Google+

MAROKO – KU SAHARZE

10

17 stycznia 2015 - autor: SABATOWKA

DSCN5744

Rano budzi mnie śpiew muezina. Wychodzę na nasz bajkowy dziedziniec i cóż widzę? Marzenka zachwycona otoczeniem pląsa wokół fontanny podśpiewując radośnie:

– Jak dobrze wstać…

– … skoro świt…- przyłączam się równie radośnie, za to w zupełnie innej tonacji.

– Jutrzenki blask duszkiem piiiiićć… – zawodzimy zgodnie.

Nie opiera się temu wezwaniu Adam, który wynurza się (jako odpowiedzialny organizator) z altanki z naszymi towarzyszami i łyczkiem wody ognistej – ku pokrzepieniu serc.

Potem udajemy się na śniadanie. To szwedzki stół i opisanie jego zawartości przekracza pojemność tego bloga zbliżając się niebezpiecznie do spisu treści książki kucharskiej pióra pani Ćwierciakiewiczowej.

Dwóch turystów dopytuje się ciekawie, gdzie się wybieramy.

– Na Saharę – odpowiadam dumnie.

– O, my też, samochodami terenowymi.

– A my konno – melduję z fałszywą skromnością.

– Ja też mam konie, w Izraelu.

– Ja też mam, w Polsce.

– Ale ja mam dwa oryginalne QH.

– A ja mam cztery – puszę się.

– A ja mam z certyfikatem AQHA.

– A ja mam ogiera z licencją AQHA – dobijam nieszczęśnika.

Przez następne dwadzieścia minut wymieniamy nasze wszystkie doświadczenia z końmi. To cudowne uczucie spotkać ludzi o podobnych poglądach w tak odległym zakątku.

DSCN5730

Przybyli przewodnicy i zabierają nas do koni. A tam…, z samochodem pełnym kolorowych tkanin czeka na nas właściciel sklepu (chyba ma na imię Ali) i każdemu z nas nakłada turban na głowę. Nie widzę siebie jakoś w tym stroju i postanawiam pozostać wierna mojej ukochanej bejsbolówce. Ali jednak zręcznie wyłuskuje mnie zza palmy i ciągnie do swego kramu:

– Ooo….! Dare madame, proszę wybierać – oświadcza, mimo że pozostał mu już tylko jeden, czarny kawałek materiału długości chyba kilometra. – Świetny wybór szanowna pani! Skąd wiedziała pani, że w czarnym jej do twarzy? – nawija Ali jednocześnie zawijając mnie w metr bawełny.

– Bo czarny wyszczupla – syczę.

– Och, doprawdy świetnie pani wygląda – kontynuuje Ali po czym kończy czystą polszczyzną – kałasznikow, święta wojna! – i przekazuje mnie w ręce przewodnika.

DSCN5747

Ahmed prowadzi mnie w kierunku przeznaczonego mi wierzchowca. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że tłumi śmiech i mruczy:

– Dżihad.

Już pierwszego dnia doceniliśmy zawoje. Bawełna kryje włosy, których nie szarpie wiatr i nie wysusza słońce, świetnie izoluje i nie grzeje. Luźny koniec okrywa kark a jednocześnie można nim osłonić usta przed piaskiem.

Moja klacz to Asta – gniada berbero – arabka ze strzałką. Stoi niemrawo z tylną nogą w spoczynkowej pozycji, z obwisłą dolną wargą i łypie na mnie ponuro. Zresztą wszystkie konie wyglądają podobnie. Ale, kiedy tylko poczują jeźdźca na grzbiecie, zmieniają się całkowicie. Dumnie unoszą głowy, wyginają szyję w łuk, odstawiają ogony i energicznie uderzają kopytami w ziemię nerwowo przy tym podkłusowując.

DSCN5738

Abdul prowadzi na ogierze. Ahmed z tyłu zagania nas jak indyki. Wzdłuż szeregu jeźdźców przemieszcza się wesoły Szu, pokrzykując:

– One tańczą, cieszą się przed drogą! Patrz, jak moja klacz tańczy ze mną!

– Czy wszystko w porządku? – pytają z troską co chwilę.

DSCN5750

Przemierzamy różowo-rude uliczki Zagory. Dzieci biegną za nami, młode dziewczęta ciekawie zerkają zza otwartych drzwi domostw, kobiety piorą na ulicy i zdecydowanie unikają kontaktu wzrokowego, mężczyźni uśmiechają się i odpowiadają na pozdrowienia. Mijamy małe poletka lucerny, niewielkie palmowe gaje. (To daktylowe zagłębie, a tutejsze owoce są najwyższej jakości.)

DSCN5741

DSCN5746

W pewnym momencie przewodnicy prozą o ostrożną jazdę jeden za drugim. Jesteśmy na cmentarzu. Niewiele różni się od otaczającej go skalistej pustyni i tylko wprawne oko dostrzega mnóstwo małych, kamiennych wzgórków.

Jedziemy na przemian kłusem i galopem, jeden za drugim. Widać, że przewodnicy nas oceniają. Wciąż pytają:

– Le bes? (W porządku?)

I powtarzają:

– Keep distance, my friends, keep distance please.

DSCN5754

Tak dojeżdżamy do miejsca biwaku. Najpierw poimy konie, które tłoczą się przy jednej z dwóch studni. Przy drugiej stoi osiołek, a jego właściciel nalewa wodę do niezliczonych ilości bukłaków.

DSCN5757

Na nas czeka stół zastawiony smakowitościami oraz rozbite namioty. Ahmed zapala ognisko, Omar i Hussein grają na bębnach.

Jesteśmy już na pustyni, ale wciąż na obrzeżach Zagory, bo w oddali słychać śpiew muezina i smętne porykiwania osłów.

Idziemy spać do namiotów. Noc jest bardzo zimna. Na ścianach skrapla się woda, która przy każdym poruszeniu spada na nasze twarze. Jesteśmy na pustyni… – naprawdę?

DSCN5770

Reklamy

10 thoughts on “MAROKO – KU SAHARZE

  1. HeY! Fajna relacja! Ciekawe podejści i język – można przenieść się do tego miejsca i wydarzenia 🙂
    Pozdrawiam!

  2. wojtek ,,JUNIOR" pisze:

    . . .wracają wspomnienia ! ! ! , jedzmy tam jeszcze raz . . . …………………..

  3. wojtek ,,JUNIOR" pisze:

    . . .do opisu, choć to jest z drogi powrotnej:

  4. Cudowna relacja. Co, jak co, ale to miło mieć świadomość na łożu śmierci, że zrobiło się wiele fantastycznych rzeczy w życiu jak np. jazda konno przez Saharę 🙂

    • SABATOWKA pisze:

      Nie, jeszcze nie na łożu śmierci! Przed nami południe Afryki, Argentyna,…, cały świat. Umrzemy w tych siodłach, jeśli jakiś organizator będzie robił nam na złość (żeby też miał co pisać). A tak serio, dziękujemy za miłe słowa i zapraszamy na ciąg dalszy: burzę piaskową, stoły pokryte płatkami róż,…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 84,623 VISIT

MOST POPULAR

Archiwum

%d blogerów lubi to: