Google+

KROTKA RZECZ O EKOLOGII

4

19 grudnia 2013 - autor: MIŚKA

2013-11-30 12.28.43

To jeden z tych wpisów, które powstają z niejakim ociąganiem. Niby temat jest i wiem, co chcę powiedzieć, a jednak pewne bliżej nieokreślone okoliczności powodują, że termin opublikowania oddala się i oddala, … Temat jednak męczy okrutnie i tłucze się po głowie, więc wyrzucić go z siebie trzeba. I tak to w mękach powstał tekst całkowicie subiektywny, być może niezgodny z rzeczywistością, naiwny, pozbawiony eksperta, ale mój – o ekologii.

O ekologii mówi się dużo. Dla jednych bycie „eko” to moda, dla drugich styl życia, jeszcze dla innych potrzeba, a wręcz konieczność.

Nie ukrywam, że lubię oddychać świeżym powietrzem, za słuszne uważam segregowanie śmieci (choć może nie na zasadach, jakie zaoferował nam ustawodawca), a w kwestii  żywności to już nie tyle wybór, co konieczność. Każdy jakieś problemy zdrowotne ma – ja posiadam zbuntowany żołądek, córka uczulenie na coś konserwującego lub barwiącego (jeszcze nie wiem, na co), syn i Idealny Małż mają swoje smaki… Z tego powodu łapię się za głowę i poszukuję jedzenia, które będzie spełniać kryteria: ma być smaczne, nie może „odpłynąć” po dwóch dniach jak niektóre szynki, nie może zawierać zbyt dużej ilości konserwantów i barwników. Istnieje jeszcze jedno kryterium – cena. Nie tyle produkt ma być tani, co nie chcę, by włożone w jego kupno pieniądze wylądowały w koszu na odpadki.

2013-11-30 12.19.04

Ale dlaczego piszę o jedzeniu? Na przełomie listopada i grudnia pojechaliśmy rodzinnie na targi ekologiczne do Kielc. W poprzednich latach takie targi dla gospodarstw ekologicznych były organizowane m.in. w Rzeszowie. Wtedy brał w nich udział Bioekspert zrzeszający część gospodarstw ekologicznych. Nie uczestniczyłam w targach, więc jedynie ze słyszenia wiem, że była to duża impreza, na której pojawiali się przeróżni producenci. Jednak Bioeksperta już nie ma, a nasz 118 numer przepadł na rzecz znacznie większego w innej firmie. Nieważne.

W tym roku, jadąc na targi mieliśmy bardzo sprecyzowane plany: uczestniczyć w konferencji w celu dowiedzenia się o możliwościach sprzedaży produktu, zmieniających się sposobach finansowania przez UE, w ogóle o opłacalności produkowania żywności ekologicznej i możliwościach współpracy pomiędzy przedsiębiorcami. Są to kwestie dla nas o tyle istotne, że siejąc orkisz likwidujemy część pastwisk, a choć mąka orkiszowa jest zdrowa, nie chcemy być jej jedynymi konsumentami z uwagi na niską cenę skupu lub brak skupu w ogóle. Niestety, konkrety na konferencji nie padły, a my usłyszeliśmy, że w zasadzie niewiele wiadomo na temat przyszłości. Może źle trafiliśmy, ale nie mogliśmy sobie pozwolić na dwudniowy pobyt w Kielcach.

Prócz konferencji, targom towarzyszyła sprzedaż produktów ekologicznych. Producenci wystawiali przepyszne soki, nalewki, wędliny, sery (ser marynowany jest mniam, mniam), kosmetyki, etc. Można było próbować, kupować, umawiać się na sprzedaż wysyłkową… Naprawdę oferowane towary prezentowały się oraz smakowały wyśmienicie i czoła chylę przed ludźmi, którzy potrafią takie pyszności stworzyć.

2013-11-30 12.48.54

2013-11-30 12.48.00 2013-11-30 12.47.44 2013-11-30 12.47.16 2013-11-30 12.29.21

Patrząc na całe to ekologiczne zamieszanie, na wszelkie dobra,  przyszła mi do głowy jedna refleksja: jeśli ktoś coś produkuje, to niestety sam zaczyna i kończy ten proces. Ktoś ma jabłka i zamiast je sprzedać jako ekologiczne, sam wyciska i pakuje sok z nich pozyskany; ktoś ma krowy i mleczarnię i sam wytwarza sery, itd. Jakby niemożność sprzedania półproduktu wymuszała samodzielne zrobienie czegoś z naszym towarem. Produkcja wymusza dalszą produkcję, do momentu uzyskania towaru skończonego. Czy więc siejąc orkisz będziemy zmuszeni sami go mielić, pakować, a nawet wykorzystywać do wypieku? Czy mając przedwojenne sady będziemy musieli tłoczyć sok, by owoce pozostały ekologiczne lub sprzedając jabłka do skupu otrzymamy cenę godną produktu ekologicznego, czyli taką, by opłacało się nie pryskać drzew przeciw wszelkiemu złemu? A co ze wspieraniem się przedsiębiorstw czy współpracą z innymi firmami, nawet z naszym drogim państwem? Może jestem naiwna, ale wydaje mi się, iż błędna jest sytuacja, gdy w całej ekologicznej rodzinie każdy jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. To się po prostu nie opłaci, bo małe stateczki mają tendencję do tonięcia w zetknięciu z olbrzymimi okrętami.

I tu dochodzę do wspierania gospodarstw w obrębie regionu. Prawdę mówiąc, niewiele wiem o przepisach dotyczących takiej pomocy ze strony różnych instytucji czy prawa, jednak mieszkając w pięknym, rolniczym regionie Polski, jakim jest Podkarpacie, nie widzę, by jakakolwiek współpraca obejmowała małe gospodarstwa ekologiczne, a chęć dowiedzenia się czegokolwiek od np. urzędników, zwykle skutkuje pytaniem z kręgu tzw. „odbijających”: „Ale o co pani chodzi???”. Dalsze tłumaczenia, że o produkcję, możliwości sprzedaży, współpracy z innymi wytwórcami, etc. też niewiele dają. Składam to na karb mojej niewiedzy z zakresu poszukiwania odpowiedzi i zadawania pytań we właściwych miejscach. Usprawiedliwić się mogę tylko tym, że wchodząc na drogę producencką nie ma się doświadczenia i – do choroby – gdzieś pytać trzeba zacząć! Nie zawsze trafi się pod właściwy adres.

DSCN0071 DSCN3189_1200x1530

Ponieważ drażni mnie własna nieudolność, a żołądek mam jeden i muszę go szanować, weszłam na własną eko-drogę, która jednocześnie swoim zasięgiem obejmuje okolice Przemyśla, czyli wspieram małych, pobliskich wytwórców. Mianowicie: chleb kupuję z domowej piekarni. Nie zawiera on konserwantów i ulepszaczy, może nie jest tani, ale za to długo pozostaje świeży, więc zjadam go do końca, a nie karmię nim zwierząt. Soki jabłkowe robię sama, bo mam z czego. I jest to 100% soku w soku, a nie żadne rozcieńczane, zagęszczone i dosładzane substancje. Jak chcę mieć przetwory z malin jadę do sąsiada po owoce – ekologiczne, nie pryskane. Biały ser, śmietanę, masło kupuję od koleżanki, której mąż i teściowa zajmują się hodowlą trzech krów pasionych na własnym polu, a nie karmionych mączka kostną. Jaja są od innego sąsiada, a w zasadzie od dwóch, którzy swoje kurki wypuszczają na ogród, by sobie tam dłubały, dziobały, szukały. Czasami sama wrzucam im trawę, owoce, suchy chleb, etc. I nie razi mnie brak pieczątki na skorupce, która informuje mnie, w jakiego rodzaju klatce kura siedzi. Wędlinę robi dla nas pani, która daleka jest od dodawania spulchniaczy czy MOM. Może jest droższa, a kiełbasa to po prostu kiełbasa – bez rozróżnienia na kilka rodzajów, jednak utrzymuje się w lodówce długo i najwyżej zeschnie, a nie pokryje się tłusto-śliskim nalotem. Warzywa i owoce też staram się kupować od producentów i najlepiej w ich gospodarstwach, gdzie – zostawiając listę życzeń – umawiam się na konkretną godzinę odbioru, bo przecież po dobra trzeba iść w pole i je najpierw wykopać.

W związku z moimi żywieniowymi fanaberiami w lodówce i spiżarni nie ma przepychu i  różnorodności w wyborze, ale jakoś brzuchy nie bolą, a i niewiele ląduje w śmietniku lub psiej misce. Drażni mnie tylko fakt, że za jedzeniem muszę chodzić jak zbieracz czy łowca (widać niewiele zmieniło się od czasów jaskiniowców), bo sklepy często nie oferują towaru, który by mnie interesował. Pośród całej różnorodności wystawionej na półkach, brak najczęściej tego, co regionalne i zdrowe. Istnieje też ewentualność, że ja nie umiem tych towarów w markecie odnaleźć. Jak by nie było, włóczenie się między marketowymi regałami pozostaje dla mnie procesem niezadowalającym i mało efektownym, a ponoć walczyliśmy (tzn. nie ja, bo byłam w pieluchach lub szkole) o możliwość wyboru.

Jaka jest konkluzja tych moich bardzo subiektywnych dywagacji na temat ekologii? A no taka, że – podobnie jak w przypadku gospodarstw ekologicznych – szary eko-konsument również musi być sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Musi sam manewrować, szukać, pytać i dreptać własnymi, szeptanymi ścieżkami, bo szeroka, prosta droga na tym polu nie została wytyczona dla niego. Być może chodzi o to, aby do tego, co dobre zbyt łatwo nie docierać, żeby ekologia nie wyszła ze sfery niszowej, a jedynie ujawniała się od czasu do czasu na jakiś targach lub po sąsiedzku. Jeżeli tak, po co cały ten medialny szum promujący bycie zdrowym, sprawnym, mającym wybór, świadomym obywatelem? Może, przy obecnych technologiach, zapleczu sanitarnym i technicznym, warto by się zastanowić nad targowiskiem innym niż zielony rynek, na którym – bez względu na aurę – producenci mogliby wystawiać towar nie bojąc się o mróz, upał czy opady. O takim, którego istnienia nikt nie chciałby podkopywać ze względu na konkurencję, a przepisy i kontrole wyznaczałyby kierunki działania zamiast stwarzać przeszkody. Przecież jest to możliwe.

2013-11-30 12.19.12 2013-11-30 12.20.49 2013-11-30 12.48.44 2013-11-30 12.20.54 2013-11-30 12.16.39

Reklamy

4 thoughts on “KROTKA RZECZ O EKOLOGII

  1. ugoldenbrown pisze:

    Większość z nas popiera bycie eko, chce kupować zdrowe jedzenie, płacąc trochę drożej, ale życie pokazuje co innego. Cena jest wyznacznikiem. Dlatego królować będą w Polsce nie małe sklepiki, nie ryneczki, gdzie kupi się autentycznie żywność od producenta, ale hipermarkety. A co w nich jest, to każdy wie. Czasem robię zakupy w sklepach ze zdrową żywnością, ale zawsze mam wrażenie, że dużo przepłacam. Pośrednik zarabia najwięcej..

    Nie wiem, od ilu ha opłaca się produkować orkisz, bo może się okazać, że koszty będą wysokie, a zysk niepomierny. Ale próbować trzeba, bez tego nie ma postępu. Trzymam kciuki za wszystko! :))

    • SABATOWKA pisze:

      NIestety z cenami właśnie jest kiepsko. Nawet zakupy w marketach są kosztowne. A przecież, gdyby promować producentów miejscowych i pozwalać im działać bez pośredników, ceny były by całkiem inne. Producent z certyfikatem może prowadzić sprzedaż, ale korzystniej by było, gdyby producenci mogli bez większych ceregieli stworzyć jakieś wspólne miejsce do sprzedaży; gdyby jasno powiedziano, jakie warunki na następne lata proponuje UE, do czego będzie dopłacać, a co pominie. Takie informacje są u nas chyba jakąś straszną tajemnicą.

      • ugoldenbrown pisze:

        Działania prozdrowotne nie są wspierane przez nikogo. Może na papierze, ale realia są inne. O wszystko musisz sama zadbać, wyrwać wiedzę, zdobyć poparcie, kredyt itp..
        Mój kolega produkował jabłka (głownie), starając się uprawiać je ekologicznie. Ceny, jakie płacono za kg owoców były skandalicznie niskie, jeśli dobrzxe pamiętam jakies 9-13 groszy/kg. I nie w zamierzchłej przeszłosci, ale kilka lat temu.
        Już nie produkuje owoców, zmienił zawód, nie jest sadownikiem. Dużo by opowiadać..

  2. miqaisonfire pisze:

    Bardzo fajny i ciekawy artykuł 🙂 Niestety kolejnym minusem sklepów ekologicznych, z żywnością ekologiczną jest ich lokalizacja, dostęp oraz właśnie wyżej wspomniane ceny. Coś za coś. Ludzie będą kupować, bo zdrowe odżywianie w modzie, więc interes się kręci.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 84,623 VISIT

MOST POPULAR

Archiwum

%d blogerów lubi to: