Google+

QUADY, SZISZA I CHRZEST NURKA. EGIPT, CZ. II

2

20 lutego 2013 - autor: MIŚKA

IMG_0070_1600x1200Po półtoradniowym odpoczynku wybieramy się na pierwszą z imprez. Koleżanka polecała nam quady, jedziemy więc na pustynię. Dojeżdżamy do miejsca startu, częstujemy się sziszą, wiążemy chusty tak, aby pustynny piasek nie dostawał się do oczu, uszu, nosa i ust. Chwilę słuchamy naszych przewodników i powoli ruszamy na jazdę próbną quadami. Prycham, gdy to kobiety mają próbować  jeździć, a panowie nie, bo cóż to za niesprawiedliwość, rasizm, seksizm i…

…i gdy czuję odór spalin nagle stwierdzam, że nie dam rady. Mąż śmieje się, że panikuję, ale wiem, iż to nie to. Tylko jak Mu wytłumaczyć? Nie zamierzam – nie ma czasu. Podchodzę do jednego z naszych przewodników i mówię: „Sorry, I don”t feel good and…” – i świat wywraca się do góry nogami. Na ziemi nie ląduję, ale widzę, że latam w powietrzu. Nie, to ktoś taszczy mnie z powrotem do bazy. Potem dostaję do wypicia mix guarany z colą i tak postawiona na nogi wsiadam na quada już nie jako kierowca, ale pasażer Męża. W oczach jarzy się wyrzut: „A nie mówiłam?!”, ale na każde pytanie, jak się czuję odpowiadam, że dobrze. W końcu z każdym kilometrem jazdy nabieram sił, a przynajmniej tak mi się wydaje.

Przed nami osada Beduinów. Zatrzymujemy quady, zsiadamy i siup – ziemia. Jednak sił nie mam aż tak wiele. Nasi opiekunowie rozpoczynają drugi etap naprawiania mnie i wręczają pudełko z batonikami. Duże pudełko pełne strasznie słodkich biszkoptów nasączanych jeszcze słodszą masą. Każą zjeść. Wszystko. Częstuję ich mówiąc, że nie jest tak źle, że tyle nie dam rady i zgrywam chojraka. Wielbłądów nie odpuszczam, bo może to tylko oprowadzanie w ręku jakie sami serwujemy początkującym jeźdźcom na stadninie, ale w końcu wielbłąd to nie koń! Mieszkańcy ruszają do nas ze zwierzakami. Nie mówią wiele, za to bacznie obserwują. Odnoszę wrażenie, że spojrzenie to jest mieszanką pogardy za wpychanie się do ich świata, zachęty, by do ustalonej przez organizatorów ceny dodać jeszcze bakszysz za usługę, zniechęcenia nudą wykonywanego zajęcia i obojętności wobec całego przyjeżdżającego świata, który w końcu odjedzie pozostawiając za sobą kurz i ciszę. Beduinki trzymają najmłodsze dzieci bisko siebie, a starsze wysyłają do obsługi gości. Same też oprowadzają. W plastikowych japonkach, w tradycyjnych strojach, udeptują na pustyni ścieżkę dla turystów. Wszyscy wiemy, że to nie ich życie, a mistyfikacja zorganizowana ku atrakcji przyjezdnych i ciekawskich obcych, ale gramy w tym spektaklu i my, i oni, bo przecież jest to wzajemna transakcja: Beduini dostają pieniądze, których nie da im nikt inny, a życie całkowicie zgodnie z tradycją jest już chyba dla nich niemożliwe, my dostajemy chwilę rozrywki, temat do opowiadania wśród znajomych, jakieś przeżycie inne od tego w hotelu czy domu i w sumie miło spędzony czas.

IMG_0121_1600x1200

Po wielbłądach czas na wyjście na górę na zachód słońca. Ja niestety nie idę. Namawiam Męża, ale On dzielnie zostaje przy moim boku. Leżę więc w namiocie na poduszkach, nasi przewodnicy siedzą naprzeciw i rozmawiają o swoich sprawach – też mają chwilę spokoju od wycieczkowiczów. Ja jednak czuję, że bacznie obserwują, co się ze mną dzieje. Od czasu do czasu próbują zagadywać, nawet żartują, a ja jestem wdzięczna za tę życzliwość, bo wiem, że nie jest udawana. Te drobne gesty człowieka wobec człowieka dają poczucie bezpieczeństwa, że nawet na innym kontynencie, za zwyczajne „dziękuję” wypowiadane w przeróżnych językach, znajdą się tacy, którzy nie patrzą wyłącznie na zyski, a po prostu są ludzcy.

Już po zachodzie siadamy do wspólnej herbaty i kolacji przywiezionej dla nas z hotelu. Przy okazji miejscowe dzieciaki korzystają z drobnych prezentów: cukierków, soczków, batoników, etc. Dzieci wszędzie są takie same: jak tylko zwietrzą okazję, wyciągają łapki po łakocie. Potem, na stronie, zamiast się kłócić, dzielą się łupami z młodszymi. Jakby nie patrzyć, na pewno na tę formę zapłaty zapracowały. Nie dostaną przecież gotówki, a obsługują gości na równi z dorosłymi.

Wracamy już po zmroku. Sił mi przybywa, ale za kierownicę nie mam odwagi wsiąść. Przytulam się więc do pleców Męża i jedziemy do bazy. Na miejscu znowu dostaję koktajl wzmacniający, dziękuję za opiekę i zdążamy do hotelu.

Na drugi dzień nie ma śladu po mojej, bardzo delikatnej formie faraonki. I dobrze, bo przed nami nurkowanie.

W zasadzie właśnie na tę imprezę czekam. Mój Małżonek nie jest zdecydowany i twierdzi, że człowiek właśnie po to dostał nogi, aby chodzić po ziemi, ale już zapłacone, więc śmieję się, że tym razem On cykorzy. Nagle łup… – trzaskają drzwi od łazienki. „Jedź sama – słyszę – ja nie dam rady.”

No tak, najpierw ja, teraz On.

„Jak to sama? Zostanę z Tobą. Zapytam, czy można odzyskać kasę, w końcu względy zdrowotne to inny powód rezygnacji niż zwykłe lenistwo.” – wyrzucam i idę szukać rezydenta.

Tu jednak się myliłam. Mądrzy rezydenci i/lub organizatorzy wyjazdów zauważyli, że po dwóch do czterech dni turyści chorują, a przecież w czasie ośmiodniowego pobytu w Egipcie, każdy skusi się na jakieś dwie wycieczki. Jeśli nie da znać o rezygnacji dwa dni wcześniej, pieniążki przepadną, czyli będą stanowić czysty zysk. Tylko kto przewidzi, kiedy zachoruje? „O nie! – Pomyślałam. – Tak nas nie wyrolujecie!”

Decydujemy, że popłynę sama. Trochę z żalem wsiadam do autokaru, a potem na łódź. Wypełniam rubryki dokumentów mówiących o stanie zdrowie, odpowiedzialności, zasadach, etc. Uczę się znaków ostrzegawczych używanych przez nurków i idę się targować. Najpierw trafiam do jakiejś dziewczyny przyporządkowującej uczestników do nurków. Tłumaczę, że Mąż jest chory i chciałabym skorzystać z Jego czasu nurkowania, bo inaczej nie jesteśmy w stanie odzyskać wpłaconej sumy. Ta smętnie kręci głową, twierdzi, że nic się nie da zrobić, ale w tym momencie podchodzi starszy jegomość (szef nurków) i pyta w czym problem. Uśmiecham się, tłumaczę raz jeszcze i ku mojej uciesze zyskuję dodatkowe pół godziny pod wodą.

W związku z przedłużonym czasem na nurkowanie, jestem ostatnia w kolejce. Czekam, obserwuję reakcje ludzi, którzy najpierw się bali, a teraz wychodzą z wody z uśmiechami od ucha do ucha i uczuciem nienasycenia. Swoje obawy staram się schować gdzieś głęboko (tylko jak, skoro w kostiumie nie ma kieszeni?) i znowu zgrywam chojraka. Smutno mi trochę samej, więc staram się rozmawiać z poznanymi ludźmi. Łapię wspólny język z jedną panią i jej córką oraz z nurkiem, z którym mam zwiedzać rafę. Sama trochę pływam z maską i fajką, i przyzwyczajam się do złudzenia bliskości skał, jakie daje woda. W końcu skupiam się na wszystkich czynnościach, które trzeba wykonać przed zanurzeniem w wodę. Najpierw dobieranie pianki. Wszystkie są obrzydliwie mokre i zimne; potem płetwy, z którymi okazuje się być więcej zachodu, bo nie ma mojego rozmiaru; następnie plucie w maskę, żeby szyba nie parowała i płukanie jej wodą. Gdy już jestem gotowa, ktoś nakłada mi na plecy butle z tlenem. Chwila ciężkości i chlup… – zostaję wrzucona do morza. Parę wdechów przed daniem nurka w głębiny pozwala przyzwyczaić się do oddychania ustami. Zostaje jeszcze tylko wyrównywanie ciśnienia w uszach podczas schodzenia w dół i, gdy już jestem pełna obaw, że się nie uda, ból ustępuje.

IMG_0651_1600x1200

Możemy płynąć. Instruktor co chwilę pyta na migi, czy wszystko w porządku, pokazuje mi rafę, kryjówkę mureny, jeżowce. Mijamy ławicę rybek, które przy odpowiednich reflektorach pewnie mienią się kolorami tęczy, ale dla nas przybierają szaro-brązową barwę. Lądujemy na morskim dnie pokrytym miękkim piaskiem i „tańczymy” walca. Połowa drogi za nami. Wracamy więc w kierunku łodzi opływając rafę z drugiej strony. Mijamy ryby o kolczastych płetwach grzbietowych, koralowce o przeróżnych kształtach, jednak robi się coraz zimniej, więc zaczynam z niecierpliwością wyglądać statku. Czas skraca mi migowa rozmowa z Aymannem. Dziwię się, że za pomocą kilku poznanych gestów i mimiki można tyle powiedzieć. Po cóż ludziom słowa, słowa i słowa, których i tak często brakuje?

Podczas wynurzania słońce igra nade mną tworząc coraz jaśniejszą plamę. Dopływamy do drabinki i wspinam się na powierzchnię. Butle znowu zaczynają ciążyć, ale też robi się coraz cieplej. Po chwili, już bez balastu, płetw i mokrej pianki, wygrzewam się na pokładzie.

Przed nami chrzest. Mała uroczystość z serii tych, których staram się unikać od czasu chrztu kolonisty. Oberwanie płetwą w tyłek ma wywoływać radość i śmiech, jednak wcale do śmiechu nie jest, gdy Aymann używa podwójnej siły z racji podwójnego czasu spędzonego pod wodą. Potem przeprasza, ja się dąsam, ale daję się przebłagać ciastkiem – jak dziecko.

Delikatne kołysanie, prażące słońce i – bądź co bądź – zmęczenie powoli owija mnie w sen jak w delikatny koc. Zasypiam na ławce, a moja skóra ciemnieje niczym u Egipcjanki. Budzę się po kwadransie, rozmawiamy jeszcze z poznanymi dziewczynami i dopływamy do brzegu.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W pokoju zastaję wyczerpanego faraonką Męża. Już czuje się lepiej, ale jest słaby i odwodniony. Znacznie słabszy niż ja po pustyni. Dobrze, że właściciel hotelu zadbał o przyniesienie posiłku do naszego pokoju i napisał, które leki Mąż ma kupić w aptece. Nawadniamy się i odpoczywamy żeby mieć siłę na wieczór. Jutro laba na plaży, a potem jeszcze wycieczka do Luksoru i dzień wyjazdu do domu.

IMG_0636_1600x1200

Reklamy

2 thoughts on “QUADY, SZISZA I CHRZEST NURKA. EGIPT, CZ. II

  1. jacek29 pisze:

    Hahahah Shisha ?. W egipcie znac to dobrze ,jak pogrzebiesz na moim blogu to cos tam znajdziesz na ten temat

  2. jacek29 pisze:

    Hurghada .hmmmm.bez obrazy to jes Chyba najbardziej „zasrana dziura na swiecie „,jaka odwiedzilem .jeszcze raz przepraszam ,ale jest takie moje spojzenie na to miejsce

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 84,416 VISIT

MOST POPULAR

Archiwum

%d blogerów lubi to: