Google+

SIANO

2

23 lipca 2014 - autor: SABATOWKA

sianokiszonka

Siano! Jest! A w zasadzie sianokiszonka. Prawie 400 bali elegancko opakowanych, poukładanych, pachnących jabłkami stoi i czeka na zimę. W tym roku mieliśmy szczęście jeżeli chodzi o pogodę. Nie zawsze jednak tak było…

siano dzieci

Kiedy staliśmy się dumnymi posiadaczami Sabatówki, akurat w porze sianokosów jedynym posiadanym przez nas sprzętem mechanicznym były dwie pary wideł i jedne grabie.

Do tej pory moje skojarzenia ze słowem „siano” to przymiotniki „miękkie” , „wonne”, etc. i dotyczyły noclegu w opuszczonej stodole podczas pewnego rajdu. Należy dodać, że świetna impreza poprzedzająca nocleg znacznie zawyżyła opinię o walorach siana jako posłania.

NzM nie chcąc burzyć mojego entuzjazmu, delikatnie próbował napomykać o zawartości białka, terminach koszenia, wartościach odżywczych… Opinie obserwujących nas sąsiadów wahały się pomiędzy: „Może wam się uda…” a: „Napijcie się zimnej wody, to wam przejdzie”.

Nic nie mogło zgasić mojego entuzjazmu! Marzyłam o cichym, spokojnym życiu na wsi i hodowaniu koni. Teraz wiem, że już u podstaw moich pragnień leżała sprzeczność. Prawda jest taka, że ALBO masz spokojne życie, ALBO hodujesz konie. Co więcej, do tego drugiego wariantu należy dodać notoryczny brak pieniędzy. Nie istniała jednak najmniejsza szansa abym wzięła tę drugą opcję pod uwagę.

Stać więc nas było jedynie na wynajęcie kosiarki. Resztę prac wykonywaliśmy metodą „na pradziadka”, przy użyciu rzeczonej pary grabi, wideł i … przyjaciół.

Zapełniliśmy całą stodołę. Nie pamiętam, czy siano było wonne i miękkie. Raczej ciężkie, kłujące i w ogromnej ilości. Ale było!

Sianko

Z biegiem czasu nasz park maszynowy wzbogacił się o pożyczony ciągnik, przyczepę i kosiarkę rotacyjną. To, plus wynajęcie prasy, pozwoliło nam na zebranie siana w kostkach. Prostokątne kostki siana mają wiele zalet: zbiór jest szybszy, bardziej ekonomiczny, o wiele łatwiej tak sprasowane siano układać w stodole, ciężar jest do zniesienia. Jednak tak sprasowane nie może zmoknąć, w związku z tym, w okrasie sianokosów na wsi trwało gorączkowe pożyczanie przyczep i nerwowe oglądanie prognoz pogody na zmianę z zerkaniem na niebo.

Któregoś wieczora, kiedy na polu zostało sporo sprasowanych sześcianów, na wygwieżdżone niebo zaczęły niepokojąco napływać chmury. NzM zapalił ciągnik, zapiął dwie przyczepy i oświadczył: „Masz prawo jazdy, siadaj i jedź! Ja będę ładował.”

Pewnie, że mam prawo jazdy i potrafię prowadzić ciągnik. Ale to był stary typ, fotel kierowcy nie był regulowany i żeby dosięgnąć sprzęgła musiałam stawać na palcach. O wspomaganiu kierownicy nie wspomnę.

Znajome pagórki na łąkach w zimnym świetle Księżyca i nie najlepszych światłach traktora jawiły się jako strome zbocza i przepaście. Nie było co się skarżyć, bo NzM jednocześnie pracował jako ładujący i układający kostki.

O sile Jego determinacji może świadczyć fakt, że kiedyś, przed załamaniem pogody, nie mając innego wyjścia, wyjął siedzenie z naszego „Malucha”, trzy kostki siana włożył do środka, dwie na bagażnik, a jedną zapiął na linie do haka.

I tak, oczom postronnych gapiów, ukazała się góra siana, która pomału, lecz posłusznie sunęła po naszych łąkach w kierunku stodoły. Niektórzy nigdy nie doszli do siebie, zaś jeden ślubował nie brać alkoholu do ust.

W następnym sezonie, kiedy tylko nad polami zaczął unosić się monotonny stukot prasy, do gospodarstwa zajechała kawalkada najrozmaitszych jednośladów kierowanych przez różnego wzrostu i wieku nastolatków. Ich bardzo zróżnicowane motory i motorynki niewątpliwie były dziełem rąk własnych i przedmiotem ogromnej dumy właścicieli, a zarazem konstruktorów. Były tam małe motory na dużych kołach i duże na malutkich z bardzo nowatorskimi rozwiązaniami technicznymi. Łączyło je jedno – wszystkie potrzebowały paliwa. I właśnie to przywiodło chłopców do nas. Oni potrzebowali pieniędzy na paliwo (choć, jak się później dowiedziałam, niektórzy również wspomagali domowy budżet), my natomiast potrzebowaliśmy pracowników.

Kuśmix

Pełniący funkcję lidera wyprostował się i z obojętną miną zagadnął Henia: „Ile pan daje za dniówkę?” W odpowiedzi NzM przybrał wyraz twarzy pt. „Nie ze mną te numery” i równie obojętnie odrzekł: „Za przyczepę”. W końcu padło: „Zgoda”. I w ten właśnie sposób nawiązała się nasza wieloletnia współpraca z chłopcami z okolicznych wsi. Mimo że pracowałam razem z nimi, nigdy nie poznałam ich imion, jako że zwracali się do siebie pseudonimami. Jeśli na przykład paru z nich nosiło nazwisko Kogut, to uprzejmą formą wrzaśnięcia było Kurak lub Brojler.

Właściwie kłócili się cały czas. O to kto lepiej pracuje, czyj motor jest lepszy, o wynik wczorajszego meczu rozegranego na wiejskim pastwisku.  Kiedy wydawało się, że już, już skoczą sobie do gardeł, NzM zwiększał prędkość ciągnika i dyskusja rozmywała się w szybszym machaniu widłami. Później przekonałam się, że to był ich zwykły sposób komunikowania się.

Co do tych meczy, to stoją mi kością w gardle. Jak bowiem czuje się człowiek, który po całym dniu ciężkiej fizycznej pracy, mający ochotę tylko położyć się i umrzeć, słyszy: „No to chłopaki, spotykamy się za dwadzieścia minut na boisku!”? Powiem Wam – kiepsko. Mściłam się oświadczając, że przyczepy, na których ja pracowałam, były założone najwyżej i najprecyzyjniej, i żadna kostka nigdy z nich nie spadła. I to była prawda, a ja nie pozwoliłam nikomu o tym zapomnieć.

Praca była naprawdę ciężka, ale widok ze sterty rozgrzanego, kłującego siana chyboczącego się na ruchomej przyczepie wart był wszystkich pieniędzy.

prasa

ładowacz

Tak było dopóki nie zakupiliśmy prasy zwijającej i nie przerzuciliśmy się na produkcję sianokiszonki. Ten system uniezależnił nas trochę od pogody. Nie bez znaczenia jest też wartość odżywcza, o którą tak zabiegał NzM. I możliwość składowania pod otwartym niebem. Nie można więc narzekać, że w porze sianokosów zupełnie nie czuję zapachu siana, tylko stoję w oparach spalin przy owijarce.

bale

(Gośka)

Proszę, jak te same zjawiska, tak różnie wpisują się w pamięć.

Truć

Oczywiście, pamiętam pierwsze sianokosy i ten nieszczęsny sprzęt. Może nie zdawałam sobie sprawy z jego marnej ilości, ale doskonale przypomina mi się para wideł i nauka przewracania długich rzędów siana równo skoszonych na naszych łąkach. Boże, jakie one były długie! I ta rywalizacja żeby dogonić Heńka, który kończył już drugi rząd, mamę, która była u końcówki pierwszego, a ja zaledwie w pierwszej ćwiartce! Czego jednak wymagać od dziesięciolatki!

Pamiętam też zbiory kostek pożyczonym ciągnikiem. Nie wiem, czy to Ursus, czy Zetor, ale był żółty, bez kabiny, więc z bąkami, nie miał hamulców, na gazie leżała specjalnie wyważona cegła żeby traktor poruszał się z monotonną, żółwią prędkością, a ja zostałam posadzona za kierownicą i pilnowałam aby tor jazdy był prosty. Ależ czułam się odpowiedziana!

Mama układała kostki, które Heniek i złapani na lep pt. „Wakacje na farmie” wujkowie oraz ciocie, znosili je z pobliże przejeżdżającej właśnie przyczepy. Potem było wejście na duszny, niski strych stajni i rzucanie siana z rąk do rąk. Fart miał ten, kto łapał przy drzwiach, choć musiał pilnować, żeby kostka nie spadła na podającego Heńka. Pierwszy raz doświadczyłam wtedy świadomości ściekającego po twarzy i plecach potu, ale podobało mi się, bo sianokosy traktowałam jak zabawę, a nie jak pracę.

I jeszcze była taka noc, kiedy mama pojechała do miasta, żeby rano dziarsko ruszyć do gabinetu, a my zostaliśmy zebrać resztkę siana. Wszyscy porozjeżdżali się do domów, a Heniek i ja wyszykowaliśmy stare, sprężynowe łóżka w stajennych kanciapach. Podrapane nogi moczyłam wtedy w strumieniu, który był jak rzeka zimnego, ciekłego lodu. Zapytałam, o której wstajemy żeby zebrać siano do końca i usłyszałam, że dopiero koło dziesiątej, chyba że nie będzie rosy, bo to zapowiada deszcz.

Rześkim rankiem wstałam, wyszłam przed stajnię, pomacałam trawę i krzycząc wbiegłam do pokoju, gdzie jeszcze spał zmęczony gospodarz: „Nie ma rosy! Wstawaj, nie ma rosy!!!” I wyjechaliśmy na pole. Ja oczywiście za kierownicą, Heniek biegał, składał kostki, ładował, układał, a potem wiózł całość do stajni. Kilka lat później usłyszałam jak mówił: „Wbiegła i krzyczała, że nie ma rosy, a ja chciałem tylko żeby niech to całe siano szlag trafił.” No tak, dziecko się stara i tu taki brak wdzięczności! Do dziś mi to wypominają.

Gdy już podrosłam i wybierałam się na studia, zamieszkiwałam w Bełwinie starą przyczepę kempingową. Do zbierania siana przybyła wtedy kolejna ekipa „motorynkarzy”. Ponieważ nie zostałam zatrudniona i w ogóle nie byłam zainteresowana sianokosami, nie wyjeżdżałam na łąki. Siedziałam w progu mojego M1 z książką w ręku i spod oka śledziłam życie na farmie. Jeden z odważnych wraz z sianem przywiózł całą gałąź zdziczałej czereśni i przyniósł ją nonszalancko do przyczepy. Zapytana, co czytam, odparłam, że Średniowiecze Michałowskiej. Usłyszałam tylko „Aha” i zobaczyłam owoce położone w zasadzie u mych stóp. Nie dość, że na taki bezczelny podryw zalała mnie fala furii, to jeszcze usłyszałam od mamy, że jestem niewdzięcznicą, bo chłopcy się tak starają, ciężko pracują, owoce mi znoszą, etc., etc., natomiast Heniek zaproponował mi pomoc przy sianokosach w postaci robienia kanapek dla pracowników. Kiedy zabrakło chleba, musiałam wsiąść w auto, pojechać po następny i znowu robić kanapki. Dużo kanapek. To były już sianokosy spod znaku „Mam focha”, a nie „Dobrze się bawię”.

skok

Teraz brakuje – może nie owoców, bo Małż Idealny położy je u „moich stóp” (mam nadzieję) – lecz monotonnego stukotu prasy kostkowej rozlegającego się na wszystkich okolicznych polach, dusznego zapachu siana w upalne dni, śmiechu chłopców, ryku i pyrkania ich pojazdów, czy cokolwiek to było. Za to, gdy wyjeżdżam na plac konno, czuć zapach jabłek wydobywający się z owiniętych bali. Tylko siły brak, aby taki kokon samodzielnie złapać, przerzucić z rąk do rąk i ułożyć we właściwym miejscu na stercie.

(Iwona)

stodoła

A na koniec krótkie dopowiedzenie „na wszelki wypadek”: zdjęcia dzieciaków są stylizacją – w porze sianokosów nikt nie myślał o zabieraniu aparatów, nie jest to więc wyzysk dzieci (przynajmniej nie w takim znaczeniu).

Reklamy

2 thoughts on “SIANO

  1. Thanks for finally talking about >SIANO | SABATÓWKA <Liked it!

  2. Woah! I’m really enjoying the template/theme of this site.
    It’s simple, yet effective. A lot of times it’s challenging to get
    that „perfect balance” between user friendliness and appearance.
    I must say that you’ve done a great job with this. In addition, the blog loads extremely quick for me on Opera.
    Exceptional Blog!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 82,335 VISIT

Archiwum

%d blogerów lubi to: