Google+

WPIS NA JEDENASTEGO…

Dodaj komentarz

11 listopada 2014 - autor: MIŚKA

480px-Pomnik_Orlat_Przemyskich_2010

To taki wpis, którego miało nie być. Nie lubię głosów rocznicowych, narodowych, po części upolitycznionych, bo przecież nadchodzą wybory. Wpis jednak się pojawił, bo jeszcze bardziej nie lubię, jak biorę udział w jakimś wydarzeniu i doświadczam… chołoty…? Trudno nazwać zjawisko złożone z mięśniaków, którzy grupą stają pod sztandarami wojskowymi, szkolnymi, stowarzyszeniowymi, etc. i potrafią drzeć paszczę wymieniając komu należy się kij. Nawet jeśli się należy, to naprawdę mam wątpliwości, czy owi zasterydowani nastolatkowie mają pojęcie, z jakiego powodu. Nie wyglądają na historyków. Kiedyś uczono mnie, że podczas hymnu państwowego, apelu poległych, salwy honorowej, wyprowadzenia sztandarów,…, należy zachować powagę. Widać nastała moda, że „bezmózgie” się lansuje. A może warto by było pokazać im skrót historii, choćby ten na ekranie, stworzony komputerowo przez geniusza animacji, Tomka Bagińskiego?

Tak, byłam na uroczystościach związanych z Dniem Niepodległości. Nie przepadam za nimi, bo są dla mnie zbyt pompatyczne, ale dla wielu ważne i pewnie ważne powinny być. Tak z szacunkiem. Zaczynam nawet przychylnie patrzeć na nowe podejście do świąt narodowych: pojawiają się całe rodziny, cieszą się, bawią, śpiewają wojskowe pieśni i piosenki. Może to amerykańska moda upowszechniana przez obecną parę prezydencką, a jednak wydaje się pozytywna, bo na cóż komu martwe święta, na które chodzi się z przymusu? A tu pojawia się grupka miłych umięśnionych chłopców, którzy przerywają prowadzącemu uroczystości i zagłuszają śpiewaków próbujących wciągnąć w świętowanie  mieszkańców. Wstyd? Brak kultury? Prymitywizm?

Jest jeszcze druga rzecz, która przyprawia mnie o pianę na ustach. Rozumiem, że zbliżają się wybory i każdy polityk, przyszły polityk oraz ten, któremu tylko się wydaje, że będzie politykiem usiłuje się pokazać, ale prowadzenie agitacji wyborczej przez obsmarowywanie błotem kontrkandydatów podczas składania kwiatów pod tablicą pamiątkową czy pod pomnikiem to lekka przesada. Rozmowy przez telefon, żarty wymieniane z kolegami też. Kiedy rozchodzi się komenda „Baczność!” drodzy panowie, należy stać na baczność, a nie rajdać jak przekupka na targowisku.  Niebawem część z was będzie gorączkować się na mównicach i zaklinać, że kocha Polskę. To może paszcza na kłódkę? Bo wstyd? Brak kultury? …? Patrzę na te drobne sytuacje zestawione z dużą jak na moje miasto uroczystością i w myśli zaczynają rozbrzmiewać słowa Kasprowicza:

„Rzadko na moich wargach –
Niech dziś to warga ma wyzna –
Jawi się krwią przepojony,
Najdroższy wyraz: Ojczyzna…”

Co poniżej? Otóż długi tekst pisany o Gombrowiczu, którego część wyklina za antypatriotyzm. Powstał naprawdę kilka dobrych lat temu, kiedy bardzo rozczarowała mnie postawa niektórych rodaków. Dziś nieco łagodniej patrzę na rzeczywistość, choć czasami krew mnie zalewa – jak pewnie każdego. Małż Idealny wyszperał ten esej w jakiś starych plikach sprzed epoki dwóch komputerów i uparł się, aby go umieścić. Zaznaczam, że ani pióro nie to, ani czasy, ani chyba spojrzenie na świat. No to proszę. Kto ma siłę, niechaj czyta:

kotyliony_2012

„- Kto ty jesteś?

– Polak mały.

– Jaki znak twój?”

– … ?

Polakiem jestem i nic co polskie nie jest mi obce? – esej.

„Czymże jest Polska? Jest to kraj między Wschodem a Zachodem, gdzie Europa poczyna się już wykańczać, kraj przejściowy, gdzie Wschód i Zachód wzajemnie się osłabiają. Kraj przeto formy osłabionej… Żaden z wielkich procesów kultury europejskiej nie przeorał naprawdę Polski, ani renesans, ani religijne walki, ani Rewolucja Francuska, ani rewolucja przemysłowa; tu tylko złagodzone echa dochodziły. A współczesna rewolucja rosyjska też nie została przeżyta, tylko skutki jej dostały się (przymusowo) Polsce, już gotowe. Katolicyzm? Kraj jest wprawdzie w orbicie Rzymu, ale polski katolicyzm jest bierny, polega na ścisłym przestrzeganiu katechizmu, nigdy nie był twórczą współpracą z Kościołem.

Na tych więc równinach, otwartych na wszystkie wiatry, odbywa się od dawna wielka Kompromitacja Formy i jej Degradacja. Rozmywało się to, rozłaziło…”[1].

Tak Gombrowicz mówił o Polsce, a właściwie o Polakach, bo przecież nie o geografię idzie. Zdegradowani, rozlaźli, nie dający się określić, tak nieostrzy, że aż szarzy. Ten kolor chyba najlepiej charakteryzuje nasz naród. Pomieszanie ciemnego z jasnym, nieokreśloność, niezdecydowanie.

Parę lat temu przyszło mi pracować na Zachodzie. Nie byłam jedyną zatrudnioną Polką, jednak jako jedna z trzech osób nie należałam do tzw. ”klanu Joli”, tzn. nie zostałam ściągnięta dzięki koligacjom rodzinno-koleżeńskim. Nieobarczona żadnymi zobowiązaniami wobec pracujących ze mną „ziomków”, wolna od wszelkich hierarchii, mogłam zająć interesujące miejsce obserwatora stosunków: miejscowy – obcokrajowiec oraz Polak – Polak. I jaka jest ocena, podsumowanie siedmiomiesięcznych obserwacji? – SZAROŚĆ! Piszę to trochę ze smutkiem, trochę z ironicznym uśmiechem, nie znajduję jednak innego określenia. Z jednej strony słyszałam: „Gdzie u diabła są ci wszyscy Polacy? Potrafią pić tyko i nic więcej, a jak kogoś potrzebuję, nikogo nie ma”, a z drugiej: „Nie mam zamiaru uczyć się tego  szwargotania. Jak szef chce, to niech sam się po polsku nauczy. A co, ja gorszy od niego jestem?!”. Albo: „Taśma? A po co mu trzy takie same? Dwie w zupełności wystarczą, o jedną się czepia.” oraz: „Niedziela. Msza jest o 9:00. To oczywiście nie moja sprawa, ale ty do Kościoła chyba chodzisz, boś z Polski…? Będziemy czekać na ciebie. Masz przyjść.”

Takich przykładów zachowań mogłabym umieścić tu całe dziesiątki, ale nie o wyliczanie chodzi. Podczas mojego pobytu zagranicą udało mi się potwierdzić wszelkie stereotypy dotyczące nas – Polaków. Początkowo oburzałam się, gdy mówiono: „pijacy”, „złodzieje” – przecież to nieprawda! Mieszkam w Polsce, bądź co bądź moimi znajomymi są głównie Polacy i rzadko zdarza mi się określić kogoś w podobny sposób. A jednak są tacy ludzie, którzy bardzo ambitnie pracują na ów wizerunek. I to jeszcze bardziej oburzające. Często przychodziło wstydzić mi się swojego pochodzenia, szczególnie w chwilach, gdy któryś z gości pytał:

„- Czy u was wszyscy tacy? Pijani, nieumiejący słowa wypowiedzieć w obcym języku, pracujący byle jak, aby tylko zapłacili?

– Nie, nie wszyscy. Sami wiecie, że są tacy, którzy w pracy nie piją, a pracują tu dla idei, nauki – nie zaś dla zysku.

– Ilu was jest? Dwie, trzy osoby na piętnaście? Nie rozumiem, po co chcesz wracać do tej swojej Polski. Masz tu utrzymanie, możliwość zostania na stałe, lepsze zarobki, życzliwych ludzi, którzy chcą cię uczyć…, a tam co? Chcesz się męczyć, próbując zmieniać takich jak ci tutaj? Lepiej zrobisz, jak zostaniesz.”

Cóż za podobieństwo do rozmowy Witolda z Gonzalem: „A po co tobie Polakiem być?! (…) Takiż to rozkoszny był dotąd los Polaków? Nie obrzydłaż tobie polskość twoja? Nie dość tobie Męki? Nie dość odwiecznego Umęczenia, Udręczenia? A toż dzisiaj znowuż wam skórę łoją! Tak to przy skórze swojej się upierasz?”[2]

Może zbrojnie nam nikt skóry nie łoi, ani nie kroczymy na męczeńską śmierć jak romantycy czy powstańcy. Może nie fizycznie… Jednak, gdy słyszy się o kaganku oświaty, który Polska ma zanieść Zjednoczonej Europie, o naszym wielkim wkładzie, poświęceniu, o kolejnych cięciach i wyrzeczeniach dla budowania lepszej przyszłości (wciąż tak bardzo odległej, obiecywanej już od wielu lat), wtedy aż chce się ową skórę zrzucić. Przez dziesiątki, ba! setki lat, wciąż mamy do czynienia z tą samą historią – zawsze robimy z siebie cierpiętników i nauczycieli innych narodów. Aż dziw bierze, że żadne pokolenie nie podniosło skutecznego buntu przeciwko tym wszystkim Konradom, Kordianom, Robakom!

Ktoś mógłby zarzucić mi teraz antypatriotyczną postawę. Nie, nie o bunt przeciwko patriotyzmowi chodzi. Raczej o ciągłe przybieranie postawy męczennika mówiącego: „Patrzcie na mnie! Ja wam pokażę, nauczę miłości i poświęcenia dla ojczyzny.” – byle dorzucić swoje pięć groszy. Taka postawa mnie drażni. A jednak, gdy pytają, dlaczego nie planuję osiedlić się zagranicą na stałe, coś każe mi odpowiadać, że do Polski chcę wrócić, do swoich.

„- A jacy są ci twoi? Tacy jak ten, który od drzewa do drzewa się zatacza? Który ani „dzień dobry” ani „pocałujcie mnie w …” powiedzieć w obcym języku nie potrafi?

– Nie, nie tacy. Nie wszyscy.”

Ciśnie mi się na usta, że mamy Wielkich: Chopina, Mickiewicza, Skłodowską… Sęk w tym, że oni już byli. Wszędzie jakiś Wielki się znajdzie. Teraz pewnie też są. Nie chcę odpierać minusów plusami, czy wycierać sobie ust nazwiskami. Pytam siebie jednak, kim byłabym w obcym kraju, gdzie panuje stereotypowy obraz Polaka. Nie jest on pozytywny, a przecież w każdym narodzie są tacy, których się wstydzimy oraz tacy, których podziwiamy. Jeden ze znajomych powiedział mi, że istnieje pewna zasada poznawania ludzi na obczyźnie: „Najpierw pokaż im jaka jesteś, a dopiero później przyznawaj się skąd przyjechałaś. Wtedy nie zaszufladkują cię z tymi, których traktują zgodnie z raz ustalonym obrazem.” W wielu przypadkach słowa te miały spełnienie.

Czy naprawdę jesteśmy tacy, jakimi widzą nas inni? A może jeszcze inaczej: czy jesteśmy tacy, jak nas zaszufladkują? Miałam to szczęście, iż nigdy nie czułam, aby ktoś w pracy traktował mnie z pogardą przez to, że pochodzę z Polski.

A jak jest z relacjami Polak – Polak?

Nie tak dawno spotkałam koleżankę, która podczas wakacji pracowała w Stanach. Zapytana o innych Polaków, skwitowała mnie śmiechem: „Nie warto Iwona, nie warto. Jeśli szukasz kogoś, kto cię wykiwa, będzie kopał pod tobą dołki i źle doradzi, wybierz Polaka. Oni trzymają się razem tylko w pompatycznych chwilach, gdy ktoś krzyknie: „POLONIA!”, a w środku to jedna wielka zgnilizna.” Wkrótce miałam doświadczyć tego samego.

Po przyjeździe do pracy cieszyłam się, że jest nas tylu. Wszyscy wydawali się bardzo mili, przyjaźnie nastawieni. To tak na dobry początek. Później okazało się, że istnieje jakaś dziwna hierarchia wykonywanych prac, nie mająca nic wspólnego z zakresem moich obowiązków. Gdy zaczęłam protestować i głośno wypowiadać swoje zdanie, najpierw próbowano mnie „przekabacić”, później uciszyć, a w końcu zignorować. Polacy na obczyźnie wyznają zasadę: „kto nie jest z nami, ten przeciwko nam”. Wszystko odbywa się według raz ustalonych schematów i niepodobna się wychylić. Jak pisał Mrożek: „(…) Byłem nie podskakiwał, cicho był, to im wszystko jedno co ja sobie myślę.”[3]

Kiedyś przyszło wykonać mi jakiś drobiazg poza godzinami pracy. Nie dlatego, że musiałam lub ktoś mnie o prosił, ale nie chciałam odkładać tego do następnego dnia, a pięć czy dziesięć minut nie stanowiło dla mnie większej różnicy.

„Co ty najlepszego robisz? – usłyszałam. – Czy ktoś ci kazał? Tylko uczysz ich, że możemy pracować dłużej. Przez ciebie wszyscy tak będą musieli. A co to, czy my niewolnikami jesteśmy, murzynami?!”

Na własną rękę nie można robić nic. Przynajmniej nie mogli tego ci, którzy należeli do wspomnianego „klanu Joli”. Ponieważ  ja do niego nie należałam, trzeba było ograniczyć ze mną kontakty do wymieniania zwyczajowych grzeczności. Początkowo zdziwiona, z czasem zaczęłam dostrzegać pozytywy takiego obrotu spraw. Nikt nie utożsamiał mnie z tą grupą, nie podlegałam żadnej chorej hierarchii, nie musiałam tłumaczyć się ze swoich decyzji. A pomruki dezaprobaty? Z czasem umilkły, poza tym nie wyjeżdżałam do pracy dla kontaktów towarzyskich, lecz żeby nauczyć się czegoś nowego.

Taką postawę, w swoim studium o Gombrowiczu, doskonale opisał Leszek Nowak: „[Prowincjusz] wywyższa się (…) przed „niższymi”, korzy przed „wyższymi”. Pycha wobec jednych i kompleksy wobec drugich karmią się przy tym, co zrozumiałe, wzajem. (…) największą niechęcią prowincjusz obdarza tych spośród swoich kompatriotów, którzy wyrastają ponad jego poziom. Na tym polega „polskie piekło”, które wbrew mianu z polskością nie ma nic wspólnego, bo to piekło wszelkiej prowincji. A już szczególnie nie znosi on tych, co mówią mu, jak Gombrowicz, bezlitosną prawdę o nim samym.”[4]

Tak. Niewątpliwie gro Polaków, z którymi przyszło mi pracować było prowincjuszami. Wpadli w sidła schematu i jakiegoś źle pojętego znaczenia solidarności, a nie mogąc wybrnąć z tego bagna, postanowili wciągać w nie innych.

„Niewolnicy nikomu nie wybaczają”[5] – pisał Falkiewicz. Znalazłam się w gronie osób, które odważyły się samodzielnie podejmować decyzje, nie wahały się pytać, krytykować, stawiać czoła wymaganiom. Dzięki temu zyskaliśmy niezależność, ale także zawiść wśród pozostałych Polaków.

Prowincjusze z nikąd na Zachodzie się nie wzięli. W Polsce przypuszczalnie reprezentują podobny typ zachowania, gdyż prowincjusz prowincjuszem już zostanie. Wracam do Polski, bo tam jestem szczęśliwa w swojej niezależności. A jednak zdaję sobie sprawę, iż w tym, „przejściowym kraju” istnieje nagromadzenie zniewolonych „klanów Joli”, które głośno krzyczą: „Jesteśmy Polakami; mamy tradycje, zabytki, wielkich ludzi!”. Tyle, że wołanie to rozchodzi się, gdy nikt nie słucha. W razie niebezpieczeństwa głosy milkną, każdy chowa głowę w piasek oraz udaje, że w danej chwili jest bardzo zajęty i zrzuca odpowiedzialność na resztę społeczeństwa, czyli na nikogo. Gdy nastaje spokój, znowu podnoszą się głosy: „ My im pokażemy! Polak potrafi!!!” oraz pięści groźnie wzniesione w górę; słomiany zapał radości lub słanianie się i zawodzenie, bo coś należało zrobić inaczej. Bo w ogóle należało coś zrobić. „Mądry Polak po szkodzie”? Niekoniecznie. Niektórzy nigdy się nie uczą. Może głupi zarówno przed szkodą, jak i po niej. Cóż wtedy zostaje? Większość na nieszczęście twierdzi, że tylko siąść i płakać, poczekać aż samo się jakoś rozwiąże, ewentualnie wygłosić kilka nieśmiertelnych mądrości. Przecież stać nas na mądrości, bo jesteśmy narodem doświadczonym przez wojny, najazdy, rozbiory…; bo mamy Mickiewicza, który uczył nas cierpieć; bo jesteśmy gorliwymi katolikami uczęszczającymi na niedzielne msze i wszystkie publiczne procesje! Jednak z Mickiewicza najczęściej powtarzamy: „Co to będzie/ Co to będzie?”. To takie pasywne!

Nie piszę o wszystkich, nawet nie o większości, ale o tych, którzy usiłują być widoczni, gdyż czują się najbardziej zniewoleni w swoim prowincjonalizmie. Większość biernie się poddaje, działa zaś niewielu. Nie dlatego, że mieli pieniądze, pozycję, szczęście…, lecz dlatego, iż sami tak postanowili. Odważnie wzlecieli jak malowane ptaki między swoich szarych pobratyńców, ryzykując przy tym rozdziobanie ze względu na odmienność. Wielu tak zapewne skończyło, wielu na powrót zmieniło barwy na szare, a jednak wiem, iż są tacy, którzy dzielnie stawiają czoła problemom. Jako wolni ludzie codziennie podejmują małe i wielkie decyzje nie bojąc się wypowiadania opinii przeciwstawnych do poglądów większości, czy przyznania do błędów. Czy myślą przy tym, że są Polakami? Nie wiem. Ja czasami myślę. Częściej jednak zastanawiam się, czy jestem wolna. Polskość nigdy nie była mi kompleksem ani jakimś szczególnym wyróżnieniem. Tak po prostu wyszło i tego nie żałuję, choć – przyznaję – bywa, iż wstyd mi, że siłą wpychamy się tam, gdzie nikt nas nie potrzebuje, że usiłujemy pokazać się lepszymi niż w rzeczywistości jesteśmy, że nie wykorzystujemy szans, a jedynie koncentrujemy się na kwiecistych mowach w stylu „co by było gdyby…”. Bywamy nijacy i z tego trzeba się leczyć. Jak? Odpowiedź dał Witold Gombrowicz – skierował ją do każdego indywidualnie: „Działaj. Działanie cię określi i ustali. Z działania swego się dowiesz [kim jesteś]. Ale działać musisz jako „ja”, jako jednostka, bo tylko własnych potrzeb, skłonności, namiętności, konieczności możesz być pewny. Tylko takie działanie jest (…) prawdziwym wydobywaniem siebie z chaosu, autostwarzaniem. Reszta – czyż to nie recytowanie, wypełnianie schematów, tandeta, kicz?”[6]

Aby działać potrzeba odwagi. Jeśli będziemy odważni, wolni od prowincjonalizmu, niepotrzebne będą nam nazwiska Wielkich na pocieszenie. Każdy z nas może być wielki na swoją miarę. Pytam więc słowami Mrożka:

„AA – A nigdy nie myślałeś o wolności?

XX – To znaczy co.

AA – No, żeby być wolnym.

XX – To znaczy jak.

AA – No, na przykład, żeby mówić to, co myślisz.”[7]

360px-Great_Chorąży_of_the_Polish_Crown

 

http://www.wiersze.annet.pl/w,,972

[1] D. de Roux; Rozmowy z Gombrowiczem; Instytut Literacki; Paryż 1969; s.25-26.

[2] W. Gombrowicz; Trans – Atlantyk; [cyt.za:] S. Chwin; Gombrowicz i Forma polska [w:] W. Gombrowicz; op.cit.; Kraków; s.135.

[3] S. Mrożek; Emigranci [w:] Utwory sceniczne nowe; Kraków 1975; s.124.

[4] L. Nowak; Gombrowicz. Człowiek wobec ludzi; Warszawa 2000; s. 182.

[5] A. Falkiewicz, Takim ściegiem [w:] „Dialog” 1991; Wrocław; s.43.

[6] W. Gombrowicz; Dziennik 1957-1961 [w:] Dzieła; Kraków 1986-1992;s.162.

[7] S. Mrożek; op. cit.

Zdjęcia pochodzą ze stron: http://sokolka.pl/2012/05/02/kotyliony-na-rocznice/ oraz wikipedii

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 80,338 VISIT

Archiwum

MAPS

%d blogerów lubi to: