Google+

DZIKA AFRYKA – DZIKI GALOP

Dodaj komentarz

29 stycznia 2017 - autor: SABATOWKA

dscn0786-kopiowanie

Biedne polskie dzieci wędrują do szkoły, a my leniwie przeciągamy się pod mięciutkimi kołdrami Kob Inn Beach Resort. Potem z kubkiem kawy w ręku spokojnie obserwuję wysiłki Pawła – dżentelmena, który lawiruje wózkiem do przewożenia bagaży na wąskich ścieżkach wokół naszych domków. Skutecznie tłumię chęć przyjścia z pomocą wspomnieniem o przymusie zakupu większej torby bagażowej.

Okazuje się, że bryczesy i buty do jazdy nikomu nie wyschły. Z każdego domku dochodzą pojękiwania oraz stękanie  związane z próbą wciągnięcia mokrej odzieży. Potem karnie biegniemy za Pawłem, który zdołał opanować swój niesforny pojazd bagażowy.

dscn0781-kopiowanie

dscn0783-kopiowanie

img_4098-kopiowanie

img_4104-kopiowanie

dscn0798-kopiowanie

W pośpiechu przekraczamy rzekę i ruszamy plażami w kierunku hotelu Wavecerest.

img_4121-kopiowanie

Ashley zatrzymuje się:

– Dojeżdżamy do najdłuższej plaży – oznajmia. – Ma 2,5 km i tu zrobimy wyścig. Zatrzymajcie się przy tamtych skałach – mówi i pokazuje coś, co majaczy na horyzoncie.

Szybko robię przegląd moich szans na wygraną. Mój mały burski konik nie pokona na tak długim dystansie bardziej zaawansowanych w pełną krew klaczy Angeli i Justin. Ale ma więcej serca niż inne. I jest szybki.

Na znak Ashleya ruszamy z dzikim wrzaskiem. Justin i Angela szybko wysforowały się naprzód, ale Regin depcze im po piętach. Jesteśmy na trzecim miejscu, oblepieni mokrym piaskiem sypiącym się  spod kopyt zwycięzców.

Po drodze mijamy uczestników Wildrun  – trzydniowego biegu na 112 km. Są wśród nich profesjonaliści (ci biegną na czele wyścigu) i amatorzy (ci z kolei biegną z tyłu, mają śmieszne gadżety w postaci pluszowych futrzastych uszu i koszulek z napisami). Wszyscy machają, pozdrawiają i świetnie się bawią. To pewnie dlatego, że to ich pierwszy dzień.

dscn0787-kopiowanie

Docieramy do miejsca przeznaczenia – Wavecerest. Konie będą odpoczywać, a my jedziemy na wycieczkę rzeką wśród mangrowców. To nie jest typowe miejsce dla tych drzew. Przyplątały się tu przypadkiem ze względu na ciepły prąd mozambicki. Wypływamy płaskodennym stateczkiem, którym dowodzi dobrze zbudowany kapitan i przystojny pies w typie labradora (pies oczywiście). Część wycieczkowiczów  z szaleństwem w oczach rzuca się do fotografowania ptaków (eagle fish i king fisher), ale my mamy to już za sobą. Prym wśród paparazzi wiedzie pulchna jejmość z ogromnym aparatem fotograficznym. Polując na szczególnie ciekawe ujęcia king fisher’a, prosi o podpłynięcie blisko brzegu. No i utykamy. Na nic włączenie wstecznego biegu i odpychanie się wiosłem. Stoimy.

– Taaak… – mruczy Paweł. – Krokodyle na pewno tu są. Dlaczego miałoby ich nie być? Są i czekają…

Nie ma wyjścia. Kapitan wskakuje do wody, odplątuje śrubę z roślin, pasażerowie grupują się z prawej strony statku i ruszamy.

– Coś zamilkliście – komentuje kapitan, a pies zasiada na swoim posterunku, na dziobie.

Tak dojeżdżamy do hotelu. Na kolację oczekujemy w salonie żywcem przeniesionym z Sagi rodu Forsyte’ów, ze skórzanymi klubowymi fotelami, stoliczkami do kawy i prasą dotyczącą okolicznego rolnictwa.

Pokojówka w białym fartuszku otwiera drzwi do jadalni i dzwonkiem oznajmia, że można iść jeść. Nareszcie! Po całym dniu przygód wszyscy biegną do stołów z wcale nie angielską powściągliwością.

A jedzenie jest pyszne!

dscn0793-kopiowanie

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 80,322 VISIT

Archiwum

MAPS

%d blogerów lubi to: