Google+

DZIKA AFRYKA: ST.LUCIA, HLUHLUE, SWAZILAND, HLANE

2

24 września 2016 - autor: SABATOWKA

dscn6778a

Podczas przejażdżki po St. Lucia pani kapitan wprawnie podpływa do rodzinnej grupy baraszkujących hipopotamów, pokazuje też odpoczywającego krokodyla.

dscn6784a

Podobno to jeszcze małolat, ale jego rozmiary wcale nas nie przekonują. Wśród drzew na brzegu przesuwają się antylopy kudu. Zatrzymujemy się dosłownie o parę kroków od stojącej w wodzie i polującej na śniadanie czapli. Ptak w ogóle nie zwraca na nas uwagi, pilnie wpatruje się w wodę. Szybkie zanurzenie dzioba i… – i niestety, pudło.

dscn6783aCzapla przyjmuje to ze stoickim spokojem, ale pojawienie się orła – rybołowa budzi jej niepokój. Za chwilę pojawiają się drugi, trzeci i czwarty. Kołują nad nami majestatycznie i wywrzaskują do siebie jakieś obelgi. Chyba chodzi o wyznaczenie nowych granic terytorium. W tym czasie podpływamy do drzew, na których wikłacze budują gniazda. Ich obyczaje są bliskie memu sercu bowiem to samiec początkuje budowę gniazda, co stanowi reklamę jego umiejętności. Jeżeli standard apartamentu odpowiada pani wikłaczowej, to kontynuują misterne plecenie gniazda oraz znajomość. Jeżeli nie, gniazdo jest odcinane. Uważam wikłacze za bardzo mądre ptaki.

dscn6793a

Natomiast Paweł największą sympatią darzy krokodyle i właśnie zawozi nas na fermę krokodyli i aligatorów. Nie bardzo wiem, co on w nich widzi. Wielkie kłody leżą sobie nieruchomo na brzegach sadzawek. Od czasu do czasu podnoszą niemrawo łapę żeby przesunąć się w bardziej nasłonecznione miejsce. Gdy jest im za gorąco otwierają szeroko paszcze. Opiekunowie tych przemiłych zwierząt żywią do nich równie ciepłe uczucia co Paweł i ozdabiają wybiegi informacjami w rodzaju: „Oto samica Cut–Cut. Zaplątała się w druty, ale została wyratowana. Niestety, próbowała zjeść drugą żonę swego męża”. Faktycznie, słodkie stworzonko! Chociaż ta druga żona…

dscn6790a

Pakujemy się do auta i jedziemy do Parku Hluhluwe. Już po drodze spotykamy zebry, antylopy i nosorożce białe.

dscn6862a

dscn6835a

Ogromne stado bawołów przez chwilę blokuje drogę. Wcale się nimi nie przejmujemy (ktoś, kto przez 15 lat przebijał się przez 300 sztuk bydła wędrującego drogą Torki – Leszno nie da się łatwo zastraszyć nawet takim przerośniętym krowom), dopóki Paweł nie zaczyna snuć opowieści o zawziętości i ciut wrednym charakterze tych zwierząt. I dopóki zza drzew nie wysunie się patriarcha stada, znacznie większy od naszego samochodu.

dscn6810a

dscn6823a

Rankiem, przed wschodem słońca (kiedy nasz opiekun smacznie śpi w swojej chatce), biegniemy na miejsce zbiórki i razem z przewodnikiem Bangi ruszamy po drogach i bezdrożach parku.

dscn6851a

Gdy tylko wjeżdżamy w zamglone doliny, robi się potwornie zimno. Bogu dzięki Bangi ratuje nas kocami. Mamy szczęście. Spotykamy całe mnóstwo zwierząt: antylopy niala, kudu, oryksy, guźce, bawoły, nosorożce białe, które wcale białe nie są i słonie.

dscn6909a

Ze szczytu wzgórza obserwujemy schodzące do wodopoju o wschodzie słońca żyrafy i zebry. Z mgły majestatycznie wyłaniają się słonie i nosorożce.

dscn6830a

– Macie farta –  śmieje się Bangi częstując nas kawą. – Nie widzieliście tylko lwa.

Ale lew też jest. Stoi wypchany w recepcji z napisem: „Don’t touch”

Gdy tylko pojawiamy się w zasięgu wzroku Pawła, ten natychmiast pakuje nas do auta. Tym razem jedziemy do Swazilandu. Zanim przekroczymy granicę, nasz opiekun zaznajamia nas z historią, obyczajami i systemem rządów. Swaziland to monarchia absolutna. Jest parlament, ale w większości wybrany przez króla. Co więcej, co roku, w trakcie tańca trzcin król wybiera nową małżonkę, buduje jej dom, w którym ją odwiedza. W ten sposób umacnia więź z poddanymi. Paweł wysoko ceni ten sposób rządzenia.

Przybywamy do Hlane – parku założonego przez dziadka obecnego monarchy. W recepcji ze ściany dobrotliwie spogląda na nas Mswati III w stroju organizacyjnym z piór. Nieco niżej wisi portret królowej – matki, a całkiem niżej, premiera.

Na zewnątrz już czeka na nas auto z przewodnikiem Tanalu. Razem z innymi turystami na wyścigi próbujemy wypatrzeć jak najwięcej zwierząt. Przez busz przemykają zebry i różnego rodzaju antylopy. Nagle wśród drzew majaczy kawał szarego cielska. Tak duży może być tylko słoń. Tanalu kręci głową:

– Rino (nosorożec).

dscn6867a

Jaki tam rino? Zwierzak nie zmieści się pod mój balkon. To musi być słoń. Po chwili z zarośli wysuwa się potężny nosorożec i człapie przed samochodem zostawiając nas z szeroko otwartymi ustami.

dscn6873a

Udaje się też podjechać do rodziny lwów. Matka i trójka dzieci odbywają sjestę przy drodze. Niby wcale się nami nie interesują, bo na cóż im takie wielki puszki (auta), ale Paweł przekonuje, że wystarczy wystawić nogę, aby ślicznym kiciusiom dać sygnał do ataku. W chwili, gdy podziwiamy koty, Tanalu dostaje sygnał, że przy wodopoju zgromadziły się słonie. Ku mej rozpaczy porzuca rodzinę lwów i po szybkiej dziesięciominutowej jeździe parkuje nad jeziorkiem.

dscn6893a

„No i gdzie te słonie? – myślę sobie. – Lwy były takie ładne, a tu tylko drzewa. Zaraz, jakie drzewa? To po prostu nogi słonia!” Żeby zobaczyć resztę zwierzęcia trzeba zadrzeć wyżej głowę. Słonie są większe, znacznie większe od tych widywanych w zoo. Samiec chyba czuje się trochę zdegustowany naszą wizytą, więc Tamalu z szacunkiem wycofuje samochód.

dscn6855a

Syci wrażeń wracamy do naszych chatek na camping.

dscn6911a

Gdyby ktoś nie miał dość zwierząt, można usiąść na brzegu jeziora i obserwować jak przychodzą do wody. Wielu turystów siedzi tak z lampką wina, jak w gigantycznym kinie. Właśnie dwa marabuty przechadzają się poważnie po drugim brzegu. Wyglądają jak wypisz – wymaluj mój profesor z fizyki z II C.

dscn6814a

W chatkach już zapalono lampki naftowe. Kolejne ustawione są też przy drzwiach wejściowych w celu zniechęcenia lwów przed złożeniem wizyty. Przez całą noc słychać ich leniwe pomruki.

Mam wrażenie, że sportem narodowym mieszkańców Afryki Południowej jest grillowanie. Na każdym campingu, również tu, w parku wydzielone jest miejsce, na którym stoją wymurowane grille (właściwie braai’e). I każdego wieczoru wszyscy posilają się przy płonącym ogniu.

Zgodnie z regulaminem nie wolno nocą poruszać się po terenie parku, a drzwi chatek powinny być zamknięte. Posiadamy też dość długą instrukcję jak zachować się podczas spotkania ze słoniem,  z której optymistycznie wynika, że jeśli słoń nie zaakceptuje twojego wycofywania się jako wyrazu szacunku dla niego, i tak nie zdążysz uciec.

W mroku słychać dziką Afrykę. Idziemy spać dbając, aby nie łamać regulaminu i zastosować wszelkie zasady bezpieczeństwa.

dscn6857a

Advertisements

2 thoughts on “DZIKA AFRYKA: ST.LUCIA, HLUHLUE, SWAZILAND, HLANE

  1. Braai to braai, nie jakiś tam germański „grill”: https://braaiculture.com/what-is-braai-culture/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 80,338 VISIT

Archiwum

MAPS

%d blogerów lubi to: