Google+

Mistrzowie mojej niewiedzy.

8

9 lutego 2013 - autor: MIŚKA

Kilka lat temu, w ramach warsztatów pisania na studiach, przyszło mi napisać esej, którego podstawą był zbiór Adama Zagajewskiego Obrona żarliwości. Swoją drogą eseje te polecam, gdyż czyta się je przyjemnie, a po lekturze zostaje jakiś wewnętrzny „wkręt” świdrujący myśli, narzucający pytania, popychający do zadumy. Ale to na marginesie.

Po namowach męża postanowiłam podzielić się moją pracą z czytelnikami bloga. Wiem, że tekst nie traktuje o koniach, nie jest o zwierzętach, ale sprawia, że wracają wspomnienia o osobach dla mnie ważnych.

I tu osobista wycieczka… Pani Profesor języka polskiego pewnie blogów nie czyta, a w każdym razie nie czyta o Sabatówce. Po części dlatego publikuję swój esej – nie spalę się ze wstydu, że tak nieudolnie opisałam i upubliczniłam wspomnienia o mojej Mistrzyni. Jeśli jednak, jakimś zbiegiem okoliczności, Pani Profesor to przeczyta, proszę nie mieć mi za złe. Po prostu dobrze Panią wspominam.

Mistrzowie mojej niewiedzy. Na marginesie Obrony żarliwości Adama Zagajewskiego.

 

„Myśli w nas drzemią,

dopóki ktoś ich w nas nie poruszy”

(Berent; Próchno)

Ten, kto pisze jest zwykle sam wobec białej kartki papieru czy bladego ekranu komputera, które przyglądają mu się uważnie i impertynencko

 – pisze Adam Zagajewski w swoim eseju Pisać po polsku. I w tej właśnie chwili siedzę nad taką kartką, pastwiącą się nade mną swą bielą oraz grubo wypisanym nań tytułem, a jedyne co czuję, to samotność myśli błądzącej w mrocznych otchłaniach świadomości, nie mogącej wybić się ku światłości nocnej lampki.

A iluż Wielkich doświadczało tej samotności, o której pisze Zagajewski? Czyż nie było w życiu każdego z nich takich chwil, w których myśl umykała, świat znikał za jakąś nieokreślona mgłą i zostawała pustka, ta przeraźliwa pustka, pozwalająca na odrodzenie się myśli nowej, jasnej, dziękczynnej?

A owe słynne słowa Sokratesa: wiem, że nic nie wiem – czy i w nich nie ma tej odrobiny samotności myśliciela? Czyż ten mistrz nie wskazuje ogromu niewiedzy, która tkwi w każdym człowieku, w Tobie, we mnie,…? Nieustanne zadawanie sobie pytań, stawianie się pomiędzy sprzecznościami targającymi trzewia naszych umysłów, drążenie w natłoku informacji, by dotrzeć do Prawdy,… – początkowo z tłumem, potem z garstką bliskich, aż od pewnego punktu samotnie – i nieustanne stwierdzanie: nie wiem. To jedyna odpowiedź, którą możemy postawić u końca naszego samotnego poszukiwania.

Zagajewski pisze o Czapskim:

 „Miał wielu przyjaciół, którzy kochali go i podziwiali bez reszty, aż do samego końca. W gruncie rzeczy jednak był człowiekiem samotnym. Był moim przyjacielem i mistrzem.

Mistrzem mojej niewiedzy.” (Piłowanie i błysk)

Tylko ci, którzy znajdują Sokratejskie nie wiem w samotni swych rozważań mogą stać się mistrzami niewiedzy dla innych; mogą poruszyć drzemiące w nas myśli.

Zdając egzaminy wstępne do liceum marzyłam, aby dostać się do klasy o profilu biologiczno-chemicznym. Chciałam w przyszłości zostać weterynarzem. Spełniłam swoje marzenie – dostałam się do wybranej klasy. Nie przypuszczałam nawet, że wybór ten przyczyni się do zmiany moich życiowych planów.

Zobaczyłam Ją na pierwszej lekcji. Była ruda, chuda jak szczapa, przypominała kobietę, która raczej przenika przestrzeń aniżeli twardo stąpa po ziemi. Miała nas uczyć polskiego. Zaskoczyły mnie Jej pierwsze słowa:

 Witam was na tym spotkaniu wokół literatury. Mówię spotkaniu, gdyż nie chciałabym, aby te czterdzieści pięć minut przypominało nudną i sztywną lekcję, podczas której i wy i ja  będziemy ukradkiem spoglądać na zegarek.

Dwudziestu sześciu „biologów” czytało więcej niż przewidywał program, prowadziliśmy ożywione dyskusje, choć przecież nikt z nas nie miał zacięcia humanistycznego. Ten czas był czasem fascynacji, przygody, próby odnalezienia się między przyziemnością, zwyczajnością a czymś niedotykalnym, niewidzialnym, mistycznym. Po roku przestała uczyć w naszej szkole, ale dla wielu została kimś bardzo ważnym; kimś dla kogo żywi się ogromny szacunek.

Gdyby nie klasa biologiczno-chemiczna nie spotkałabym Jej na mojej drodze; gdyby nie Ona, nie podjęłabym studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Gdy myślę o lekcjach polskiego w I klasie LO, przypominają mi się słowa, które nie tak dawno temu o swoim mistrzu wypowiedział prof. Tadeusz Gadacz:

Mistrz sam nie jest w stanie niczego nakazać, może tylko odsłonić, zafascynować do tego stopnia, że uczeń może dać się uwieść. Tischner właśnie taką potęgą dysponował. W przedziwny sposób emanował i zaczarowywał, tak że właściwie, zanim człowiek zaczynał orientować się, na jaką trudną drogę wstąpił, było już za późno.[1]

Myślę, że mistrzowie właśnie tacy są: pojawiają się w naszym życiu, chociaż ich nie szukamy; wybierają nas, a my pozwalamy być wybieranymi. Jakby od niechcenia wskazują nam kierunek, w którym należy podążać i milczą, pozostawiając nam decyzję, co robić dalej. Kroczą z majestatycznym spokojem, gdzieś w ukryciu, z boku, i pojawiają się, by nas czegoś nauczyć; znowu stawiają problem i zostawiają nas w samotności. Obserwują. Nie narzucają się, nie podają gotowej recepty. Przy mistrzach trzeba się sporo namęczyć, gdyż oni nie pozwalają nam „pójść na łatwiznę”. Czasem wręcz doprowadzają do buntu przeciw nim samym. Jak powiedział prof. Tadeusz Sławek:

(…) niebezpieczeństwo [pójścia na łatwiznę] istnieje. Tyle, że właśnie mistrz jest tą osobą, która dostrzegając taką ewentualność, będzie umiała delikwenta szybko pozbawić złudzeń. Na tym polega właśnie różnica między mistrzem prawdziwym a „protezą” mistrza. Protezę można najłatwiej znaleźć w mediach. Taki pseudomistrz to ten, który szeroko się uśmiecha i mówi nam: róbcie dokładnie to co ja, wyglądajcie – tak jak ja.[2]

Tymczasem prawdziwy mistrz dostrzega indywidualność swojego ucznia, nie przerabia go na kogoś zupełnie innego, na swoją kopię, ale rzeźbi z niego kształt pełen piękna i doskonałości, prostoty i tajemniczości, klasycznej harmonii i ekspresji. Mistrz jest rzeźbiarzem, ale nie wyrobnikiem; jest artystą, który wie, że na pewnym etapie jego rola się kończy. Zawsze będzie widać jego szlif, ale on sam działa tylko do pewnego momentu, gdy uczeń-rzeźba jest już gotowy. Gotowy jednak nie do tego, aby zatrzymać się jako dzieło skończone, lecz by wkroczyć na nowy, inny etap życia. Tam być może spotka się z innym mistrzem, który przyda uczniowi kolejnych doskonalących szlifów. A gdy uczeń spojrzy w zwierciadło pamięci, rozpozna czyja ręka nadała mu ten kształt, kto go prowadził ku Prawdzie i kto wypuścił go na wolność. Tę wolność, która pachnie samotnością, a jednocześnie pociąga nadzieją, że znajdzie się Prawdę.

Mistrz nie doprowadza jednak do stanu, kiedy już nie ma pytań. Przeciwnie, piętrzą się one jeszcze wyżej i są jeszcze trudniejsze, ale mistrz przygotowuje ucznia, daje mu nadzieję na to, że nie zgubi się on w tym trudnym labiryncie. Wiedza, którą przekazuje jest jakby nicią Ariadny, uczeń zaś sam musi wiedzieć, jak z niej skorzystać. Zawsze jednak pozostaje jakaś niewiedza i to jest najpiękniejsze. Bo czegóż szukać, po cóż zadawać pytania, skoro wszystko stałoby się jasne?!

Gdy dowiedziałam się, że zostałam przyjęta na wydział filologii polskiej, natychmiast zadzwoniłam do mojej nauczycielki. Powiedziała wtedy:

 

– Moja rola skończona. Teraz przyszedł czas na innych, lepszych, mądrzejszych… Ufam, że odwiedzisz mnie czasem i podzielisz się ze mną swoimi doświadczeniami. Może się czegoś nauczę.

– Jak uczeń może nauczać swojego mistrza? – zapytałam.

– Może. Jeśli uczeń nie przerośnie swojego mistrza, znaczy, że mistrz był marny.

Słowa te tkwią mi w pamięci do dziś tak mocno, jakby nasza rozmowa miała miejsce przed paroma minutami. Wciąż nie wiem, czy uczeń może przerosnąć mistrza, czy w ogóle ma takie prawo. A jeśli tego nie zrobi, czy oznacza to, że mistrz był marny, czy raczej uczeń – gnuśny?

Wiem jednak, że kilka lat temu, na mojej drodze pojawiła się pewna kobieta, która poruszyła moje myśli. Porusza je zresztą po dziś dzień, ponieważ szlify Jej dłuta pozwalają mi stawiać pytania. Pytania, na które często odpowiadam nie wiem. Ona uzyskała tytuł mistrza.

Mistrza mojej niewiedzy.


[1] T. Gadacz w wywiadzie udzielonym Joannie Klimczyk; W poszukiwaniu utraconego mistrza [w:] „Res Publica Nowa”, Warszawa 2002, nr 11, s.25.

[2] T. Sławek w wywiadzie udzielonym Joannie Klimczyk; Mistrz jako wicemistrz [w:] op. cit., s.22.

Reklamy

8 thoughts on “Mistrzowie mojej niewiedzy.

  1. Iwona. Dobre to. pisze:

    Każdy jak widać potrzebuje impulsu.

  2. Aurora pisze:

    Piękne zdjęcia, świetny blog 🙂 prowadzony z pasją 🙂
    Co prawda, ja konno nie galopuję, ale z przyjemnością blog podam dalej do galopujących znajomych 😉

  3. SABATOWKA pisze:

    Bardzo dziękujemy za miłe słowa! Galopowanie jednak gorąco polecam, zresztą, nawet spacer stępem w odpowiednim towarzystwie czy otoczeniu sprawia niesamowitą przyjemność.

  4. hydroizolacja pisze:

    Strona świadczy o ciekawych wydarzeniach, zachęcam do dyskusji

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 84,623 VISIT

MOST POPULAR

Archiwum

%d blogerów lubi to: