Google+

Dziennik z wakacji, cz. V

31

6 października 2013 - autor: SABATOWKA

https://sabatowka.wordpress.com/2013/10/02/dziennik-z-wakacji-cz-iv/

Dzień siódmy. Sabatówka.

DSC_0754

Wczoraj maliny, dziś czas na pomidory. Idealny Małż uraczył mnie 12 kg soczystych, czerwonych owoców oraz dwiema skrzynkami słoików. Myślałam, że cały dzień będę kroić, wciskać do słojów i pasteryzować zapasy na zimę. Nie minęło jednak półtorej godziny i proszę – wszystko gotowe stoi i czeka na zimę. Tylko mało tych pyszności, więc jeszcze skrzynkę trzeba dokupić.

DSCN0071

W międzyczasie Małż Idealny z dziećmi zawładnęli strumieniem. Nie wiem, co tam psocili, wystarczy, że Tomek trzymając się za głowę dopadł drzwi i stękając wołał: „Szybko, chodź tu, zobacz…!!!”. Cóż, widać jakaś osa nie wytrzymała nerwowo i zareagowała na przeszkadzanie jej w weekendowym wypoczynku. Życzliwie raczę Małża wacikiem nasączonym wodą z octem oraz czapką i z rozpaczą spoglądam na świeżo umytą podłogę. No tak, umyję raz jeszcze.

Chłopcy jadą do miasta, a ja idę pobawić się ze Zmarzlinkiem. Kociarstwo – z braku dostępu do mieszkania i możliwości dokonywania kradzieży spożywczej na każdą skalę – wyłożyło się w słońcu. Z typową dla siebie obojętnością znosi wszelakie niedogodności. Tak więc Renia uparcie nosi koty we wszelkich pozycjach, Vigo zabiera kocicy właśnie upolowaną mysz i na jej oczach bezczelnie konsumuje gryzonia, Kryśka na koty szczeka tak, że zastanawiam się, czy kiciusie będą jeszcze cokolwiek słyszeć.

DSC_0841

DSC_0575

DSC_0709 DSC_0705 DSC_0630 DSC_0601 DSC_0589

Konie odstawiają szopkę przy wejściu do stajni, bo nasz pomocnik – dla ich wygody – wysypał wejście piaskiem. Każdy furczy, grzebie nogami, przeskakuje albo naciąga się jak osioł zanim wejdzie. Tylko kucyk, Akcja i Janutra wydają się nie przejmować zmianami. Istny cyrk!

Robię sobie przyjemność i siadam na Janutrę. Ostatni raz jeździłam na niej chyba w podstawówce, a to i wiek był poprzedni, i tysiąclecie. Tyle lat, a tu moje dzieci (i mąż) dosiadają tego samego wierzchowca. Niesamowite!

(Iwona)

Osa podła!!! Miała ze dwadzieścia centymetrów i zęby jak piła mechaniczna – najpewniej skrzyżowana ze żmiją! Nic, trzeba uciekać w jakieś cywilizowane miejsce, a przy okazji zawieźć urobek Żonie do ogrodu w Przemyślu.

(Tomek)

Dzień siódmy. U Tiny.

DSCN5045

Noce w górach są chłodne, więc rankiem gromadzimy się wokół gorącego piecyka z kubkiem kawy w ręku. Gadamy z przewodnikiem prowadzących amerykańskich studentów, a gospodyni szykuje śniadanie.

Święta Nino, patronko Gruzji! Jeśli zjem choćby część z tego, co jest na stole, to nie ruszy mnie z miejsca nawet ciągnik Zetor z przednim napędem, nie mówiąc o koniu!

(Gośka)

Śniadanie: chleb, masło, dżem z pigwy, naleśniki, jajecznica z pomidorami i papryką, smażone kanie, ser, pomidory.

(Heniek)

Teraz będzie mały panegiryk na temat naszych wierzchowców. Na wstępie posłużę się opinią nieocenionego Maryana hrabiego Czapskiego. Otóż pisze on:

„Leniwych koni w stadach (…) zupełnie nie ma; konie te są silne, rącze, pełne ognia, śmiałe, ostrożne, nóg pewnych (…). (…) są posłuszne, łatwo do jeźdźca przywykają i starają się prędko jego pojąć zwyczaje, nie są kapryśne, heroicznie znoszą niedostatek nie tracąc ani ognia, ani wesołości.”[i]

I to jest święta prawda, a Niekora jest nawet lepszy!

DSCN5021 DSCN5019 DSCN5011

DSCN5031

DSCN5017

DSCN5033

Dziś wędrujemy wzdłuż rzeki, potem mamy do pokonania długie, strome podejście w górę (jakżeby inaczej). Można je porównać do wspinania się schodami na szczyt Empire State Bulding po zamachu bombowym, kiedy część schodów zniknęła, a reszta pokryta jest błotem. Oczywiście, nie ma mowy o poręczach. Wspinaczka trwa około trzech godzin, a konie ani razu się nie zawahały! Czasem przystają na chwilę, aby wyrównać oddech, a wtedy Niekora łapie jakiś liść lub kwiat ostu i zjada.

Ten obrazek przypomina mi metodę selekcji koni wyścigowych stosowanych przez trenera Franciszka Holczaka. Otóż, wypędzał on przywiezione roczniaki na łąkę położoną na skłonie wysokiej góry. Te, które dobiegły na szczyt i tam natychmiast zaczynały się paść, zostawały w treningu.

Wędrujemy wyjątkowo długo, a naszym celem jest pasterska chata, gdzie spędzimy dwa dni i zaznamy pasterskiego życia.

Kiedy posuwamy się wąską, kamienistą ścieżką obliczoną na mniej więcej połowę konia, na kasztanku dogania nas Gruzin. Mijając nas woła: „Selam alejkum!” „Alejkum selam!” – odpowiadam grzecznie, co wywołuje lawinę słów ze strony niewątpliwie podchmielonego jeźdźca. Łapie mnie za rękę i ciągnie w swoją stronę, potem łapie Marzenę. Ponieważ obydwie kurczowo trzymamy się swoich koni, zwraca się do Henia i coś zawile mu tłumaczy. (Zaznaczam, że wszystko wciąż dzieje się na ścieżce, na której może zmieścić się najwyżej pół konia.) W końcu odjeżdża zrezygnowany. O co mu chodziło, do dziś pozostaje nierozstrzygnięte. Ja twierdzę, że zamglone alkoholem oczy zobaczyły w nas trzy hurysy z raju Proroka, a Heniu, że chciał więcej chachy.

DSCN5054

DSCN5055

DSCN5053

DSCN5052

DSCN5043

DSCN5036

Dojeżdżamy do pasterskiej chaty przytulonej do skalistego zbocza i zbudowanej jak wszystkie tutejsze schronienia – z kamienia. Tylko przybudówka, w której będziemy spać jest blaszana.

Mieszka tutaj sześć osób, a gospodynią jest Tina. Wraz z dziećmi w górach przebywa przez krótkie kaukaskie lato, gdzie wypasa dwadzieścia trzy krowy i dwadzieścia koni. Jej mąż, który akurat przybył, opiekuje się stadem około stu owiec na dalej położonych pastwiskach.

Tina szybko nas kwateruje i biegnie do swojej roboty. A ma co robić, bo właśnie schodzą krowy na wieczorne dojenie. Oczywiście, doi się ręcznie. NzM zabiera się do pomocy i udowadnia, że potrafi doić tak samo szybko jak Gruzini. Potem mleko trzeba przecedzić i rozpocząć proces produkcji serów. Rozmawiamy z Tiną o serach, a ona pokazuje nam całą spiżarnię zapełnioną serami zaszytymi w płóciennych workach. Wymiana doświadczeń napotyka na nieoczekiwaną trudność (mimo że i Tina i jej mąż mówią po rosyjsku), bo obie nie znamy właściwego tłumaczenia, a spróbujcie gestami pokazać słowo „podpuszczka”.

Kolacja jest wspaniała, przy świetle naftowej lampy, z owocami na deser. Wtedy jeszcze nie wiemy, iż arbuzy są z ogródka Tiny w Alwani oraz, że przywiezienie ich to dzień drogi konno w jedną stronę.

W nocy przychodzi gwałtowna burza. Biada temu, kto musi w taką pogodę, przy świetle naftowej lampy, udać się do toalety mieszczącej się na końcu śliskiej, biegnącej granią ścieżki.

W nocy wiatr zrywa plandekę mającą chronić siodła i rano wszystkie są mokre. Jedynie Marzena przezornie zabrała swoją poduszkę do środka. Ale Themo i tak wrzucił ją na inne siodło. Jakież to ma znaczenie, skoro i tak jedziemy konno na ryby?

(Gośka)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.


[i] M. hr. Czapski; Historya powszechna konia; Poznań 1874; T. 3.; str. 86-87.

Reklamy

31 thoughts on “Dziennik z wakacji, cz. V

  1. Asenata pisze:

    A u moich podwórkowych kotów
    ani jeden rudy nie jest

    • SABATOWKA pisze:

      My zaczynaliśmy od łaciatych i białych. Po nastu latach, przechodząc przez bure i długowłose, koty przerasowały się w Garfieldy. Kolejne to będą chyba kamuflaże (jak polująca kotka na jednym ze zdjęć). Ale zmiana umaszczenia odbywa się już bez naszego udziału.

  2. annybloog pisze:

    Smaki lata! A jakie widoki!
    Przepraszam, padł mi blog, ale mam już nowy. 🙂
    Uściski!

    • SABATOWKA pisze:

      Właśnie przeglądam – interesujący, do polubienia i śladzenia.
      Smaki lata zamykam w słoikach co roku i zawsze ich za mało.
      Za takimi widokami tęsknię przez cały rok i póki sama ich nie zobaczę, będę zazdrościć Gośce i Heńkowi. Pozdrawiamy!

      • annybloog pisze:

        [I do komentowania, to rodzaj wspólnego miejsca, a nie monolog :-)]Dzięki za dobre słowo. Smaki w słoikach rzecz zdumiewająca i czasochłonna. Widoki zaś to co nic nam nie odbierze, nawet Czas. Odpoozdrawiam serdecznie 🙂

  3. Pani Peonia pisze:

    Uwaga ogólna: zazdroszczę wam, że prowadzicie taki blog rodzinnie. To dopiero frajda, gdy każdy dopisuje coś od siebie! Mój mąż w życiu by nic na blogu nie napisał… 😦 Choć też jest idealnym małżem, między nami mówiąc.
    A opowieść – jak zwykle świetna!

  4. Kwiat Lotosu pisze:

    Przepiękny inspirujący blog, podróże, zwierzęta, wspaniałe doświadczenia, …czuję się natchniona:))) ciepło pozdrawiam:)))

  5. annybloog pisze:

    Rude koty kiedyś będę mieć takiego! I ten sok z pomidorów/malin uwielbiam… Czekam na następny wpis. Wiem, wiem, powtarzam się!

  6. Amy pisze:

    Beautiful post! I really enjoy reading and viewing the photos.

  7. ugoldenbrown pisze:

    Kiedyś (takie małe słówko;) ) robiłam przetwory na zimę. Przywoziłam do domu „tony” ogórków, papryki, winogron i przerabiałam na to i owo 😉
    Nie wiem, dlaczego teraz tego nie robię, straszne lenistwo mnie chyba ogarnęło..

  8. Ah Gruzja! Jest na liście krajów do odwiedzenia! Moze w przyszłe wakacje, kto wie?! 😀 Zdjęcia i dziewicza natura zdecydowanie mnie przekonują 🙂

  9. Kavita Joshi pisze:

    beuatiful shots…love this place

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 84,416 VISIT

MOST POPULAR

Archiwum

%d blogerów lubi to: