Google+

NA POCZATKU BYLO…

2

4 marca 2013 - autor: MIŚKA

skanowanie0008_1600x1039

Na początku było turlanie się. Chociaż nie, na początku była droga gorsza niż ta w Kalnikowie. To moje pierwsze wspomnienie o Bełwinie. Szłam do trzeciej klasy i właśnie remontowaliśmy dom, aby na powrót zamieszkać w mieście. Po dniu pełnym pracy, Gośka i Heniek, zamiast skierować się na Medykę, pojechali w całkiem przeciwną stronę. Wysiedliśmy przed białym budynkiem, w którym niegdyś mieściła się owczarnia i rozpoczęło się długie chodzenie po łąkach. Szliśmy od starego sadu do innego starego sadu, wspinałam się na górki żeby następnie z nich zbiegać. Wtedy pojawił się pomysł tarzania i turlania.

Dzieci nie zastanawiają się długo nad sensownością pomysłów, tylko wcielają je w życie. Miałam dziewięć lat i natychmiast zaczęłam turlać się w dół. Łąki dawno nie były uprawiane, rosły na nich kwiaty, osty, długie i zdrewniałe trawy, były drobne kamienie, gałęzie, grudy ziemi, czepiające się wszystkiego rzepy i inne maści. To nic. Istotne było, aby z góry dotrzeć na dół, wstać pomijając zawroty głowy, wbiec znowu na górę i kolejny raz stoczyć się ze stoku. Górek w Bełwinie jest wiele, a każda musiała zostać zaszczycona toczącą się dziewięciolatką. Nie pamiętam efektu, ale przypuszczam, że wyglądałam jak córka diabła, a nie jak dziecko. Na koniec chwila ochłody w lesie, powrót do samochodu i krótka wiadomość: „Kupiliśmy to gospodarstwo. Ma kilkadziesiąt hektarów i na chwilę obecną jest jednym z większych gospodarstw w okolicy. Podoba się? Tu będzie nasza stadnina.”

Oświadczenie zostało przyjęte do wiadomości. Ja zaczęłam trzecią i znienawidzoną klasę, mama na parę miesięcy wyjechała do Finlandii, domem opiekowała się Pani Iza, a Heniek z Adamem – mężem Izy – codziennie pracowali nad odgruzowaniem stajni. Trzeba było wybrać (w zasadzie wyrwać) tony zeschniętego obornika po owcach, skosić dawno niekoszone pola, w okna wstawić szyby, etc.

Pojawił się koń. Ogier Grom wydzierżawiony od Stada Ogierów w Klikowej. Przecież musiał być jakiś koń! W boksach stanęły też klacze Damba i Benue, a także byki, Jagodzianka: krowa rasy Yesrey przywieziona w maluchu z Warszawy od sąsiadów z czasów mieszkania w Stubnie, świnki: Proteza, Resekcja, Ekstrakcja i Ortodoncja zakupione z funduszy gabinetowych i Zgryz: knur rasy Diurok, który miał powycinane wzory na uszach i uwielbiał drapanie miotłą po grzbiecie. Powoli dwa służbowe pokoje zaczęły nadawać się do nocowania, obok stajni stanęło ogrodzenie z żerdzi, w stajni zaś drewniane ażurowe boksy zamykane na sznurek. To dla folblutek. Dwa prosiaki biegały między prętami kojców od jednej lochy do drugiej, a w ostateczności do jednej z krów, która na skutek wrzaskliwego kwiczenia posłusznie kładła się i karmiła różową trzodę. Reszta z około „pięćdziesięcioprosiakowej” grupy zwiedzała wieś ciągnąc za swoim starszym przewodnikiem – warchlakiem Brunerem. Jedyną kontrolę nad zwisłouchą różową szarańczą miał pies Bodżer, który do tego stopnia związał się ze swoimi wychowankami, że znacznie utrudniał wywożenie ich przez potencjalnych kupców. Ile razy kupiec umieszczał na przyczepie prosiaka, tyle razy Bodżer z owej przyczepy go ściągał.

Jagodzianka nie zgadzała się być zastępczą mamką, a wręcz wybrała rolę krowy wyścigowej, co wyraźnie pokazywała ciągnąc w dzikim galopie na końcu łańcucha każdego, kto ją sprowadzał do stajni. Najszybciej schodził Heniek, ja zwykle zaliczałam  trzy sady, natomiast znajomy okulista, który próbował pomóc mamie poganiając krowę mopem, w efekcie biegł przez rogami Jagodzianki, mop natomiast służył mu za osłonę.

Szczenięce lata to okres spacerów po lesie, polach, starym cmentarzu, dawnej leśniczówce; czas odkrywania miejsc, w których niegdyś stały polsko-ukraińskie domostwa, studnie i piwniczki, wspinaczek na drzewa, terenów na oklep (mieliśmy tylko jedno siodło) lub ze źrebięciem u boku. Były też pierwsze galopy, moczenie nóg w lodowatej wodzie strumienia, picie wprost z potoku, zjeżdżanie zimą na worku wypchanym słomą, zbieranie pieczarek do czapki i podziwianie jasnofioletowych zimowitów rozsianych na stokach. Przyjeżdżały też koleżanki z klasy żeby spróbować jazdy konnej i pobrodzić w strumieniu.

Jednak minione lata to nie tylko sielanka, ale również okres trudności, jak reforma finansowa Balcerowicza, prywatyzacja stadnin, powolne i długotrwałe upadanie torów wyścigowych. Był też pożar i decyzja o odbudowaniu wszystkiego raz jeszcze. Krowa Jagodzianka, źrebak Dambar, którego na rękach wyniósł z ognia leśniczy Piotrek oraz zgraja kotów przetrwały.

Gruz powoli ustępował miejsca nowym murom już z dobudowanym domem zamiast pokoi służbowych. W stajni znowu zagościły konie: wałachy Brzask i Karusek (potomkowie Przedświta XIII) oraz folblutki: Nocka, Janutra, Dazira, Margarytka – wszystkie z jakiś powodów wycofane z hodowli w stadninach państwowych, wszystkie pełne wdzięczności za kolejne szanse i opiekę. I tak Janutra dała m. in. wspaniałego Jarda, Dazira – Donię Zirę oraz Dalandę, Margarytka – pięknego Mroka, Nocka – Norwegię. Niektóre z klaczy są u nas po dzień dzisiejszy (Janutra, Margarytka), w boksach mieszka też ich potomstwo (Donia, Dalanda, Marita, „Mała Margarytka”), przybyły Ba Cruel Peppy (QH) i Andromacha.

Z dnia na dzień w Sabatówce dokonują się drobne i drobniejsze zmiany – na skalę naszych możliwości. Ubyło trochę pola, ale pojawiła się drewniana elewacja, nieużytki zmieniły się w zielone łąki, obok folblutów zagościły Quarter Horse oraz konie stojące w pensjonacie, pożyczone ciągniki ustąpiły miejsca własnym. Zmieniły się pokolenia psów i kotów, dziewięciolatka dorosła i z przerażeniem patrzy, jak po łąkach biegają jej małe dzieci. Ku rozpaczy Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa i całej Unii Europejskiej Jagodzianka wciąż żyje i ma się całkiem nieźle, choć nie jest już krową wyścigową, lecz stateczną starszą panią sunącą wolnym krokiem na pastwisko i obserwującą z uwagą otoczenie.

Cała praca włożona w Sabatówkę dokonała się przede wszystkim rękoma Heńka i Gośki. A trzeba przyznać, że jest ona naprawdę ogromna, mozolna i niekiedy bardzo męcząca. Ale byli i są z nami ludzie, którzy w każdej chwili pojawiają się, aby nieść pomoc. Bez nich trudno byłoby dać radę. Towarzyszyli nam przy pierwszych sianokosach, rekultywacji łąk, odbudowie gospodarstwa i w wielu innych momentach. Przed nimi chylę czoła.

Ktoś, kto nie zna początków, może powiedzieć, że gospodarstwo, jak gospodarstwo – zawsze czegoś brakuje, coś trzeba poprawić. Jednak ci, którzy są z nami od początku, wiedzą, jak wielkiego zaparcia trzeba było, aby po dwudziestu dwóch latach osiągnąć stan obecny.

This slideshow requires JavaScript.

Przed nami kolejne lata drobnych, codziennych zmian. Kolejne lata pracy w pocie czoła. Ale trudno: aby marzenie się zrealizowało, trzeba w nie najpierw wiele włożyć i dużo poświęcić. Gośka i Heniek mieli marzenie o stadninie. Zakasali rękawy i… stało się. Oby efekt nadal był wielki. Oby dzieci turlały się z góry w dół po naszych pastwiskach.

skanowanie0012_1600x1116

Advertisements

2 thoughts on “NA POCZATKU BYLO…

  1. Tomasz Wisniowski pisze:

    Super… SABATÓWKA to jedna z nie wielu „RZECZY” w Bełwinie którymi można się pochwalić w świecie, opowiadając ludziom skąd się pochodzi. Pozdrawiam VISNIA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 80,322 VISIT

Archiwum

MAPS

%d blogerów lubi to: