Google+

DZIENNIK Z WKACJI, CZ. VI

18

14 października 2013 - autor: SABATOWKA

https://sabatowka.wordpress.com/2013/10/06/dziennik-z-wakacji-cz-v/

Dzień ósmy. Sabatówka.

DSC_0737

Niedziele są jakieś pechowe. Poprzednia stała pod znakiem kolki, ta jest wypadkowa. Małż Idealny pojechał przepuścić wodę ze studni. Na pace wiózł beczkę z wodą. Niespodziewanie na drogę wyszły cztery sarny, więc nacisną na hamulec. Co prawda miał naprawdę ogromną prędkość 15 km\h, ale beczka przechyliła się, zatoczyła i uderzyła w tylną szybę pickupa. Teraz w czarnej szybie Nissana widnieje prostokątny otwór. Coś jak usta prawdy w Rzymie. Zaraz każę Małżowi włożyć tam rękę i zapytam o kilka rzeczy. Następna szyba nie będzie już szpanersko przyciemniana. Trudno. „Mama przynajmniej rozbiła szybę z klasą dachując Patrolem, a tu beczka” – szydzę. W duchu jednak myślę: „Dobrze, że nic się nie stało.” Teraz Tomek obkłada palenisko piaskiem i żwirem. Może nic nie rozbije.

DSC_0933 DSC_0936 DSC_0944

Pada deszcz. Tak ma być przez kolejne kilka dni. Ciekawe, czy pranie wyschnie? Na razie konie wycierają się w słomę. Już widzę te taczki wywożone następnego dnia.

(Iwona)

Dzień ósmy. Na rybach.

DSCN5058

Całe poprzednie popołudnie Themo i syn Tiny – Grigorij – naprawiali sieci. „Łowić będziecie bliziutko, o, zaraz za ta górą” – pokazuje Tina. Rzeczywiście, blisko.

Ruszamy wąską pasterską ścieżką. Oczywiście, pod górę. Jedziemy tak parę godzin, wokół przepiękny Kaukaz, w górze gorące słońce. O tym, że jesteśmy coraz wyżej świadczy zmieniająca się roślinność i rzeka, która coraz węższą wstążeczką połyskuje na dnie wąwozu. W najbardziej stromych miejscach zbocze opada pionowo w dół.

DSCN5064 DSCN5063

„Oni na pewno idą na lodowiec. Tam będziemy rąbać lód i szukać śladów prehistorycznych ryb” – jęczę, bo nie lubię ani ryb, ani ich łowienia. Najchętniej zostałabym z Tiną i zgłębiała metody przerabiania wełny na filc, ale zostałam przegłosowana.

Themo i Grigorij odkrywają ślady jakiegoś zwierzęcia, które zryło spory kawałek ziemi. Nauczona doświadczeniem wyniesionym z naszego gospodarstwa pytam (z pokazywaniem oczywiście): „Czy to dziki?”. A oni konają ze śmiechu i pokazują, że niedźwiedź.

DSCN5060 DSCN5070 DSCN5093

Jedziemy dalej, wchodzimy na wąską grań i nagle otaczają nas chmury. Wiatr szarpie kurtki, nogi ślizgają się po skałach, wokół nieprzenikniona, gęsta mgła, w której od czasu do czasu majaczy ogon poprzedzającego mnie konia. Wtedy wiem, w którą stronę iść. Miły i przyjemny krajobraz zmienił się w jednej chwili.

„Co u licha alpiniści widzą w łażeniu po wysokich górach?!” – myślę.

Kiedy wrócimy do Polski okaże się, że w pobliżu miejsc naszych wędrówek zgubiło się czterech turystów. Jeden nie przeżył. Góry Kaukazu mogą wydawać się niezbyt trudne, ale bez przewodnika naprawdę łatwo się zgubić.

W końcu zaczynamy schodzić w dół. Zatrzymujemy się w zakolu przepięknej, rwącej w dół, pełnej głazów górskiej rzeki.

Od pewnego czasu towarzyszy nam ogromny owczarek kaukaski. Kiedy jadę konno, sięga mi do połowy łydki, kiedy stoję, a on w zabawie opiera łapy na moich ramionach, jest wyższy o głowę ode mnie. Wołamy go „Misiu”.

DSCN5069

DSCN5072

DSCN5111 DSCN5110 DSCN5109

Themo i Grigorij zdejmują juki z koni i puszczają je luzem. Z worka na śniadanie wyciągają butelkę chachy i częstują każdego. Sami też wypijają po kieliszku. Po raz pierwszy widzę jak Themo pije alkohol!

Będzie ostro. Idziemy parę kilometrów w górę rzeki. Chłopcy wchodzą do wody nie bacząc na jej temperaturę i zarzucają sieci. Im więcej kamieni wyciągają, tym zacieklej machają siecią. Faceci chyba tak mają. Dać im do ręki jakieś narzędzie mordu jak wędka, sieć lub packa na muchy i spokojny, pokojowo nastawiony człowiek zmienia się w bezlitosnego łowcę.

Chłopcy mniej więcej godzinę brodzą zanurzeni po pas w lodowatej wodzie i dumnie wyciągają na brzeg swój połów. Taaakie ryby złowili!

DSCN5098 DSCN5081 DSCN5086

DSCN5098 DSCN5095

DSCN5119

W tym czasie Misiu wraca w miejsce, gdzie leżą juki i dokładnie je penetruje. Metodycznie odsuwa na bok pomidory, z obrzydzeniem obwąchuje chleb, chwilę zastanawia się nad serem. No, ewentualnie… Zjada dwa plasterki. Butelka po chachy też nie wzbudza jego zainteresowania. Nikt nie ma jakoś ochoty wdawać się z nim w dyskusję. Mordkę ma sympatyczną, ale wielkość dobrze odchowanego cielaka.

Syci wędkarskiej chwały wracamy do domu, a tam już czeka Tina z farszem i ciastem. Bo dziś wieczór mamy uczyć się gotowania chinkali. Moi współrajdowicze dematerializują się błyskawicznie. A ja zostaję i nie żałuję. Już po raz trzeci robiłam te pierożki i wyszły całkiem niezłe. Mają sporą przewagę nad naszymi kołdunami: są duże i je się je szybko, nie trzeba do nich gotować rosołu – jest w środku chinkali. Klejąc, gadamy z Tiną, która chce się dowiedzieć jak najwięcej o pasterstwie w Polsce, ja rzecz jasna wypytuję o życie w Gruzji.

DSCN5115 DSCN5114

Wszyscy jesteśmy ciekawi autentycznego życia w odwiedzanych krajach, ba, chcemy jak najwięcej tej autentyczności zakosztować. Mam jednak wrażenie, iż pragniemy bardziej naszego wyobrażenia od rzeczywistości. W naszej wersji często nie mieszczą się niesmakujące potrawy lub brak toalety. Tina zdaje sobie z tego sprawę i wypytuje mnie, co by tu jeszcze usprawnić, aby turystom było przyjemniej. Themo i Grigorij siedzą przy piecu i pozornie nie biorą udziału w rozmowie. Nagle stwierdzają: „W przyszłym roku będziemy uczyć się angielskiego, żeby dogadać się z turystami.” O!

Tina zerka na mnie porozumiewawczo, bo poruszałyśmy ten temat. „Moje dzieci nie będą chodzić za stadami. Wolą łatwiejsze życie” – mówiła. Ale jeżeli pasterze odejdą z gór, to górskie łąki zarosną i – paradoksalnie – my turyści, tak zachwyceni pięknem Kaukazu, pośrednio przyczynimy się do jego niszczenia.

DSCN5125 DSCN5127

W nocy znowu szaleje burza, jednak ranek wstaje pogodny. Żegnamy Tinę, która obdarowuje nas wydzierganymi z wełny kwiatami. Tak bardzo chcielibyśmy jej coś ofiarować, ale w jukach nie było miejsca na prezenty. Robimy zrzutkę i wciskając Tinie pieniądze, z zawstydzeniem tłumaczymy, że to od nas, żeby kupiła sobie coś, co jej będzie o nas przypominać, coś zupełnie niepotrzebnego, ale miłego. Wzruszona kobieta myśli przez chwilę i oświadcza: „Za te pieniądze każę wypisać wasze imiona na tym miedzianym dzbanie, na wieczną pamiątkę”. I tak przeszliśmy do historii.

(Gośka)

This slideshow requires JavaScript.

Advertisements

18 thoughts on “DZIENNIK Z WKACJI, CZ. VI

  1. KBG pisze:

    Chinkali??? potrafisz zrobić i zjeść – nie źle !!! Piękne zdjęcia i żal, że mnie z Wami nie było 😦

  2. Angie pisze:

    Pięknie, jak pięknie tam! 🙂

  3. maszynagocha pisze:

    Świetna ta wasza wędrówka. Piękny krajobraz. 🙂

  4. Asenata pisze:

    I ryby w wodzie są
    no u nas i sieć by nie pomogła ryc coraz mniej

  5. Pani Peonia pisze:

    Znów piękna opowieść. Wzruszyło mnie to o dzbanie i waszych imionach. Są rzeczy bardziej i mniej ważne. I ludzie niezamożni odróżniają je bez trudu.

  6. bentehaarstad pisze:

    So happy you must be to go riding so nice horses in this wild landscape, and even catching some trout! 🙂

  7. joserasan66 pisze:

    Uffff… Precioso Paisajes… Una Serie Muy Bonita… Saludos.

  8. junior-- Wojtek JUREK pisze:

    . . . pozazdrościć tej Gruzji ! ! !
    U Lisowczyków są terminy rajdów na 2014r. Zarezerwowałem termin na wrzesień w Karpaty i traperski rajd w styczniu 2015r. Wybieracie się ? ? ? Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 80,338 VISIT

Archiwum

MAPS

%d blogerów lubi to: