby złowili!

DSCN5098DSCN5081DSCN5086

DSCN5098DSCN5095

DSCN5119

W tym czasie Misiu wraca w miejsce, gdzie leżą juki i dokładnie je penetruje. Metodycznie odsuwa na bok pomidory, z obrzydzeniem obwąchuje chleb, chwilę zastanawia się nad serem. No, ewentualnie… Zjada dwa plasterki. Butelka po chachy też nie wzbudza jego zainteresowania. Nikt nie ma jakoś ochoty wdawać się z nim w dyskusję. Mordkę ma sympatyczną, ale wielkość dobrze odchowanego cielaka.

Syci wędkarskiej chwały wracamy do domu, a tam już czeka Tina z farszem i ciastem. Bo dziś wieczór mamy uczyć się gotowania chinkali. Moi współrajdowicze dematerializują się błyskawicznie. A ja zostaję i nie żałuję. Już po raz trzeci robiłam te pierożki i wyszły całkiem niezłe. Mają sporą przewagę nad naszymi kołdunami: są duże i je się je szybko, nie trzeba do nich gotować rosołu – jest w środku chinkali. Klejąc, gadamy z Tiną, która chce się dowiedzieć jak najwięcej o pasterstwie w Polsce, ja rzecz jasna wypytuję o życie w Gruzji.

DSCN5115DSCN5114

Wszyscy jesteśmy ciekawi autentycznego życia w odwiedzanych krajach, ba, chcemy jak najwięcej tej autentyczności zakosztować. Mam jednak wrażenie, iż pragniemy bardziej naszego wyobrażenia od rzeczywistości. W naszej wersji często nie mieszczą się niesmakujące potrawy lub brak toalety. Tina zdaje sobie z tego sprawę i wypytuje mnie, co by tu jeszcze usprawnić, aby turystom było przyjemniej. Themo i Grigorij siedzą przy piecu i pozornie nie biorą udziału w rozmowie. Nagle stwierdzają: „W przyszłym roku będziemy uczyć się angielskiego, żeby dogadać się z turystami.” O!

Tina zerka na mnie porozumiewawczo, bo poruszałyśmy ten temat. „Moje dzieci nie będą chodzić za stadami. Wolą łatwiejsze życie” – mówiła. Ale jeżeli pasterze odejdą z gór, to górskie łąki zarosną i – paradoksalnie – my turyści, tak zachwyceni pięknem Kaukazu, pośrednio przyczynimy się do jego niszczenia.

DSCN5125DSCN5127

W nocy znowu szaleje burza, jednak ranek wstaje pogodny. Żegnamy Tinę, która obdarowuje nas wydzierganymi z wełny kwiatami. Tak bardzo chcielibyśmy jej coś ofiarować, ale w jukach nie było miejsca na prezenty. Robimy zrzutkę i wciskając Tinie pieniądze, z zawstydzeniem tłumaczymy, że to od nas, żeby kupiła sobie coś, co jej będzie o nas przypominać, coś zupełnie niepotrzebnego, ale miłego. Wzruszona kobieta myśli przez chwilę i oświadcza: „Za te pieniądze każę wypisać wasze imiona na tym miedzianym dzbanie, na wieczną pamiątkę”. I tak przeszliśmy do historii.

(Gośka)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

https://sabatowka.wordpress.com/2013/10/14/dziennik-z-wkacji-cz-vi/

Dzień dziewiąty. Sabatówka.

DSC_0751

Wszystko na wariackich papierach. Artur wstaje o świcie, żeby nie umknęło mu przedszkole. Trutka budzi się i prawie od razu czyha przed drzwiami. A tu jeszcze ciepła kawa czeka w kubku… Dzieci litościwie pozwalają mi ją dopić. Przystanek przedszkole zaliczony, teraz szybki powrót, jakieś śniadanie, sprzątanie, obieranie ziemniaków i znowu do miasta. Brakuje kilku rzeczy w lodówce, przy okazji trzeba dzieciakom kupić wyprawki do przedszkola, wystawić śmieci,…

DSC_1041

DSC_0994

DSC_0989

Zabieram Trutkę i Artura. Wracamy i próbujemy zlokalizować konie na pastwisku. Jest Dalanda z Drobinką. A reszta? Pewnie schowały się za krzewni tarniny i stroją sobie żarty. Zrywa się wiatr, las szumi, niebo ciemnieje. No tak, dziś miało lać, a tu tylko zimno się zrobiło. Przyjeżdża Wujek Zygmunt, ściągamy konie. Kilka z nich zrywa bieżnię i pędzi inną drogą. No to będzie się działo… Z odsieczą przybywa Małż Idealny. Otwiera przejście i wpuszcza uciekinierów do środka.

Z Martą wybieramy się w krótki teren. Akcja nie jest zadowolona z siedzenia Don Kichotowi na ogonie i wydaje się obrażona, że przeszkodziłam jej w wyjściu na prowadzenie. Trudno. Takie życie. Jutro mi pewnie pokaże.

Pogoda nie chce się ustabilizować. Niby ma lać, spada ciśnienie, wieje zimne wietrzysko. Zostawiamy zwierzaki w stajni. Kładziemy dzieciaki. Trucia szepcze, że raczej zostanie ze mną. Jutro znowu będziemy walczyć z obornikiem i przedszkolem.

(Iwona)

 

 Dzień dziewiąty. Strolta, och Strolta!

DSCN5137

Wyruszamy z pasterskiej chaty i wędrujemy ścieżkami (w górę oczywiście). Dróżki wiją po zboczu, a w oddali, na sąsiedniej górze dostrzegamy karawanę jucznych koni niosących transport serów. Doniosą swój ciężar do miejsca, gdzie może dojechać samochód, a potem całe stado luzem wróci na górskie łąki.

DSCN5145

DSCN5140DSCN5142

Kiedy wychodzimy na szczyt, mamy okazję podziwiać krążące nad przepaścią orłosępy. Kręcą beczki i pętle na wysokości naszych twarzy i robią wrażenie rozpiętością swoich skrzydeł.

Na południowych stokach rozciągają się łąki pełne stad bydła, koni, zdarzają się osiołki. Przyglądam się mijanym zwierzętom i spostrzegam byka o bardzo dziwnych rogach: dużych jak u longhornów, ale, podczas gdy jeden dumnie sterczy do przodu, prawy smętnie zwisa w dół. „Jakiś destrukt” – myślę. Coś jednak przykuwa wzrok w tym stadzie. Patrzę jeszcze raz i już wiem! Cała młodzież i starsze byki – wszyscy mają dokładnie takie same rogi! Zerkam powtórnie na patriarchę stada i przysięgam, że widzę w oczach byka błysk kpiny.

DSCN5156

DSCN5160

Po południu dojeżdżamy do Strolty. Na spotkanie wybiega nam gospodyni – Lamira  o wesołych oczach, ujmującym uśmiechu i włosach przyprószonych siwizną.

„Witajcie – woła – wy od Tomka?”

Szybko, przy pomocy Themo, lokuje konie na podwórku. Themo stosuje nepotyzm, bo najczęściej po przywiązaniu wszystkich wierzchowców (za przednią nogę), swojego puszcza luzem. No to ja też długo grzebię się z rozsiodłaniem żeby móc Niekorę zostawić wolno.

Lamira zagania nas do stołu, przynosi gorącą herbatę oraz – ku uciesze Themo i Henia – podaje ciasto. I jeszcze chachę, ale jaką! W życiu takiej nie piłam! Wspaniała!!! Tu z pewnością przeniosę się w czasie.

Poprosiliśmy Lamirę o adres, gdzie można taką chachę nabyć, a dwa dni później, na trasie Omalo – Tibilisi poprosiliśmy kierowcę o krótki przystanek pod sklepem. NzM pognał do sklepiku, gdzie sprzedawała piękna Gruzinka. (Nawiasem mówiąc to był jedyny minus tych wakacji: NzM wciąż wgapiał się w Gruzinki, które naprawdę są pięknościami. Wolałabym jednak, żeby okazywał mniej entuzjazmu.) W sklepie, po protekcji Lamiry mieliśmy kupić wspaniałą chachę. Dziewczyna wyjęła kieliszek i kilka butelek celem degustacji, a kiedy NzM wrócił do samochodu był już całkiem innym człowiekiem. Spróbujcie poprosić o degustację w naszym supermarkecie… Niestety, chacha którą kupił, była całkiem inna, co kładę na karb czynników rozpraszających jego uwagę.

Wróćmy jednak do Strolty.

Lamira serwuje wspaniałą kolację: rosół, chinkali, chaczapuri, miód, konfitury, ser, owoce i ową niezapomnianą chachę. Siedzimy w kuchni, gadamy i śmiejemy się.

To już trzeci raz, kiedy Lamira rozpoczyna swoją przygodę z turystami. Poprzednim razem bomby, które spadły na Omalo skutecznie wypłoszyły gości. Jej hotelik położony jest w cudownym miejscu, jedzenie wspaniałe, a jak mówi sama gospodyni: „łóżka są najmiększe i najczyściejsze w całej okolicy”.

Mimo to trudno wyżyć z turystyki, a perspektywy wcale nie są zachęcające. Widziałam w Omalo rozpoczętą budowę nowego hotelu. Potężne gmaszysko z betonu, w ponurym miejscu na skrzyżowaniu dróg. Ale będzie tam spa, parking i strażnik. Mam jednak wrażenie, że nie Gruzini na nim zarobią. Okoliczni mieszkańcy sprzedają regionalne wyroby, jednak cena skupu jest po prostu śmieszna. Te same produkty widziałam w Tibilisi dwudziestokrotnie droższe.

Gdybym miała kiedyś czas i pieniądze, pojechałabym właśnie do Lamiry i pozwoliłabym się rozpieszczać wspaniałym jedzeniem, miękkimi łóżkami i cudownymi widokami.

DSCN5151

DSCN5132

DSCN5161

DSCN5165

W Strolcie spędzamy noc. Po śniadaniu ruszamy w dalszą drogę. Wędrujemy przez góry i wjeżdżamy w przedziwny las pełen ogromnych, powalonych drzew – wygląda zupełnie jak las czarownic rodem z Makbeta. „I trzech wiedźm nie brakuje” – jak przytomnie zauważa Gośka.

W pewnym momencie Themo zrzuca swoje juki i rusza galopem. Patrzymy na siebie z Marzeną: „To co?”, „No to lecimy!”. Pierwsza rusza Marzena, ja a nią. „Naprzód Niekora!” I Niekora rusza. Nie dziwi mnie ani szybkość, ani start. Miałam szczęście i zaszczyt jeździć na koniach szybkich i mających zryw niczym odrzutowiec. To, co mnie zdumiało, to płynność galopu. Niekora pędził w dół po skłonie góry, parę metrów po skalistej grani, przez strumień, znowu granią i pod górę. Nawet nie odczułam zmiany podłoża. Długo będę pamiętać ten galop.

DSCN5182

DSCN5185

Tak docieramy nad polodowcowe jeziorko. Schodzimy z koni i nagle Themo wskakuje na Niekorę. „Themo, oddawaj mojego konia!” – wrzeszczę, ale on tylko się śmieje, objeżdża jezioro, zatrzymuje się i namawia Niekorę do stawania dęba. Zaraz potem wraca do nas galopem – bardzo dumny.

„Ale się popisuje” – śmieją się dziewczyny. Ja jednak kładę uszy po sobie. Cóż bowiem innego robiłam przed chwilą?

DSCN5180

DSCN5164

DSCN5189

DSCN5187

DSCN5198

Z powrotem wjeżdżamy w las czarownic, na błotnistą ścieżkę w dół zbocza i długi stęp główną drogą do Omalo.

Zatrzymujemy się w centrum, gdzie otaczają nas koledzy Themo.

„Ara” – odsuwam pomocne ręce Gruzinów. Ostatni raz rozsiodłam Niekorę też sama. Głaszczę konia po pysku i klepnięciem odsyłam go na trawę.

„Charoszaja łoszad?” – pytają. „Da, charoszaja!”.

Nocujemy w Omalo, a rano, przed wyjazdem do Tibilisi, zgodnie z sugestią etnografa, idziemy do tutejszego muzeum, które mieści się (jakby inaczej) na samej górze, w wieży.

DSCN5214

DSCN5215

DSCN5219

Mąż naszej gospodyni pokazuje zgromadzone eksponaty i robi wykład o najwcześniejszym tuszeckim postrzeganiu porządku we wszechświecie. Mówiąc w skrócie: pierwiastek żeński musi równoważyć męski. Ale kobiety i tak mają mieszkać na samym dole wieży, ot co!

(Gośka)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Dzień dziesiąty. Sabatówka.

DSC_0754

W nocy lunęło tak, że wydawało się, jakby na dach spadła lawina kamieni. Dobrze, że konie zostały w stajni, bo stałyby na wybiegu w kałuży.

Idę wypuścić zwierzaki, ślizgam się po błocie i w ogóle chcę to wyjście zakończyć jak najszybciej. Ale nie. Jakieś dziki (ewentualnie sarny) urządziły sobie w nocy spacerek przez bieżnię. Pozrywały linki, a konie jak na zawołanie zaczęły przechodzić na inne pastwisko. Ślizgając się biegnę, żeby zdążyć przed nimi i zamknąć przepust. Udało się. Teraz trzeba odczepić taśmę, przepleść ją z drugiej strony blokując drogę powrotną i gotowe. Tzn., gotowe by było, gdybym mogła odplątać supły. Nic. Kładę taśmy na trawie, przyciskam grudami ziemi i trzymam kciuki, żeby konie chciały przejść. Janutra, Akcja, Peppy i Zefir poszły. Pociągnęły za sobą całą stawkę za wyjątkiem Kantaty i Edena. Te już w najlepsze zaczęły śniadaniować na nowej trawie. Kiedy spostrzegły, że zostały same, dzikim pędem puściły się za stadem. Jeden problem w głowy. Teraz trzeba tylko naprawić bieżnię.

Przede mną wyprawianie dzieci do przedszkola. Artur już się cieszy, za to Renia ma kryzys. W drodze do miasta trzyma brata za rękę, a po wejściu do sali zawisa na mnie jak rezus. Oddaję przylepę wychowawczyni i czym prędzej wychodzę. Zwalczam emocje wciskają do słoików kolejne 15 kg pomidorów. Załatwiam zaległe sprawunki i jadę po dzieciaki. Trucia na szczęście zaczęła jeść obiad. Wracamy, sprzątamy, ściągamy konie. Akcja pędzi pod jabłonkę, ale napotyka na przeszkodę w postaci dodatkowych taśm. Zdenerwowana galopuje pod stajnię i tuli uszy do pozostałych koni. „Kto to zrobił?!” – aż kipi w niej ze złości. „A widzisz – wrednie uśmiecham się pod nosem – tu cię mam!”.

Zrobiło się obrzydliwie wietrznie i zimno. Gdzie te zapowiadane 25 stopni? Znowu zostawiam zwierzaki na noc w boksach. Może chociaż po deszczu trawa odrośnie jak należy.

Trucia idzie spać. Kładzie się wręcz na mnie i uparcie powtarza, że w przedszkolu już była i wystarczy. Niech ten tydzień się skończy! Niech minie przedszkolny kryzys! Bo minie – mam nadzieję.

(Iwona)

Dzień dziesiąty. W stronę Tibilisi.

DSCN5250

Niestety, nie da się tego zatrzymać. Wracamy…

Rankiem przybywa Chwicze, ładuje nas do samochodu i ruszamy do Tibilisi – tym razem w blasku dnia. W nocy była burza i teraz lawina kamieni zagradza nam drogę. Chwicze wyprowadza turystów z samochodu, kręci się chwile po skalnym rumowisku, umieszcza dwóch kolegów (jadących z nami) w roli balastu i rusza. Wolno, wolniutko pokonuje górę kamieni pod jakimś niewiarygodnym kątem i … przejeżdża! Podczas dalszej drogi ostrzegamy spotkanych kierowców o przeszkodach. A to wszystko spokojnie bez zdenerwowania czy pośpiechu.

DSCN5222

DSCN5226

DSCN5231

DSCN5233

Przed wjazdem do Tbilisi ogromne sztuczne jezioro i równie ogromne osiedle jednakowych domków, różniących się tylko kolorem dachów. „Co to?” – pytam. „Osiedle uchodźców z Armenii” – pada odpowiedź.

Chwicze bierze nas na obiad. W pięknej restauracji na stole w ogromnej ilości lądują przystawki, sałatki i chaczapuri. Kiedy już absolutnie nie możemy nic zjeść i podejmujemy niezdarne próby wstania od stołu, Chwicze zatrzymuje nas królewskim gestem i jednym słowem: „Chinkali”.

I oto są, wspaniałe gruzińskie pierogi na półmisku przypominającym wielką balię. Jak nie zjeść po raz ostatni? Ale jak zjeść? Nasze wytrenowane wędrówką po górach ciała dają radę temu wyzwaniu. Potem wczołgujemy się do auta.

DSCN5246

DSCN5247

DSCN5252

DSCN5255

DSCN5256

DSCN5265

DSCN5267

DSCN5258

DSCN5237

Prosimy kierowcę o zboczenie z trasy i idziemy obejrzeć kompleks monastyrów Dawid Garedża. Dojeżdżamy tam przez niekończące się puste, rude wzgórza. Wśród nich opuszczone osiedle. Okolica wygląda jak wymarłe miasto na Dzikim Zachodzie. Pytamy, co to, a kierowca odpowiada, że osiedla Greków, którzy musieli opuścić Gruzję.

Zwiedzamy monastyr i ruszamy dalej do Tibilisi i znanego już hostelu Opera.

Ledwie zdążyliśmy otrzepać się z kurzu, a już obsługa hostelu zagania nas z powrotem do auta. „Gdzie jedziemy?” – pytamy. „Do restauracji!!!”.

Zupełnie zapomnieliśmy o obiecanym przez Organizatora wieczorze tańców gruzińskich.

W naszych pięknych, aczkolwiek lekko zakurzonych strojach i trekkingowych butach lądujemy w eleganckiej restauracji, gdzie wino leje się strumieniami, stoły uginają się pod pełnymi przysmaków półmiskami, a przystojni Gruzini tańczą taniec z szablami aż lecą skry.

Jest stół ukraiński, gruziński i polski. Wszyscy wznoszą toasty – my za przyjaciół Gruzinów, oni za Polaków, wszyscy razem za Ukraińców. Niestety długość i barwność toastów ginie w usprawiedliwionym mroku mej niepamięci.

Tak się jakoś stało, że wychodząc nie zauważyliśmy kierowcy z hostelu czekającego pod restauracją. (Koba! Wybacz!). Bierzemy taksówkę i od tej pory będziemy pod opieką nowego taksówkarza. Jutro zabierze nas do Gori, do kamiennego miasta, muzeum Stalina i monastyrów położonych wzdłuż winnego szlaku.

(Gośka)

Dzień jedenasty. Sabatówka.

DSC_0775

Wstało słońce – jak dobrze. Konie też zadowolone. Zwłaszcza Akcjuszek, który z szelmowsko nastawionymi uszami przeszedł na jabłka pomiędzy taśmami zamontowanymi z takim pietyzmem. Napatrzyła się na ludzi, czy co? Na koniec prychnęła – daję słowo, że z pogardą – i ze stoickim spokojem pokłusowała na pastwisko.

DSC_0983

DSC_0960

DSC_0962

DSC_0966

DSC_0976

DSC_0977

DSC_1002

Trutka od rana wyje, że nie chce do przedszkola. Artur jęczy, że nie może zostać w przedszkolu dłużej. Urwanie głowy! Odwożę dzieci, wracam, rozglądam się za stadem, patrzę na  stan trawy na pastwisku… „Trzeba będzie zmienić koniom kwaterę, bo jeszcze gotowe schudnąć parę kilo” – dumam i idę ocenić trawę w sadzie. Na kilka dni powinno wystarczyć, tylko żeby nie chciały uciekać. Niestety, po długiej suszy odrosły głównie chwasty. Ładuję akumulator i jadę po dzieci. Po drodze zaglądam do młyna, kupuję paszę dla matek i kaszę dla psów.

Szybko sprzątamy i przygotowujemy obiad, zaglądam do Zmarzlinka, żeby wziąć go na chwilę na roundpen  i co słyszę?: „Tup, tup, tup…” – kopyta? E, może wozacy jadą z lasu… Dużo kopyt. Jakieś osiemnaście kompletów. Patrzę w stronę leśniczówki, a spod niej na mnie patrzy zestaw koni. Zamykam przejścia, otwieram bramkę – po koniach nie ma śladu. Przeszły na wjazd. Zamykam bramkę, otwieram bieżnię. Konie pogalopowały na pastwisko. Szczęście, że na to, na które miałam je jutro wypuścić. Zamykam bestie i idę dla świętego spokoju policzyć, czy są wszystkie. Liczę kilka razy. Wiem, że żaden ze mnie matematyk, ale miało być dziewiętnaście, a jest osiemnaście. Kto się nie zameldował? Półkrewki są, źrebaki, więc i matki obecne, kucyk jest, Akcja (na pewno główna prowodyrka) i Szara też. Gdzie Janutra? Przewodnik stada zabłądził? Idę na stare pastwisko. Znalazła się. Cierpliwie stoi przy bramce i czeka, aż jej otworzę. Nawet nie zabiera się za galopowanie do reszty, tylko spokojnie idzie. Łapię ją na sam uwiąz i prowadzę na nową kwaterę. Dzielna, grzeczna kobyłka. Jak któryś gad boi się zmiany otoczenia, zawsze można liczyć, że za nią pójdzie. Jak wszyscy uciekają, ona nie bawi się w zwiedzanie lasu (chwilowo oczywiście).

Wracam do ogierka. Znajduję jeszcze czas żeby z pomocą dzieci upiec babki z kremem malinowym. Wieczorem siadam na Janitrę. Ta, która w ubiegłym roku ledwo chciała się ruszyć, po miesięcznej przerwie jest pełna energii i pędzi do przodu. Wszystko jednak w granicach dobrego wychowania.

Zobaczymy, co też przyniesie dzień jutrzejszy.

(Iwona)

Dzień jedenasty.Śladami pewnej księżniczki.

DSCN5257

Kiedy byłam całkiem nieletnia odkryłam w bibliotece babci cykl książek Pani Lidii Czarskiej „dla dorastających panienek” o księżniczce Dżawacha i jej przypadkach. Powieść była nieznośnie sentymentalna, bohaterowie niezwykle szlachetni i dzielni, a sama akcja pełna niewiarygodnych zwrotów. W porównaniu z naszą młodzieżową literaturą opowieść jawiła się niczym barwny rajski ptak, no i wiele pisało się tam o koniach. Przeczytałam ją z zapartym tchem i do dziś stanowi jedno z cieplejszych wspomnień mojego dzieciństwa.

220px-Imam_Shamil_-_01

(http://pl.wikipedia.org/wiki/Imam_Szamil)

Tłem historycznym jest okres po powstaniu Szamila – przywódcy górali kaukaskich, który przez pół wieku powstrzymywał Imperium Rosyjskie przed zajęciem Czeczenii i Dagestanu. Ciekawostką jest, że osobistą gwardię słynącego z odwagi Szamila stanowiła grupa polskich kawalerzystów. Zabawne jest też to, iż ta sentymentalna powieść dla pensjonarek była zakazana w ZSRR i PRL.

Kiedy nasza grupa w ramach wolnego dnia zdecydowałam się odwiedzić Gori, ja postanowiłam rozejrzeć się za śladami księżniczek Dżawacha.

Nie ma już dawnego Gori, ale:

– rzeka Kura rzecz owczywista jest,

– kwitnące mimo późnej pory roku róże w ogrodach – są,

– jawory – są,

– skalne miasto Upliscyche (უფლისციხე) – jest,

– miejsce prawdopodobnego wypadku Niny bek Izrael, przybranej księżniczki – jest,

– nieziemsko odważny i przystojny rozbójnik Kerim Samit bek Dżemał – niestety nieobecny.

DSCN5282DSCN5284DSCN5285DSCN5286DSCN5293DSCN5292DSCN5299

Zwiedzamy Gori, górującą nad miastem twierdzę i Upliscyche. W pewnym momencie przewodniczka pokazuje sklepienie w teatrze skalnego miasta i mówi: „Wzór wykuty tutaj został przywieziony przez Aleksandra Macedońskiego”. To stawia wszystko we właściwej perspektywie. Zastanawiam się, czy rzemieślnicy rzeźbiąc ozdobne kasetony myśleli, że ich dzieło przetrwa Imperium Rzymskie i Rosyjskie, czy tylko robili, co do nich należy narzekając na skwar i kiepskie narzędzia.

DSCN5253

Z widowni teatru, patrząc przez wstęgę Kury, widać górę nazwaną „Widzę Cię”, a na niej wieżę. Stanowi ona część systemu bezpieczeństwa. Kolejne wieże budowane były w zasięgu wzroku wartowników nadających w razie zagrożenia sygnały dymem (za dnia) lub ogniem (w nocy). Pamiętacie scenę z trylogii Władcy Pierścieni, kiedy Hobbit zapala stos, a kolejne miasta odpowiadają na wezwanie? Tak to się właśnie odbywało. W ciągu dwóch godzin cała Gruzja była ostrzeżona o zbliżających się wojskach. Trochę słabo na tym tle wpada nasz telefon 112.

(Gośka)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

https://sabatowka.wordpress.com/2013/10/31/dziennik-z-wakacji-xxi/

Dzień jedenasty, c.d. Gori.

 

DSCN5337

Ostatni dzień pobytu w Gruzji jest bardzo intensywny. Pod opieką taksówkarza zwiedzamy Gori. W planie Muzeum Stalina – i tu jakby niewypał. Wchodzimy do przedsionka: kolumny, czerwone dywany, a naprzeciw batiuszka jak żywy. I ta duszna atmosfera nieżyczliwości jaka panowała w budynkach komitetów partyjnych, a która do dzisiaj przetrwała w niektórych urzędach. Momentalnie tracimy ochotę na zwiedzanie i niezmiernie urażamy tym kasjerkę: „Jak to nie chcecie?! Właśnie zwiedza grupa rosyjska, wszystko wam wytłumaczą!”. Ponieważ idziemy w zaparte, że my obejrzymy tylko słynną salonkę, stanowczo kieruje nas do wyjścia. W drzwiach zatrzymuje nas okrzyk: „Wy z Polski?!” – Jak się okazuje, to sympatyczny Gruzin w randze wysokiego urzędnika ministerstwa, który niedawno odwiedził Wrocław i chce o tym pogadać. Szukamy wspólnych znajomych, otacza nas spory tłumek i każdy dorzuca trzy grosze. Zabawa w najlepsze, a tymczasem kasjerka z nasrożoną miną krąży wokół czujna jak dwa psy, zdecydowana doprowadzić nas do salonki. Zwiedzamy ją i szybciutko wracamy do taksówki.

DSCN5336

DSCN5342

DSCN5353DSCN5352DSCN5349DSCN5348DSCN5339

„O takim człowieku nie warto wspominać! O nim najlepiej zapomnieć, a nie budować muzeum!” – wybucha kierowca. Ale chyba nie wszyscy podzielają jego zdanie, bo właśnie jedziemy Stalin Avenue.DSCN5355

Sympatyczny kierowca wiedzie nas winnym szlakiem, wprowadza do monastyrów, gdzie musimy odziać się w odpowiednie stroje i gdzie ciche siostrzyczki wcale nie są proste, a wręcz toczą dysputy z rodzaju polityczno-ekonomicznych, do tego robią to biegle w kilku obcych językach; wchodzimy do pięknych klasztornych ogrodów, a na koniec zwiedzamy daczę Ministra Spraw Wewnętrznych, gdzie gospodyni częstuje nas kawą i najlepszymi w świecie pomidorami.

DSCN5329DSCN5325DSCN5322DSCN5321DSCN5319DSCN5318DSCN5317DSCN5316DSCN5315

„Jedzcie, bo ją obrazicie” – ucisza nasze protesty taksówkarz. Dacza stanowi przykład urzędniczego rozpasania (i dlatego została skonfiskowana w/w ministrowi), ale w porównaniu z posiadłościami niektórych naszych polityków jest zupełnie zwyczajna, tyle, że położona w Parku Narodowym.

Ostatnim przystankiem jest restauracja, gdzie wspólnie z naszym kierowcą jemy obiad. On wybiera dania, uczy nas, jak powinno się je jeść oraz jak wygłaszać toasty.

Toasty gruzińskie to długie piękne przemowy, czasem całe historie, często zaczynają się od słów: „Za Ojczyznę”, co w Polsce brzmi trochę sztucznie i pompatycznie, ale w Gruzji jest całkiem na miejscu. Nie ukrywam, że za każdym razem, gdy słyszałam „Za Rodinu”, jakiś chochlik podpowiadał mi resztę, w postaci pijackiej, studenckiej przyśpiewki: „Za Stalinu, na boj, na boj, na boj…”.

(Gośka)

Dzień dwunasty. Sabatówka.

DSC_0758

Poranki zaczęły być zimne. Takie wrześniowe przenikające zimno w okolicach 4 stopni wcale nie jest miłe, gdy trzeba wyjść  ciepłego łóżka.

Konie czekają na nowe pastwisko i niecierpliwie przebierają kopytami przed bramką. Szybko je wypuszczam i pędzę po Zmarzlinka oraz Jagodziankę. Dzieci już wstały. Jedno pyta: „Mamo, kiedy jedziemy do przedszkola?”, drugie płacze: „Mamo, ja nie chcę do przedszkola. Chcę z tobą!”. Jedziemy do miasta, usiłuję nagrzać auto, włączam wesołą muzykę dla polepszenia atmosfery. Wśród jęków i łez zostawiam Trutkę.

Wracam na śniadanie typu kawa i zabieram się za szykowanie obiadu. Dziś zupa z kozaków i pieczarek zebranych w przydomowym ogródku. Przy okazji grzybobrania sprawdzam, jak mają się konie i pstrykam kilka zdjęć zwierzakom pasącym się w sadzie.DSC_1003DSC_1002DSC_0983DSC_0982DSC_0970DSC_0966DSC_0965

Czas odebrać dzieciaki. Pędzę, żeby się nie spóźnić po Renię, dokarmiam ją przedszkolnym obiadem, razem odbieramy Artura. Szybciutko wracamy, dzieci zbierają maliny na kompot, ja lonżuję Zmarzlinka. Chcę ze wszystkim zdążyć zanim przyjedzie Artur na jazdę. Pojawia się też Jasiek z czeladką dzieci. Skoro konie i tak czekają na zakończenie jazdy, wsiadam na Akcję. Już dogadujemy się dobrze. Mała robi roll back na zawołanie i z miejsca zagalopowuje. Obie zadowolone wracamy do stajni.

Rozdaję jeszcze siano i wypuszczam konie na padok. Kładziemy spać nasze pociechy i na dzisiaj to koniec.

(Iwona)

Dzień dwunasty. W stronę domu.

DSCN5332Wracamy do hotelu, pakujemy się i mamy czas do czwartej nad ranem. O tej porze taksówkarz zabierze nas na lotnisko. Zamierzamy się położyć, ale ze spania nici. O drugiej nad ranem przybywa organizator – Adam – który pojedzie z następnym rajdem. Ledwie biedak przyłożył głowę do poduszki, a już budzi nas obsługa. Przybył taksówkarz. Tylko dlaczego godzinę wcześniej?!

Heniek – rycerski jak zwykle – schodzi na dół.

„Możecie jeszcze godzinę pospać i nie denerwować się. Ja już jestem i czuwam” – oświadcza kierowca.

Po półgodzinie komórka Marzeny zaczyna dzwonić i nie daje się wyłączyć. Życie organizatorów rajdu jest ciężkie! Adam poddaje się, wyciąga Metaxę i wychodzi z nami na korytarz. Przerzucamy się informacjami i wrażeniami. Marzena nie chce pić alkoholu, co budzi oburzenie Adama: „Nie przygotowałaś się do rajdu” – oświadcza. Ja wprost przeciwnie: piję, bo boję się lotu.

„Gdzie następnym razem?”- pytamy.

„Armenia???”

Jesteśmy w samolocie i choć ukraiński pilot figlarnie macha skrzydłami, rzucam spod kurczowo zaciśniętych powiek ostatnie spojrzenie na ginący w dole słoneczny kraj. „Żegnaj Gruzjo!”

W Warszawie z lotniska odbiera nas mąż Marzeny. Czas sprawił, że nasze drogi rozeszły się, a poglądy mamy diametralnie różne. Już zaczynam się naburmuszać, ale z tyłu głowy słyszę głos Lamiry: „A czym różnimy się między sobą (z Rosjanami)?” i słowa etnografa: „Jakże cieszę się, że moi Rodacy nie stali się rusofobami po tych wszystkich przejściach”.

No właśnie: różnimy się? To świetnie! Będzie o czym pogadać. Więc jednak czegoś się w tej Gruzji nauczyłam.

(Gośka)

DSCN5324

Dzień trzynasty. Sabatówka.

DSC_0726

To pracowity dzień. Rano jak zwykle: karmienie i wypuszczanie koni oraz Jagodzianki. Potem przedszkole. Jutro wracają urlopowicze – jak nic trzeba posprzątać i przygotować małe co nieco na wypadek „z góry nieprzewidzianej imprezy”. To wymaga zakupów, a więc wyjazdu do miasta. Po drodze sprzątam dzieci z przedszkola. Gdy konie pasą się w sadzie, a pociechy bawią się w przyczepie do przewozu koni, mamusia gotuje, suszy grzyby, marynuje mięso… Małż Idealny przepuszcza wodę między studniami i dokańcza wykładać żwirem otoczenie paleniska.

DSC_0951DSC_0952DSC_0964DSC_0963

W ramach podziękowań namawiam Wujka Zygmunta na jazdę na Akcji. Dla mnie dziś czas na Janitrę. Uwielbiam tą klacz, choć na myśl o jej niedawnej miesięcznej przerwie odczuwam pewien dyskomfort. Pomimo obaw, jazda naprawdę jest udana.

Z uśmiechem wracam do stajni, wypuszczamy konie na padok, myjemy dzieci. Jeszcze bajka na dobranoc i mocny sen, żeby jutro mieć siłę powitać Szanownych Domowników.

Dzień czternasty, ostatni. Sabatówka.

DSC_0718

Przyjechali. Cali w skowronkach, nie potrafiący zwerbalizować swoich przeżyć. Dopiero w ciągu kolejnych dni, po trochę zaczną opowiadać o tym, co widzieli, czego doświadczyli, o plusach i minusach wyjazdu. Ale na tych opalonych twarzach, dużymi literami wypisane jest zadowolenie i duma, a u Żony Doskonałej nawet lekki grymas bólu po odniesionej kontuzji. My zaś słuchamy, podziwiamy zdjęcia, staramy się zapamiętać ten natłok oraz różnorodność informacji, czemu niewątpliwie sprzyja lampka (lub więcej) gruzińskiego wina i kieliszek chachy.

Jeszcze ognisko, podziękowania dla wszystkich naszych pomocników, bez których uporu i zaangażowania niewątpliwie mielibyśmy więcej pracy, a i czas upływałby mniej radośnie.

Pora pakować manatki. Niech właściwi gospodarze teraz sami się trochę pomęczą przy ponownym wdrażaniu się do machania widłami. Na początek jednak pójdą złapać Zmarzlinka, który postanowił pójść na samotną wycieczkę po lesie.DSC_0658

Cóż powiedzieć więcej? Tylko jedno, najważniejsze: Marto, Agnieszko, Arturze, Wujku Zygmuncie, Małżu Doskonały – ogromne dzięki!!!

(Iwona)

Podsumowanie.

DSCN4738

Na koniec chciałabym odpowiedzieć na zadawane pytania. Tu będzie najłatwiej. Nie jestem żadnym ekspertem – byłam zaledwie na trzech rajdach: Z Adamem Rymarowiczem z Bieszczadów na Słowacji, z Lisowczykami na Ukrainie i w Gruzji.

W każdym przypadku rajd był dobrze przygotowany i otrzymywałam wszystko, co organizator obiecywał, a czasem nawet więcej.

Moim zdaniem, dobrze jechać z uczestnikami o podobnych umiejętnościach jeździeckich i podobnym stopniu zaangażowania imprezowego. To znacznie polepsza atmosferę. Ja miałam szczęście zawsze trafiać na wspaniałych ludzi. Co do ekwipunku, organizatorzy służą pomocą i warto do nich dzwonić po informacje. Ze swojej strony dodam, że lekkie sakwy, które wielu z nas posiada, mogą być przydatne. Jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, to cóż… jestem starszą panią, wielokrotnie kontuzjowaną, o przeciętnej kondycji. Konno jeżdżę mniej więcej trzy, cztery razy w tygodniu. Jeżeli ja dałam radę, to każdy jeżdżący powinien sobie poradzić.

Macie wątpliwości? Cała zima przed wami na poprawianie kondycji!

Wszystko, co napisałam wynika oczywiście z moich spostrzeżeń – zawsze bardzo subiektywnych, a nie zawsze trzeźwych. A na rajdy jechać warto – konne, rowerowe, piesze,… – bo dają możliwość obserwacji i pobytu w miejscach, których z okien auta czy eleganckiego hotelu nie dostrzeżemy.

(Gośka)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 81,793 VISIT

Archiwum

%d blogerów lubi to: