Google+

TATUAZ, ZABYTKI TEB ZACHODNICH I SKLEP Z PRZYPRAWAMI. EGIPT, CZ. III

3

22 lutego 2013 - autor: MIŚKA

 IMG_0262_1600x1200

Gdy wstajemy, śniadanie dobiega końca. Łapiemy sok pomarańczowy, jajecznicę smażoną z pomidorami, pieczywo oraz kawę z mlekiem i siadamy nad basenem. Po śniadaniu decydujemy się wyłożyć na plaży, ale po powrocie z pokoju praktycznie nie zastajemy wolnych miejsc. Lokujemy się obok stoiska z tatuażami z nadzieją, że nie będą nad nami przechodzić tłumy. W razie czego zejście do morza jest blisko, więc zawsze można uciec.

Tatuaże jednak nas zaciekawiają. Od niechcenia przeglądamy katalog wzorów, wciągamy się w rozmowę z przemiłym Egipcjaninem rysującym henną wzory na ciele. „Może coś sobie wymalować? – zastanawiamy się – W końcu mamy wakacje, a henna za jakiś czas zniknie.” Decydujemy się i negocjujemy cenę. Idę się przepłynąć, bo po tatuażu trzeba trochę schnąć i siadam przed naszym Artystą. Wybieram delikatny motyw roślinny na plecach, więc malunek jest dla mnie poniekąd niespodzianką, ale Mąż chwali. Teraz pora na Niego. Tym razem wzór jest odważniejszy – ze smokiem. Tatuaż zostaje umieszczony na ramieniu i prawdę mówiąc przyciąga wzrok.

W czasie pracy nad naszymi ozdobami, zaczynamy rozmawiać z ich wykonawcą, Omarem. Opowiada nam o obyczajowości Egipcjan, o tym, że normalne życie znacznie się różni od tego w miejscowościach wypoczynkowych, że często – jak to na wakacjach – zasady moralne odkładane są do szuflady tylko po to, aby wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy od turystów. Dziwię się trochę, że opowiada nam takie rzeczy o swoich rodakach, ale odpowiedź jest bardzo szczera: „Ja też przyjechałem tu zarabiać. Gdzie indziej trudniej o pracę. Jednak zabrałem ze sobą żonę i dziecko, bo jak ich zostawić? Przecież jesteśmy małżeństwem, rodziną!” Tak sobie rozmawiamy, że u nas istnieje podobny problem z wyjazdami zarobkowymi np. na Wyspy, że część związków się rozpada. Widać na całym świecie jest podobnie. Omar pokazuje na wdzięczących się kelnerów: „Widzicie, ich nie interesuje, czy to mężatki, czy sami mają żony. Te kobiety wyjadą do swoich krajów, przyślą pieniądze na wspólne szykowanie gniazdka, a potem przylecą z powrotem, pełne nadziei na nowe życie i fascynacji nową kulturą. Niestety, nie raz czeka je rozczarowanie podwójnym życiem egipskiej miłości, albo zbyt wielkimi różnicami obyczajowymi. I co wtedy? U nas kobiety nie mają takich praw jak w Europie. Tu, w Hurghadzie pracują, bo to kurort, gdzie indziej najczęściej siedzą w domu z dziećmi. Nie jest to złe życie, ale inne, a nie każdy jest na taką zmianę gotowy.”

„A jak Twoja żona patrzy na pracę w hotelu pełnym roznegliżowanych turystek?” – pytam.

„Szczęśliwa nie jest, ale wie, jakie mamy możliwości finansowe. Staram się jej okazywać miłość, mówię prawdę, rozmawiam o minionym dniu i nie opuszczam kolacji. Zresztą, tu kokosów też nie ma, bo za taką lichą budkę z dwoma krzesłami trzeba zapłacić niezły czynsz. Dobry hotel wymusza wysoką cenę. Dorabiam obwożąc gości po mieście.”

Ostatnia informacja przypada nam do gustu. Zaczynamy dopytywać o szczegóły i umawiamy się na „obwożenie” na ostatni dzień – a właściwie wieczór – przed wylotem. Samolot mamy po północy, natomiast wykwaterować się trzeba do południa. Zostaje więc tylko plaża i włóczenie się z kąta w kąt.

Kolejny dzień to wyjazd do Luksoru i zwiedzanie zabytków Teb Zachodnich. Wsiadamy do autokaru, jednego z kilkudziesięciu jadących w konwoju. W czasie podróży do każdego wsiada uzbrojony żołnierz. Zachowanie to podyktowane jest względami bezpieczeństwa, bo może podróż z uzbrojonym wojskowym do komfortowych nie należy, ale lepiej mieć ochronę w razie ataku ekstremistów, jak to bywało we wcześniejszych latach. Po chwili wszyscy przyzwyczajamy się do towarzystwa ochroniarza i nie zwracamy na niego uwagi. Trasa ciągnie się przez pustynię, między górskimi szczytami. Za oknem panują piaskowe i ochrowe barwy. Dopiero po dłuższym czasie pojawiają się nieśmiałe akcenty zieleni wprowadzające nas w soczystą aleję obsadzoną kolorowymi krzewami. Jedziemy wzdłuż Nilu, podziwiamy pasy upraw. Niedaleko od nich rozsiane są obejścia. Czegoż tam nie ma?! Przewodnik tłumaczy, że tu wszystko odkładane jest na wszelki wypadek. Zawsze przecież może się przydać jakaś z rzeczy, którą my przeznaczylibyśmy na śmietnik. Bieda wymusza kreatywność.

W sumie – jeszcze nie tak dawno temu – sprzątałam strych z prababcinych „skarbów”. Było tam wszystko od starych stalówek i kartonów (prababcia prowadziła sklep papierniczy) po rzeczy współczesne typu ubranka dziecięce, miski, garnki, stare sprzęty AGD, etc.

IMG_0275_1600x1200

Wjeżdżamy na parking przed świątynią w Luksorze. Witają nas posągi sfinksów oraz Ramzesa, królowej Nefertari i ich córki Maritamon. Świątynia Narodzin Amona jest tak wielka, że turyści gubią się między ruinami. Niby jest tu kilkaset osób, a jednak ogrom starożytnej budowli przerasta tłum. Nasz przewodnik – Egipcjanin studiujący niegdyś w Polsce historię sztuki starożytnej – opowiada nieliczne z wiadomości dotyczących tejże świątyni. Migiem przechodzimy z miejsca w miejsce, by ustąpić pola kolejnym grupom. Mijamy pylony zdobione reliefami o tematyce batalistycznej, sławiącej zwycięstwo Ramzesa nad Hetytami w bitwie pod Kadesz, dziedziniec Ramzesa z kolumnadą, kaplicę Hatszepsut. Z dziedzińca Ramzesa, między kolumnami, przechodzimy na dziedziniec Amenhotepa III, a dalej do najstarszej części świątyni, sanktuarium poświęconemu triadzie bóstw tebańskich: Amonowi, Chonsu i Mut.[i]

Na samodzielne zwiedzanie mamy godzinę. Podchodzimy więc do kolumn, do powalonych ogromnych bloków, dotykamy rzeźbień. Czuję się tak mała wobec ogromu rozpościerającego się przed moimi oczami! Jak wielka była wiedza i precyzja starożytnych projektantów oraz budowniczych!

Zbieramy się w autokarze umykając nachalnym handlarzom dóbr wszelakich. Teraz kolej na Świątynię Hatszepsut w Deir el-Bahari i Kolosy Memnona mijane po drodze do Doliny Królów.

Gdy tylko zbliżamy się do świątyni, na parkingu rozpoczyna się natarcie handlujących Egipcjan. Przeciskamy się przez tłumek, który ustępuje równie szybko, jak się pojawił. Przed nami rozpościera się monumentalna budowla, której znakiem rozpoznawczym jest rampa zbudowana w centralnej części świątyni. Wspinamy się na nią i już w połowie drogi opróżniamy po butelce wody. „Jak ci Starożytni znajdowali siły, aby tędy chodzić?” – pytam siebie i idę dalej, bo tylko na górze, pośród kolumn widać cień. Docieramy na drugi taras, a ja przeklinam w duchu faraonkę, która wyssała z nas siły. Pocimy się szybciej niż uzupełniamy zapasy wody. Między filarami czeka na nas żandarm. Proponuje, że zrobi nam zdjęcie, ale odmawiamy tłumacząc się brakiem gotówki. Nie odpuszcza jednak i pstrykamy trzy fotki po czym ładnie się kłaniamy, dziękujemy i – jak gdyby nigdy nic – odchodzimy zwiedzać dalej. Zza ramienia zerkam, czy aby zezłoszczony nas nie goni, aby dostać należny bakszysz, widać jednak zrozumiał, że od nas pieniędzy nie dostanie. Trudno, każdy za naiwność musi zapłacić – niekoniecznie my. Chodzimy od niszy do niszy i podziwiamy posągi królowej Hatszepsut oraz panoramę rozpościerającą się z tarasów.[ii] Bez sił wleczemy się do autokaru – byle przejść między straganami bez żadnych urazów. Podczas drogi odzyskujemy część energii potrzebnej na kolejne atrakcje turystyczne.

IMG_0484_1200x1492

Kierowca zatrzymuje się nieopodal Kolosów Memnona,a my słyszymy, że mamy dziesięć minut na oglądanie. Tylko jak przebić się przez tłum, przez wszystkich ludzi chcących się sfotografować?!

 Ludzie pędem podchodzą, słychać ustępowanie spustu migawki, potem równie szybko odchodzą. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie chcieli trochę pooglądać zamiast strzelać jedynie pamiątkowe zdjęcia. Jeden z Kolosów jest mocno zdewastowany, drugi trochę mniej. Przypuszcza się, że zniszczenia są skutkiem trzęsienia ziemi z czasów panowania Merenptaha oraz licznych wylewów Nilu. Niektórzy twierdzą, że do stanu posągów faraona przyczynili się wandale. Jak by nie było, Kolosy dzielnie trwają na miejscu od XIV w. p. n. e. Udaje się nam odnaleźć rzeźbienia dwóch niewielkiej wysokości postaci kobiet. Są to żona faraona Teja i jego matka Mutemuja. Boczne ściany tronu zdobi relief złożony z dwóch bóstw obrazujących Nil. Postacie te łączą ze sobą symboliczne rośliny w tzw. znak sema taui (połączone ze sobą papirus i trzcina wokół rdzenia z tchawicy i płuc zwierzęcia); jest to symbol ponownego zjednoczenia Egiptu. Powyżej wypisane jest imię faraona. Żałujemy, że jeden z posągów przestał wydawać dźwięki, bo podoba nam się legenda o synu Jutrzenki zabitym przez Achilla, choć gwizdy w rzeczywistości wywołane były usterką techniczną i skutkiem ogrzewania kamieni przez słońce.[iii] Może nie wszystko warto naprawiać?

Następny przystanek to Dolina Królów. Z pozoru to zwykła dolina położona wśród skał sypiących się drobnymi kamieniami i piaskiem. Niby nic tu nie ma, a jednak ziemia kryje niezbadane jeszcze skarby. Rozpoczynamy zwiedzanie komnat grobowych. Duszno tu i początkowo szaro, ale po chwili oczom ukazują się przepiękne malowidła przedstawiające sceny z życia faraonów, bóstwa egipskie, obrzęd przechodzenia z krainy żywych do krainy umarłych. Pięknie! W każdym grobowcu coraz piękniej! Szkoda tylko, że nie można robić zdjęć. Pracownicy bardzo tego pilnują, bo już nieśmiała próba wyjęcia aparatu, niemal kończy się konfiskatą sprzętu. Tłumaczę, że wyciągałam z plecaka chusteczki, które spadły na dno, co mogę udowodnić brakiem fotografii na karcie. Strażnik daje się jakoś ubłagać, ale atmosfera wokół tych arcydzieł sztuki starożytnej nieco się popsuła.

Naprawdę zmęczeni i głodni jedziemy na obiad. Po drodze zatrzymujemy się tylko w kopalni i pracowni alabastru. Wysiadamy tylko na chwilę. Chcemy kupić od małego chłopca trzy figurki przedstawiające koty, ale cena jest zbyt wysoka. Trochę żałuję, jednak autokar rusza z miejsca, więc już po fakcie.

IMG_0448_1600x1200

Restauracja, do której wchodzimy mieści się na statku cumującym u brzegu Nilu. Karmimy się do syta, uzupełniamy płyny. Godzinę odpoczywamy w cieniu płóciennego dachu, wśród kołysania rzecznych fal i delikatnych podmuchów wiatru. Jest po prostu bajkowo! Dla relaksu czeka nas jeszcze krótki rejs na drugą stronę rzeki faraonów. Odprężeni, syci i szczęśliwi jedziemy do Muzeum Papirusu. Nasz przewodnik pokazuje jak wytwarzano zwoje papirusowe, opowiada o malowidłach, sposobie rozróżniania prawdziwego papirusu od jego kopi, a później daje chwilę na drobne zakupy pamiątkowe. Kupujemy trzy obrazy, bo przecież jakiś ślad bytności w Egipcie musi zawisnąć na ścianie.

W drodze powrotnej współpasażerowie zadają jeszcze przeróżne pytania, jednak jedno wydaje mi się szczególnie drażniące: „Dlaczego u was jest tyle śmieci? Nie umiecie dbać o porządek?” Przewodnik jest wyraźnie zmieszany. Tłumaczy, że tu ludzie są naprawdę ubodzy, że czysto jest w domach, a to, co na razie zbędne, ląduje na tyłach i czeka na zużycie. A ja myślę, że pytający rodak powinien zastanowić się, jak jest na naszych plażach, campingach i lasach, gdzie często można znaleźć zużyte skarby cywilizacji oraz przypomnieć sobie, jak jeszcze parę lat temu wyglądały nasze chodniki.

Dojeżdżamy do hotelu po zmroku. Bardzo spóźniona kolacja czeka w restauracyjnej sali. Posiłek wieńczymy lampką wina i idziemy spać. Do południa musimy się spakować tak, żeby przez cały dzień mieć łatwy dostęp do niezbędnych rzeczy.

Od dwunastej do popołudnia byczymy się na plaży. Potem ostatni masaż i łaźnia oraz obiad w rybnej restauracji. Czekamy aż Omar skończy pracę i zabierze nas na wycieczkę objazdową po mieście. Macha do nas już od południa żeby dać znać, iż pamięta o umowie. W końcu wsiadamy do starego Uno i ruszamy na podbój Hurghady. Jedziemy w tę samą stronę, w którą ruszyliśmy pierwszego dnia pobytu. Niewiele dalej niż sami doszliśmy, nasz przewodnik odkrywa przed nami sklepiki wszelkiego rodzaju. Zaczynamy od przypraw. Już od progu pachnie egzotycznymi nasionami. Witamy się ze sprzedawcą, który natychmiast częstuje nas słodką herbatą. Omar tłumaczy, że chcielibyśmy kupić dobre przyprawy do mięs i warzyw tak, żeby w kuchni unosił się smak i zapach Egiptu. Gdy zwracam uwagę na zafoliowany rząd paczuszek z różnymi mieszankami, obaj kręcą głowami z dezaprobatą, a sprzedawca chwyta mnie za rękę i prowadzi między półki ze słojami, puszkami i fiolkami. Co rusz podsuwa mi pod nos różne zioła. Mąż śmieje się z kanapy i szepce coś z Omarem. Nie pomaga wcale, tylko przytakuje, że zgodzi się na wszystko. Widać, że chłopcy mają ubaw. Tymczasem właściciel sklepu jest w swoim żywiole. Kręci się z miejsca w miejsce, przesypuje nasiona przez palce, miesza, miele, wydobywa zapachy. Na każde moje westchnienie, że mamy ograniczone fundusze, macha ręką i powtarza, że się dogadamy, bo Omar to przyjaciel. W końcu wraz z paroma mieszankami przypraw pada też cena zakupu. Nasz artysta-przewodnik kręci głową i mówi, że to za dużo. Dyskutuje ze swoim krajanem i w końcu tłumaczy nam, że przekonał go, iż to ostatni dzień naszego pobytu i naprawdę nie mamy już pieniędzy. Czy tak przebiegała rozmowa nie wiemy, ale cena spadła dwukrotnie, jest więc i wilk syty, i owca cała.  Jedziemy jeszcze do sklepu kuzyna Omara. Zastajemy tam ściany pełne papirusów oraz półki zastawione fajkami wodnymi. Chcemy kupić jedną sziszę na pamiątkę, ale żadna nie wpada nam w oko. Gdyby jednak połączyć elementu dwóch… Na życzenie – wszystko. Dodajemy do tego tytoń i pstrykamy kilka zdjęć. Kuzyn Omara również proponuje nam herbatę. Ściąga ze ścian malowidła, daje je fotografować, choć wie, że już kupiliśmy papirusy. Rozchodzimy się w bardzo pogodnej atmosferze, z uśmiechami na twarzach.

Nasz kierowca pyta, ile mamy czasu, czy starczy go na objechanie Hurghady. Przytakujemy i zaczynamy zwiedzanie po amerykańsku. Wieczór jest barwny, wypełniony widokiem ludzi tłoczących się na chodnikach oraz światłami padającymi ze sklepików i knajpek. Życie toczy się na całego jak w Krakowie, czy Wrocławiu, gdy po skończonych zajęciach i pracy ludzie wychodzą odetchnąć wolnością.

Wycieczka się kończy. Gorąco żegnamy Omara i obiecujemy ciepło go wspominać. Przed nami jeszcze tylko chwila hotelowej nudy, przejazd na lotnisko, oczekiwanie na samolot, walka ze snem i marzenia o następnej podróży.

This slideshow requires JavaScript.

Czy warto było lecieć do Egiptu? Oczekiwania całkiem rozmyły się z rzeczywistością, w kość dały upał i przeklęta klątwa faraonów, praktycznie unieruchomienie w hotelu i zbyt duża ilość wrażeń jak na jeden dzień w Luksorze.  A jednak wspomnienia są znacznie cieplejsze niż sama mogłabym się spodziewać. W dużej mierze stało się to dzięki opiekunom z pustyni i Omarowi, który pokazał nam swój świat od kuchni.  Bardzo im za to dziękuję.

IMG_0046_1600x1200


Advertisements

3 thoughts on “TATUAZ, ZABYTKI TEB ZACHODNICH I SKLEP Z PRZYPRAWAMI. EGIPT, CZ. III

  1. kaki pisze:

    joli récit , j ai aimé , dommage qu’a notre époque nous ne pouvons plus visiter ces lieux en sécurité

  2. Egipt jest przepiekny! Bylam tam kilka razy (w tym raz z plecakiem na budzecie ok 10 usd/ dzien) i za kazdym razem bylo fantastycznie.
    Fakt, jest cale mnostwo naciagaczy, ale oprocz tego jest pelno uczciwych ludzi, dumnych ze swego kraju, ktorzy choc mala czastke chca pokazac turystom.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 80,338 VISIT

Archiwum

MAPS

%d blogerów lubi to: