Google+

ZOBACZYSZ, NA ORLA NIE POJDE

2

14 lipca 2015 - autor: MIŚKA

DSC_2236 (Kopiowanie)

– Zobaczysz, nie pójdę na Orlą!  – tak skwitowałam pomysł Małża zakupienia biletów na Kasprowy, aby szybciej rozpocząć trasę.

– Ale przecież już wiesz, że to nic strasznego, zresztą tak tylko zarezerwowałem, na wszelki wypadek… – tłumaczył Małż.

Znam te jego wszelkie wypadki. Kończą się realizacją małżowskich planów.

Był czerwiec, weekend Bożego Ciała, upał, a w górach śnieg. Świadomość, że dwa lata temu ćwiczyłam i miałam jako taką kondycję oraz wspomnienie cholernych zakwasów powodujących kaczy chód wielce skutecznie zniechęcało mnie do włażenia na szczyty. Widoki, owszem – wspaniałe, jednak, gdy kolana trzęsą się jak w febrze, nie patrzę na panoramę. Przeklinam i chcę znaleźć się jak najprędzej na dole.

– To jak pójdziemy? – zapytałam z przekąsem próbując forsować pomysł przejścia dolinami i polanami.

– Wodogrzmoty Mickiewicza, do Pięciu Stawów Polskich i z powrotem – lub, przy sprzyjających okolicznościach, przez Szpiglasową do Morskiego Oka. Zobaczysz, trasa piękna widokowo.

DSC_2296 (Kopiowanie)

DSC_2295 (Kopiowanie)

Nad Woodgrzmotami już byłam – sto lat temu. Znad Morskiego Oka pamiętam tylko mrowie ludzi i drogę, która przypominała wtedy strumień i która to sprawiła, że moje ukochane, ulubione, najlepsze, najwygodniejsze buty musiały odejść w pokoju do obuwniczego raju. Czy trzeba dodawać, że wtedy też poznałam Małża? Stawy pamiętam tylko z przejścia przez Orlą Perć.

Trasa ustalona – pozostawało ruszyć w drogę.

O nudnym odcinku asfaltu pisać nie warto. Przyjmuję, że początek trasy to wspomniane wodospady, które nazwano imieniem wieszcza w 1891r, rok po sprowadzeniu prochów pisarza na Wawel. Nazwa nadana przez Towarzystwo Tatrzańskie przyjęła się choć Mickiewicz nawet w tym rejonie nie bywał.

DSC_2311 (Kopiowanie)

Wodogrzmoty powitały nas serdecznym hukiem i spienioną wodą spadającą ze skalnych stopni potoku Roztoka. Dalej weszliśmy w las. Urocze promienie słońca przedzierały się przez zielone gałęzie i migotały na srebrnej wstędze potoku. Co rusz czarowały nas powalone pnie, poskręcane konary, gra światła i cieni. Faktycznie, miejsce to ma w sobie coś magicznego i przez chwilę można poczuć się jak Wróżka ze Snu nocy letniej:

„Przez doliny i przez góry,

Przez zwierzyńce i ogrody,

Przez potoki i przez bory,

Płomień ognia, fale wody,

Wszędzie mnie skrzydła me niosą,

Szybsze od Cyntii promieni,

Gdzie mi każe wróżek ksieni,

Ślad kół swoich skrapiać rosą.

Pierwiosnki to są jej służki,

Patrz na złote szat ich plamy,

To rubiny, to dar wróżki,

W których wonne śpią balsamy.

Teraz na łąkach zbierać perły rosy śpieszę,

W uchu każdej pierwiosnki perełkę zawieszę.”[i]

DSC_2321 (Kopiowanie) DSC_2316 (Kopiowanie) DSC_2312 (Kopiowanie)

Po wyjściu z czarodziejskiego lasu czekało nas tylko strome podejście pod schronisko. Ze spaceru do Siklawy zrezygnowaliśmy rozpoczynając żmudne wchodzenie pod górę. Wydawało się, że skalne schody ciągną i ciągną się tłumiąc i kompletnie rozregulowując oddech. „Cóż za droga bez końca!” – szeptałam pod nosem, aż nagle i całkiem niespodziewanie wyrosło przede mną schronisko.

– To już? Tak bez zapowiedzi?! Bez stopniowego schodzenia do dołu, bez wyłaniającego się z oddali dachu?! – pytałam.

– No, już – potwierdzał Małż.

DSC_2363 (Kopiowanie)

DSC_2355 (Kopiowanie)

Całkiem inaczej niż w przypadku Murowańca, Śnieżki, Domu Śląskiego, etc. Drewniany budynek na szczycie góry, a przycupnięty nad samym stawem, prawie dotykający wody – jakby moczący w niej nogi. Turyści rozgoszczeni przy stołach i kamieniach rozprawiający o kolejnych odcinkach do przejścia w dniu dzisiejszym i w tym górskim gwarze wciąż cisza, a może zaduma, unoszący się tatrzański duch. Niby ludzie wkoło, a tacy inni… – nieznajomi, a jednak swojscy; z różnymi doświadczeniami, z różnych stron, a porozumiewający się tym samym językiem i gestami; ludzie gór pozbawieni zuchwałości, sarkazmu, walki o pierwszeństwo.

Małż rozpytywał o przejście przez Szpiglasową. Nikt z obecnych poprzedniego dnia tamtędy nie przechodził, ale wiadomo, że zalega śnieg. Czy da się przejść bez raków? – pewnie tak, ale to ryzykowne.

Rozparci na kamiennym murku zjedliśmy śniadanie. Dopiero dziesiąta. Szkoda od razu wracać. Zdecydowaliśmy się obejść stawy i zobaczyć szlak z bliższej odległości. Faktycznie, śnieg leżał na większej części podejścia, a po nim wolno, wolniutko przesuwali się maleńcy niczym mrówki ludzie. Znad szczytów rozległ się warkot silnika i łopotanie skrzydeł TOPR-owskiego śmigłowca. Podobno ktoś kręcił nogę. Z wejścia przez Szpiglasową Przełęcz przyszło nam zrezygnować. Czasu mieliśmy wciąż dużo, ruszyliśmy więc w kierunku Zawratu.

DSC_0599 (Kopiowanie)

DSC_0645 (Kopiowanie) DSC_0643 (Kopiowanie) DSC_0653 (Kopiowanie) DSC_0662 (Kopiowanie) DSC_0633 (Kopiowanie) DSC_0679 (Kopiowanie)

 Od południowej strony szczyt pysznił się gołymi skałami. Napotkani po drodze ludzie potwierdzali, że bez problemu w tę stronę da się wejść. Od północy nadal zalega śnieg.

– Chodźmy, wejdziemy, posiedzimy na przełęczy i zejdziemy. Mamy przecież sporo czasu – zdecydował Małż.

No więc ruszyliśmy. Po drodze przesympatyczna dziewczyna szeptem przedstawiła nam panią kozicę górską swobodnie skubiącą kępki młodej trawy i uprzedziła o bliskiej obecności rodziny świstaków. Nie dalej jak kilkadziesiąt metrów nieśmiałe, ruchliwe, bure główki co rusz wychylały się spomiędzy kamieni i traw. Staliśmy bez ruchu próbując sfotografować  świstaki, ale żaden nie chciał na dłużej pozostać w obiektywie.

DSC_0620 (Kopiowanie) DSC_0629 (Kopiowanie) DSC_0667 (Kopiowanie)

Podejście na Zawrat dłużyło się niemiłosiernie. Niby z dołu bliski, a szlak w niezwykły sposób rozciągał się powiększając dystans. Wreszcie jest: znajome kamienie, gdzie dwa lata wcześniej odpoczywaliśmy przed Kozimi Czubami.

Turyści wchodzący od północnej strony Zawratu byli cali mokrzy od śniegu. Pytani o drogę odpowiadali, że skoro są, więc da się przejść, choć ślisko. Patrzyłam na ich płytkie buty, niekiedy sandały (to co, że trekkingowe), brak raków i zwycięskie miny, wyławiałam spośród nich kilkunastoletnie dzieci kompletnie nieadekwatnie ubrane i myślałam: głupcy. Może nie powinnam w ten sposób myśleć, ale śmigłowiec TOPR-u latał nad naszymi głowami i nie pozwalał na inny komentarz.

– Północną stroną nie będziemy schodzić. Bez raków to zbyt duże ryzyko – naradzaliśmy się wspólnie. – Zapytajmy o szlak przez Świnicę, a jeśli jest podobnie, wrócimy tą samą trasą.

DSC_0704 (Kopiowanie) DSC_0715 (Kopiowanie)

DSC_0713 (Kopiowanie) DSC_0719 (Kopiowanie)

DSC_0733 (Kopiowanie)

Świnica była w zasadzie sucha. Tylko na odcinku dziesięciu, dwunastu metrów przed nią leżał śnieg. Ruszyliśmy zatem w kierunku Przełęczy Liliowe i  Kasprowego Wierchu. Szło by się całkiem dobrze, gdyby nie trójka turystów spotkana właśnie – o złośliwości losu – na zaśnieżonym szlaku.

– Jak ja mam zejść? Ślisko!

– Wbijaj pięty, stawiaj stopu bokiem, a nie czubkami na dół i nie zjeżdżaj na mnie! – próbowaliśmy z boku asekurować śmiałków, którzy rozpoczęli schodzenie nie bacząc, że już jesteśmy w drodze.

– Zimno, zimno mi w ręce – piszczał z płaczem następny. – Nie zejdę w tych butach!

– To po coś tu k… wchodził! – rzucił dobrze już wkurzony Małż obrzucając karcącym spojrzeniem skejtowskie buty nastolatka o płaskich podeszwach.

Jedynie dziewczyna towarzysząca dwóm podlotkom miała odpowiedni strój, a i tak prosiła o radę w kwestii schodzenia po trudnym odcinku.

Na Świnicy napotkaliśmy jeszcze beztroskiego tatusia z kilkuletnią córką w adidasach przeskakującą przez skalne szczeliny, ale już nikt nic nie komentował, czekaliśmy tylko aż dziewczyna przejdzie w bezpieczne miejsce.

DSC_0739 (Kopiowanie)

Dalej szło się całkiem nieźle. Słońce prażyło, widoczność była bardzo dobra, a szczyty wydawały się na wyciągnięcie ręki. Tak dotarliśmy do oblężonego przez tłum Kasprowego, gdzie najpopularniejszym widokiem prócz kolejki po bilety był plastikowy kubek piwa. Nie tracąc czasu na mało prawdopodobne kupno biletu zjazdowego, zeszliśmy szlakiem pod kolejką. Małż postękiwał i złorzeczył na obolały palec u nogi, a ja czułam się jak młoda bogini. Mogłabym tak iść i iść. Dopiero pod koniec trasy uświadomiłam sobie, że mam dziwnie gorącą lewą nogę. Spojrzałam i pomyślałam: „No tak, idiotów nie sieją. Cały dzień marszu ze słońcem z lewej strony, bez kremu z filtrem, za to ze spaloną skórą.”

A miał to być przecież krótki spacer do Pięciu Stawów i z powrotem, w większości przez las.

DSC_2375 (Kopiowanie)

Wieczorem tradycyjnie: kolacja w Bąkowej Zohylinie z góralską muzyką coraz młodszych członków kapeli.

DSC_2216 (Kopiowanie)

DSC_2249 (Kopiowanie)

DSC_2254 (Kopiowanie) DSC_2268 (Kopiowanie)

DSC_2285 (Kopiowanie)

Drugi dzień spędziliśmy jak trutnie: najpierw spacer przez Dolinę Białego z siklawą oraz jaskinią Ku dziurze po drodze i w końcu wytęsknione saunarium białczańskiej Termy.

Koniec luksusów. Pora wracać do pracy – byle do wakacji.

DSC_0630 (Kopiowanie)

[i] https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/sen-nocy-letniej.html; W. Szekspir; Sen nocy letniej; tł. L. Urlich; akt II, scena I, [309 – 322]

Reklamy

2 thoughts on “ZOBACZYSZ, NA ORLA NIE POJDE

  1. Piotrek pisze:

    Super wpis. Że tak pozwolę sobie zapytać gdzie taka super atmosfera jest bo widzę że te restauracje Bąkowa Zohylina są dwie Wyźnio i Niźnio. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 84,416 VISIT

MOST POPULAR

Archiwum

%d blogerów lubi to: