Google+

KAZDY MA SWOJE MIEJSCE…

7

9 stycznia 2014 - autor: MIŚKA

450x75-tekstROKU

z1_1600x1067

Czasami trafia się na książki, które na długo pozostają w pamięci, do których wraca się z sentymentem i swego rodzaju niepokojem, czy aby na pewno uda się w nich odnaleźć to, co nas poprzednio zachwyciło. I wraca się, szuka, odnajduje wątki, które niegdyś powodowały ścisk w sercu oraz przyczyniały się do podejmowania przeróżnych życiowych decyzji. A może jedynie budziły do życia marzenia, bez których przecież tak trudno wytrzymać.

Mnie zawsze fascynowały opowieści ludzi wybierających się w podróż, w nieznane, odnajdujących swoje miejsce pośród dziczy, buszu, w innej kulturze. Wiem, lubimy czasem egzotykę, ale zwykle jest ona w wydaniu „europejskim” – dostosowana do naszych potrzeb, a do tego zaczyna się w pewnym miejscu i czasie, a następnie kończy. Mamy więc świadomość, że choćby nie wiem co i tak wrócimy. Są jednak tacy, którzy – przymuszeni do wyjazdu jak Karen Blixen, albo wyjeżdżający, nazwijmy to, w interesach jak Wacław Rzewuski – nagle odnajdują się w domu. Wiele książek obfituje w podobnych bohaterów. Mnie urzekli ci autentyczni.

foto. Dinesen Isak - El Pais

foto. Dinesen Isak – El Pais

Właśnie pierwszą zapamiętaną osobą była Blixen. Widziałam jak mama notorycznie czyta Pożegnanie z Afryką, aż w końcu sama po nie sięgnęłam. Od razu narodziła się myśl, że Afrykę muszę zobaczyć. I kiedyś tam pojadę. Na chwilę. Na jakieś safari fotograficzne lub z niewielką grupą ludzi, żeby nie było bardzo komercyjnie. Niesamowite musi być „wchodzenie” w Conradowskie „jądro ciemności”, poznawanie całkiem innego świata, przyglądanie się mu, smakowanie. Aż zazdroszczę Halikowi, Conradowi, Pałkiewiczowi,…, że udało im się wsiąknąć w coś autentycznego, nie kreowanego pod turystów.

Podobnie rzecz się ma ze wszystkimi tymi, którzy osiedli we Włoszech. Zdaję sobie sprawę z panującej na rynku czytelniczym „toskanomanii”, ale przecież dla każdego z tych autorów przeprowadzka do słonecznej Italii była swoistym przewrotem. I cóż, że te historie są podobne? Przecież czytelników włoskich przygód zachwycają właśnie przytaczane przez wszystkich autorów wątki: papierowy bałagan, trudności w załatwianiu czegokolwiek, uciekanie się do podstępów, bariery kulturowe, a jednocześnie gościnni, życzliwi, pełni słońca, przywiązani do kultury i przesądów mieszkańcy, którzy bacznie się przypatrują wszelkim poczynaniom „obcych”, są przewodnikami po biurokratycznym piekle, przyjmują do siebie, potrafią też wszczynać i pielęgnować kłótnie. Czas we wszystkich tych książkach biegnie inaczej, biegnie przede wszystkim wśród ludzi i nagle okazuje się, iż nasi autorzy wsiąkają we włoską atmosferę i nie chcą powracać do dawnego życia. Zaczynają od nowa budować swoje gniazdko, a domowe pielesze pozostawione w innym kraju czy na innym kontynencie stają się dziwnie obce. I każdy z nich ma na ten temat coś do powiedzenia nawet, jeśli mówią tym samym głosem.

„Oto kolejna opowieść z Toskanią w roli głównej. Nie da się zaprzeczyć, że wiele ją łączy z innymi włoskimi historiami, rozgrywa się wszak w podobnych dekoracjach. Nie mówcie mi jednak, proszę, że zapatrzyłam się na widoczne z naszych tarasów Bramasole Frances Mayes czy też na winnice Ferenca Mate. Nie, ta historia jest inna, nasza własna.” (cyt. za zgodą autorki: M. Pilot; W stronę Toskanii. Mój młyn pod Cortoną; Łódź 2011; s. 7.)

DSCN0025

W zasadzie książka, o której chciałam dziś napisać to Czartoria. Kraina Kuhailana autorstwa Krzysztofa Czarnoty. Po cóż więc ten cały wstęp? Czarnota nie wyjechał z kraju, a jedynie z województwa. Zostawił miejskie, pełne zgiełku i zabiegania życie, i wyniósł się na wschodnie obrzeża Polski.

„Gdzieś na ścianie wschodniej, albo jak mawiano dawniej na Kresach, zagubiona między dziewiczymi pagórkami i stepami, schowana między tajemniczymi jarami i głębokimi derbami, ukryta przed cywilizacją w bukowych i grabowych borach, zapomniana przez Boga i ludzi, rozciąga się CZARTORIA. KRAINA KUHAILANA.

Miejsce to naprawdę istnieje, choć właściwie jest jak z bajki. Czas płynie tu niby zwyczajnie jak wszędzie, ale z drugiej strony, zegar bije inaczej, jakby wolniej, pełniej, bardziej świadomie. […] Docierają tu odgłosy cywilizacji z całą jej paranoją i sztucznością. Wdziera się czasami wszechobecna medialna papka, osacza niedająca się tak łatwo spławić komercja i puka do drzwi nowoczesność. Jednak tak do końca nie dałbym głowy, czy panuje tu wiek XXI, czy XVII…?”[i]

Z tym wiekiem XVII to w zasadzie prawda, bo autor zaczyna zadawać się z Towarzystwem Pułkowników trwających w tradycjach Polski okresu Potopu, mówiących językiem Sienkiewicza, mknących konno po wszelkich ścieżkach i bezdrożach, rozmawiających z Diabłem Czartoryjskim, broniących trunków przed strzygami, etc. Nic więc dziwnego, że czas ulega jakby zakrzywieniu, spotyka się z rzeczywistością, a jednak jest inny. Taki polski realizm magiczny. Pan Czarnota – przyszły Pułkownik – opisuje przygody, jakich zaznał w nowym miejscu, ludzi (albo istoty magiczne) z jakimi się spotyka, tradycje i obyczaje szlacheckie kultywowane przez Panów Pułkowników, a przede wszystkim swoją zażyłą relację z ogierem Mąciwodą – Kuhailanem o bystrym i mądrym spojrzeniu, który nigdy nie zawodzi swego właściciela. Najpierw zachwyciły mnie właśnie te wspólne wędrówki araba i jeźdźca, dzikie galopy i forsowne rajdy, przemierzanie szlaków dawno zapomnianych lub wcale nieuczęszczanych. Jak ja chciałam tak jeździć!!!

Potem moją uwagę zwrócił dobór towarzystwa, które ma w takim samym stopniu „nierówno pod sufitem” – i nie piszę tego w negatywnym kontekście. Dopiero teraz doceniam, jak ważne jest posiadanie przyjaciół i towarzyszy wzajemnie się „wyczuwających”, którzy potrafią wygłupiać się w podobny sposób, drwią wspólnie z przeciwności, razem się śmieją, płaczą, pocieszają i … piją. Tak, dobre towarzystwo przy miodzie lub innym procentowym trunku jest niezmiernie ważne, zwłaszcza, gdy wstydliwe sytuacje, o których wszyscy wiedzą, nigdy nie wychodzą poza krąg znajomych, nie trzeba się nawet tym zbytnio frasować.

DSCN0011

Podczas ostatniej lektury doceniłam znaczenie miejsca i sposobu życia w nim. Czarnota, jak wielu przed nim, jak w zasadzie każdy z nas, tęskni z czymś swoim, czymś z pogranicza realizmu i magii, czymś, w co da się wtopić całym sobą. Odnajduje to na dawnych Kresach. Niby kultura ta sama, a jednak jest inaczej; niby rutyna dnia – bo przecież codziennie trzeba oporządzić konie, posprzątać w stajni, itp. – ale nie ma dzikiego pędu do sukcesu; ma dwadzieścia cztery godziny na dobę jak w każdym innym miejscu, jednak czas ten nie umyka, a jest przeżywany świadomie. Chyba właśnie o to chodzi: znaleźć miejsce, ludzi, świat, w którym życie będzie się przeżywać. Takie miejsce, gdzie wszystko będzie intensywne, a nie nijakie, gdzie nie da się uniknąć trosk i nieszczęść, a jednak ma się świadomość, iż przyjaciele pomogą nam przez nie przejść, gdzie radość jest autentyczna i pomimo zmęczenia i tak chce się rano uśmiechać do siebie. To miejsce oderwania. Dom.

Kiedyś taki dom na Czarnym Lądzie odnalazła Karen Blixen. Nie ona jedna.

Wacław Seweryn Rzewuski, obraz pędzla Aleksandra Orłowskiego

Wacław Seweryn Rzewuski, obraz pędzla Aleksandra Orłowskiego

Wacław Rzewuski tak zżył się z Beduinami, że przyjęto go do trzynastu plemion arabskich, gdzie otrzymał tytuł emira i imiona: Tadż al-Fahr („Korona sławy”), Abd al-Niszan („Sługa znaku”). Po zakończeniu podróży po Bliskim Wschodzie wrócił w rodzinne strony, osiadł na Podolu w Sawraniu, jednak zaczął żyć na sposób orientalny, założył wspaniałą stadninę koni arabskich, które wystawił do walki wraz z oddziałem swoich ludzi i dowodził nimi podczas bitwy pod Daszowem w 1831r.[ii] Jak zginął? – trudno powiedzieć. Ale sposób życia, który wybrał dawał mu poczucie wolności, choć przecież jej w kraju nie było. Bo czyż nie ma wolności w pędzie na końskim grzbiecie przez pustynie i stepy?

reprodukcja Biblioteka Narodowa, wlasnoręczne Rzewuski

reprodukcja, Biblioteka Narodowa, wlasnoręczna grafika Wacława Rzewuskiego

Tak tę wolność zobrazował Mickiewicz w Farysie:

„[…]

Już płynie w suchym morzu koń mój i rozcina

Sypkie bałwany piersiami delfina.

Coraz chyżej, coraz chyżej,

Już po wierzchu żwir zamiata;

Coraz wyżej, coraz wyżej,

Już nad kłąb kurzu wylata.

Czarny mój rumak jak burzliwa chmura,

Gwiazda na czole jego jak jutrzeńka błyska,

Na wolę wiatrów puścił strusiej grzywy pióra,

A nóg białych polotem błyskawice ciska.

Pędź, latawcze białonogi!

Góry z drogi, lasy z drogi!

[…]”[iii]

 Kossak, Rzewuski

Juliusz Kossak, Emir Rzewuski na pustyni arabskiej

Słowacki w Dumie o Wacławie Rzewuskim pokazuje owo budowanie domu takiego, jakiego się pragnie – w przypadku emira domu orientalnego, pełnego też polskich obyczajów, a przede wszystkim domu, który dodaje odwagi do bycia sobą:

„Po morzach wędrował — był kiedyś Farysem, Pod palmą spoczywał, pod ciemnym cyprysem, Z modlitwą Araba był w gmachach Khaaba, Odwiedzał Proroka grobowce.

[…]

 I miło mu było, gdy ujrzał te skały Nad ciemnym Smotryczem — gdzie orzeł żył biały I wił sobie gniazdo; nadziei był gwiazdą, Po nieba szybując błękicie.

Dla konia w ogrodzie budował altany, I żłoby pozłacał — z kryształu dał ściany. Przed cara żołdakiem mógł uciec tym ptakiem Daleko — i wolnym być zawsze.

 I ludzi żałował, że żaden nich nie miał Szybkiego tak konia; więc każdy oniemiał, I był jakby głazem pod cara rozkazem, A były rozkazy co krwawsze.

Raz, starym zwyczajem pomarłych już rodzin, Ten Emir arabski w dzień Pańskich narodzin, Na sienie, za stołem, z przyjaciół swych kołem Połamał opłatek i spożył. A potem, jak przodków święcono zwyczajem, Wniósł toast nadziei stoletnim tokajem: „Żyj, Polsko, wiek sławy!” Wtem goniec z Warszawy Przyleciał — zawołał: „Kraj ożył!” Więc Emir w stepowe zapuszcza się szlaki, A za nim na koniach buńczuczne Kozaki, W czerwieni i w bieli, po stepach płynęli, Po smutnych kurhanach przeszłości. I cały ten szereg, błyszczący od stali, Zrównanym galopem jak morze się fali; Gdzie słychać dział huki, tam lecą buńczuki Jak gwiazdy z ogniem jasności. Emira Kozaki gdy błądzą przez wrzosy, Umieją pieśń dziką rozłamać na głosy. Pieśń z echem odsyła stepowa mogiła, Pieśń grzmiąca: „Ho urra! nasz Emir!”

[…]”[iv]

Wacław Rzewuski wiki

Wacław Rzewuski

Tak. Postać emira Tadż al-Fahra zawsze będzie dla mnie emanować wolnością i próbą życia w sposób dający szczęście oraz poczucie spełnienia. Na Wschodzie Rzewuski odnalazł siebie i próbował w rodzinnym Sawraniu żyć podobnie. Czy się udało? – nie wiem. W końcu zginą podczas powstania, a okoliczności jego śmierci są niejasne. Ale pomijam tu wszelki aspekt polityczny kraju, choć oczywiście romantycy chcieli pokazać właśnie patriotyzm i walkę o ojczyznę. W związku z zaborami i nadciągającymi prądami filozoficznymi na pewno mieli bardzo skonkretyzowane pojęcie wolności i domu, do którego przenosili choćby swoją utęsknioną duszę.[v] Niemniej Mickiewicz i Słowacki uchwycili Rzewuskiego także jako wolnego jeźdźca mknącego na swoim ukochanym arabie. Pokazali człowieka mającego i realizującego ideę, człowieka, który wie, jak ma wyglądać jego dom. I można by tak szperać w każdej epoce, a przykłady mnożyć i potęgować. Widać ciągnie nas do poszukiwania własnego miejsca. Mnie ciągnie.

Roczny pobyt w Stubnie tak zapadł mi w pamięć, że przez wiele lat tęskniłam właśnie do tamtego miejsca. Ale – jak pisałam już we wcześniejszym poście – takiego Stubna już nie ma. Znajome dzieciaki wyrosły i rezydują pod Warszawą lecząc zwierzaki, paczka Gośki i Heńka też jest gdzieś w Polsce. Odzywamy się, spotykamy. Ale idea Stubna odeszła wraz z nami, którzy wyprowadziliśmy się w latach osiemdziesiątych poprzedniego stulecia, tysiąclecia,…

DSCN0008

W DRODZE NA NADGRODZENIE

sz3_1600x1067

Jeżdżę po polach, sadach, szlakiem Vita, sprzątam stajnię, oporządzam konie, włóczę się po okolicy sama, z rodziną, znajomymi i czuję się wolna. Jest mi dobrze. Choć media skwapliwie i nierzetelnie podają informacje o zmianach politycznych, prawnych, ekonomicznych, o kolejnych przestępstwach i kataklizmach, itd., choć rosnące ceny sieją spustoszenie w portfelu, choć dzieci trzeba jakoś przystosować do współczesnego świata, ja jestem w domu. Bez zgiełku, bez wyścigu szczurów, nawet bez zasięgu sieci komórkowych – w Sabatówce jestem wolna.

skanowanie0008_1600x1039

[i] K. Czarnota; Czartoria. Kraina Kuhailana.; Poznań 2004; s. 9.

[ii] Zob. http://pl.wikipedia.org/wiki/Wac%C5%82aw_Seweryn_Rzewuski
[iii] A. Mickiewicz; Farys (fragm.), cytat ze strony: http://literat.ug.edu.pl/amwiersz/0053.htm
[iv] J. Słowacki; Duma o Wacławie Rzewuskim (fragm.); cytat ze strony: http://pl.wikisource.org/wiki/Duma_o_Wac%C5%82awie_Rzewuskim

[v] Zob. A. Mickiewicz; Inwokacja [w:] Pan Tadeusz.

Reklamy

7 thoughts on “KAZDY MA SWOJE MIEJSCE…

  1. maszynagocha pisze:

    U mnie też komórka nie ma zasięgu. Do naszego lasu wyjechaliśmy lata temu, zostawiając Warszawę za sobą. Zostawiając naszą historię życia, rodzinę, znajomych, bo zachwyciły nas te lasy, te wąwozy i pagórki. A teraz jakoś trudno by było wrócić. Do tego pośpiechu, hałasu, przepychanki. Tu z naszymi zwierzakami jakoś czas płynie spokojniej, nikt się nie wtrąca. Jesteśmy częścią tego lasu i jakoś tak bardziej wolni, mimo obowiązków wobec zwierzaków. Próbowałam namówić moje dzieci, żeby zamieszkały w Warszawie, w naszym mieszkaniu. Uważają, że tam nie mogliby żyć na stałe. I cóż? Od dziecka są tam zameldowani, mają tam rodzinę, ale nie chcą tam mieszkać. Można powiedzieć, że znaleźliśmy swój dom, bardzo daleko od rodzinnego, choć nie za granicą. Też lubiłam czytać opowieści o ludzkich losach, o ich podróżach. Nie sądziłam jednak kiedyś, że sama ruszę w taką podróż bez powrotu. Tu jest jakiś, taki świat alternatywny, z dala od głównego nurtu. Z dala od polityki, marszów, mody, szybkich spraw. Nasz świat. To jest fajne, nie jestem tylko pewna, czy nie zrobiliśmy krzywdy naszym dzieciom. Nauczyły się bowiem całkiem czego innego niż mogliby w dużym mieście. Czy będą umieli żyć wszędzie?

    • SABATOWKA pisze:

      Myślę, że wszystkiego można się nauczyć. Warto też znać alternatywę i wiedzieć, iż istnieje wybór. Za mnie ktoś wybrał, potem zamieszkałam w jednym mieście i w drugim. Nadal w mieście mieszkam, choć to nie metropolia. Ale Sabatówka stała się miejscem ucieczki. Wcale nie żałuję, że ktoś kiedyś zadecydował, aby tam żyć.

  2. signe pisze:

    myślę o tym ostatnio, że czasem trzeba się trochę naszukać, żeby zaleźć swoje miejsce, teraz u Ciebie czytam, jak je rozpoznać: tam się nie żałuje, że tak się wybrało,
    ja czytałam tylko Karen Blixen, z tego co opisujesz, ale kochała swoje afrykańskie miejsce,
    dlaczego trzeba szukać tak daleko? bo jednak naprawde blisko tego nie znajduję,
    aha, Isaak Dinesen to pseudonim Karen Blixen, ona tak podpisywała do pewnego czasu swoje opowiadania 🙂
    i bardzo dziękuję za lajki mego pisania o Widunie na Uroczysku (to też miejsce, w którym chce się żyć, chociaz tylko blogowe…)

    • SABATOWKA pisze:

      Cóż, Sabatówka jest oddalona od mojego domu o całe 12 km, więc to chyba nie tak strasznie daleko. Ale faktycznie, czasami człowiek wybiera się na koniec świata. Tak czy inaczej, trzeba mieć odwagę, aby coś zmienić, a o to czasemi trudno. Wbrew pozorom dzieciom zmiany i poszukiwania przychodzą łatwiej. Aż im zazdroszczę. A za Widuna nie ma co dziękować – po prostu podoba mi się jego oniryczny charakter.

  3. goldenbrown pisze:

    „..ma dwadzieścia cztery godziny na dobę jak w każdym innym miejscu, jednak czas ten nie umyka, a jest przeżywany świadomie. Chyba właśnie o to chodzi: znaleźć miejsce, ludzi, świat, w którym życie będzie się przeżywać. ”
    To sedno i absolutna podstawa, by nie zmarnować sobie życia. Przeżywać je świadomie.
    Dziękuję za te napisane myśli, wiele mi dały.
    🙂

    • SABATOWKA pisze:

      To my dziękujemy za komentarz. Lubię pisać, nie spodziewałam się jednak, że mój tekst może być dla kogoś wartością i powodem do przemyśleń. To wzrusza i daje prawdziwą radość. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 84,623 VISIT

MOST POPULAR

Archiwum

%d blogerów lubi to: