Google+

BAKSZYSZ, WIELBLAD W CZAPCE I PALMY DAKTYLOWE. EGIPT, CZ. I

Dodaj komentarz

18 lutego 2013 - autor: MIŚKA

IMG_0694_1600x1200

Chodzi Mąż po domu i od czasu do czasu rzuca: „Napisz coś” albo „Ile godzin potrzebujesz na pisanie?”. Te namowy to milkną, to pojawiają się ze wzmożoną siłą. Sama zabieram się do komputera, ale po chwili albo dzieci przychodzą z listą życzeń, albo sama zaczytam się w innym blogu, albo dopadają mnie zwyczajne obowiązki typu gotowanie, sprzątanie, etc., a pisanie jak nie wychodziło, tak nie wychodzi.

Od dość długiego czasu planuję skrobnąć coś o Egipcie lub Bułgarii i Stambule, tylko pamięć już nie ta i wrażenia powoli się zacierają. Czas jednak wziąć byka za rogi i sklecić choćby parę zdań.

 Egipt to miejsce naszej podróży poślubnej. Chyba każdy wycieczkowicz choć raz pomyślał o tej kolebce cywilizacji, której tak znamienite ślady przetrwały po dzień dzisiejszy. Tak więc padło na Egipt, a dokładniej na Hurghadę.

Hotel wybraliśmy trochę po zdjęciach, trochę po lekturze komentarzy i chyba był to dobry wybór zważając na warunki jakie zastaliśmy po przylocie na miejsce.

Już w samolocie zostaliśmy ostrzeżeni, że czeka nas lżejsza lub cięższa forma tzw. faraonki, czyli rozstroju żołądka spowodowanego zmianą flory bakteryjnej. W każdym razie chcę wierzyć, że to właściwa przyczyna wszelkich dolegliwości gastrycznych spotykających turystów. Drugie ostrzeżenie dotyczyło bakszyszu, czyli napiwku za byle usługę. Trzecie i ostatnie to wolność podróżowania w Egipcie, która jest praktycznie niemożliwa. Wycieczki przypominają konwoje kilkudziesięciu autokarów jadących w to samo miejsce, czas wolny spędza się w hotelu lub na plaży, ewentualnie na którejś z pomniejszych organizowanych imprez. Z tym bagażem wiadomości oraz z własnymi plecakami wysiedliśmy z samolotu, gdzie natychmiast uderzyła nas fala gorącego powietrza.

No to jesteśmy w Afryce, w państwie faraonów, kotów, wielbłądów, Beduinów…

Wychodzimy z lotniska i od razu wołanie: „Help you, help you!” Grzecznie dziękuję, mówię, że damy radę sami, chcę chwycić plecak, ale ciemnoskóry tubylec już próbuje go taszczyć w jakimś sobie znanym kierunku. Zatrzymujemy go, bo sami jeszcze nie wiemy, gdzie się udać. Posłusznie oddaje bagaż i wyciąga rękę. „Bakszysz, bakszysz”. „No tak – naiwni turyści – myślę – pomimo przestróg, nie zdołali uchronić się przed naciągaczem.” Idziemy dalej bacznie obserwując teren w poszukiwaniu właściwego autokaru, do którego mamy wsiąść i grup Egipcjan, przed którymi powinniśmy uciec. Już bez większych ekscesów lokujemy się w fotelach i jedziemy do hotelu.

Droga mnie zadziwia. Fakt, spodziewałam się czegoś odmiennego, jakiejś pustyni, brązów piasku i skał. To jednak zupełnie coś innego. Gładka jak stół jezdnia, a w koło plac budowy i mieszanina piasku z betonem osiadająca na wszystkim, unosząca się w powietrzu jak mgła, ludzie poruszający się we wszelkich możliwych kierunkach jak we śnie, niezważający na ruch uliczny oraz wszechobecne śmieci budowlane: kartony, plastiki, gruz. „Boże, gdzie my jesteśmy”- przeszło mi przez myśl, ale nic, przecież to tylko pierwsze chwile, może będzie zupełnie inaczej.

Teraz zaczynamy mijać hotel za hotelem i porównujemy: „O, ten wygląda świetnie”, „Ten był piękny na zdjęciach, a tu ruina”, „Jaki będzie nasz hotel?”. Okazuje się całkiem ładny i zadbany.

IMG_0684_1600x1177

Po zakwaterowaniu słyszymy tylko ciąg dalszy przestróg związanych z samowolnym opuszczaniem tereny resortu, piciem wody innej niż z butelki, żartowaniem z żandarmów, których pełno na każdym kroku, spóźnianiu się, etc. Idziemy spać dziękując po drodze za pomoc i unikając bakszyszu.

Rano spóźniamy się na spotkanie grupy, ale specjalnie się tym nie przejmujemy. Trochę takich posiadówek już za nami i wiemy, że czeka nas gadka o bezpieczeństwie i propozycje imprez, które mają znacznie wygórowane ceny. Ustalamy, ile możemy wydać na wyjazdy, które faktycznie są wyłącznie w formie zorganizowanej i decydujemy się na Luksor, wyjazd quadami na pustynię oraz nurkowanie. Denerwuje mnie fakt, że przy rezygnacji z wycieczki, trzeba dać znać dwa dni wcześniej, aby odzyskać pieniądze. Jak się później okaże, moje wzburzenie było słuszne, a warunki rezygnacji to czyste oszustwo ze strony rezydentów.

Po południu postanawiamy wziąć sprawy w swoje ręce i wyjść poza hotel. Przeciwwskazań w zasadzie nie ma, a że nie lubimy poddawać się tłumowi, ruszamy na zwiedzanie Hurghady. Tylko w którą stronę? Rozglądamy się dookoła, wypatrujemy ciekawych obiektów i wyznaczamy kierunek na wieżę minaretu. Żandarm zapytany o pomoc próbuje wytłumaczyć, jak dojechać do celu, łapiemy taksówkę i w drogę. Znowu pytam siebie co my tu robimy w tym kurzu i pustkowiu, które poprzecinane jest jedynie drogami, ale zaciskam zęby i jak muzułmanka maszeruję za Mężem dalej.

Poszukiwania centrum handlowego, w znaczeniu straganów trwa długo. Już prawie zrezygnowani przystajemy żeby podjąć jakieś sensowne kroki i naszym oczom ukazuje się zagłębiony w ziemi kościół należący do obrządku koptyjskiego. Schodkami schodzimy do murów kościoła, na tablicy doszukujemy się informacji o czasie powstania. Do środka nie wchodzimy, bo jest zamknięte. Kontemplujemy chwilę ciszę panującą dookoła nas i jakąś mistyczną aurę bijącą z tego miejsca. Jeszcze raz podejmujemy próbę odnalezienia bazaru. Skręcamy za róg i trafiamy na sklep z przyprawami. Ludzi za dużo nie ma – pewnie wypoczywają chroniąc się przed słońcem. Nieopodal ktoś wstaje i woła do swojego stoiska. Podchodzimy. Młody mężczyzna sprzedaje papirusy wszelkich rozmiarów, fajki wodne, tytoń. Pyta skąd jesteśmy, a gdy dowiaduje się, że z Polski, mówi, że ma żonę Ankę. Zaprasza nas na następny dzień, żebyśmy mogli ją poznać i na zachętę daje dwie papirusowe zakładki do książek, na których po arabsku wypisuje nasze imiona. Nie kupujemy nic, bojąc się, że papirusy to falsyfikaty, ale przez myśl przechodzi mi, że w Polsce gratisy dodają tylko do zakupów, a nie przed ich zrobieniem.

IMG_0035_1600x1200

Spragnieni i rozgrzani panującym skwarem wracamy do hotelu. Tylko jak się tam dostać? Wcześniej miejsce „postoju” a w zasadzie przystanku taksówek wskazał nam żołnierz, teraz nie ma żywego ducha. Dochodzimy do drogi i decydujemy się na złapanie stopa. Udaje się dość szybko. Nie do końca mam pewność, czy kierowca zrozumiał dokąd chcemy jechać, sami nie wiemy dokładnie, w którym momencie sygnalizować, że chcemy wysiąść, a w ogóle to przychodzi nam na myśl, że może nas gdzieś wywieźć, bo przecież od razu widać, że do auta wsiadły dwie zdezorientowane sieroty. Droga wlecze się nieubłaganie, każdy widok jest tak samo nieznajomy, przez radio wydostaje się muzyka przypominająca męczenie kota pomieszane z disco-polo, a kierowca z uśmiechem od ucha do ucha mówi nam coś w niezrozumiałym dialekcie angielskim. Gdy docieramy w pobliże hoteli, dajemy znać, że stąd już trafimy. Nasz wybawca trochę się dziwi, tłumaczy, że to nie tu, więc tym bardziej chcemy wysiąść. „Jak nie tu, jak tu! Prawie tu!” Po chwili wysiadamy jakieś dwieście metrów od kurortu. Zmęczeni i zakurzeni przechodzimy obok hotelowych sklepów skąd dochodzą zachęcające nawoływania, ale mamy dość. Idziemy pod prysznic i na plażę. Po drodze wypijamy litry zimnej butelkowanej wody. Zdenerwowanie opada i oddaje miejsce znużeniu.

Tak to już jest, gdy strach bierze górę. Okazuje się, że był całkiem irracjonalny, ale wszelkie legendy i historyjki, przed którymi tak chcieliśmy uciec, zaszyły się gdzieś w podświadomości i powoli przesączały się – jak trucizna – do naszych myśli.

Wieczór i noc mija spokojnie pod znakiem jedzenia. Dobrego, innego niż w domu. Jest też wino i drinki serwowane przez zbyt przymilających się barmanów, jednak jeden mówi po włosku, więc dyskretnie dowiaduje się od Męża, że ręce ma trzymać przy sobie.

Kolejny dzień jest również spokojny: na plaży, w basenie, w zatoce i u masażystek.

Wokół hotelu panuje leniwa atmosfera, nie ma więc stresu. To wylegujemy się na plaży, to wskakujemy do chłodnej morskiej wody lub do basenu z wyspą i barem z „darmowymi” drinkami. Obchodzimy hotelowe budynki obsadzone palmami daktylowymi, spoglądamy na otwarte morze i nurków badających nikłą w tym miejscu rafę, natrafiamy na znudzonego wielbłąda w czapce. W sumie nam też zaczyna się nudzić, więc kierujemy się do salonu kosmetycznego i zapisujemy się na zabiegi. Peeling z kokosa, sauna turecka, masaż olejkami… – coś fantastycznego! Po relaksie idziemy na kolację do włoskiej restauracji, do której mamy 50% zniżkę, a tam jemy, jemy, jemy – jak u Lukullusa.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Może to zbyt wiele luksusu, ale względnie niedrogiego i w podróży poślubnej… Każdemu relaks przecież się należy, zwłaszcza, że przed nami kolejne atrakcje: quady na pustyni, nurkowanie i Luksor. O tym jednak w drugiej części wpisu.

IMG_0602_1600x1200

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 82,335 VISIT

Archiwum

%d blogerów lubi to: