Google+

Zal za Kasztankiem

Dodaj komentarz

13 lutego 2008 - autor: SABATOWKA

Żal za Kasztankiem.

      Pogoda, jaka jest, każdy widzi. Zabieram się więc do znienawidzonego zajęcia – porządkowania papierów i zdjęć. I nagle wpada mi w ręce zdjęcie głowy zimnokrwistego konia w obramowaniu okna na naszym tarasie. To jak uśmiech w ten ponury dzień.
Koń to Kasztanek, a jego historia w tym okrutnym dla zwierząt świecie brzmi jak film familijny. Jeśli chcecie, to przeczytajcie „Opowieść o koniu, który miał dobre życie”.
Swoją karierę Kasztanek rozpoczął jako koń wozaka zbierającego dzień w dzień bańki z mlekiem. Zarówno koń, jak i właściciel zestarzeli się i Kasztanek został sprzedany młodym Holendrom rezydującym w Bieszczadach. (Trzeba zauważyć, że wozak trochę minął się z prawdą podczas transakcji i z osiemnastolatka zrobił ośmiolatka.)
Dla Kasztanka rozpoczęły się długie, leniwe lata na połoninach. Trochę pracował wożąc deski na budowę domu, czasem wiózł właściciela na piwo, resztę czasu kontemplował na łąkach. W międzyczasie jego następnymi właścicielami zostali Dinnie i Wilfried, jednak dla Kasztanka nic się nie zmieniło: w lecie połoniny, w zimie przejazd do naszej stajni na pensjonat.
Któregoś roku Wilfried zdecydował, że koń jest już zbyt leciwy aby wędrować z Bełwina w Bieszczady i zostawił go u nas.
Tak z czasowego pensjonariusza, blisko trzydziestoletni Kasztanek został pełnoprawnym obywatelem „Sabatówki”. Nikt nie liczył na to, że zostanie tak długo – osiem lat. Zajął ostatni boks po lewej stronie i nasze serca.
Koń miał zdecydowany i specyficzny charakter. Przede wszystkim nie tolerował innych koni, nawet tych, z którymi był w Bieszczadach. Nie żeby któregoś atakował – nie, po prostu demonstracyjnie opuszczał padok przez strumień bądź taranując ogrodzenie. Ze względu na wiek, wieloletnie przyzwyczajenie do życia bez ogrodzeń i sporą przestrzeń, którą dysponujemy, pozwoliliśmy mu przebywać na terenie całego gospodarstwa, gdzie tylko chciał.
Kasztanek posiadał wybrankę swego serca. Została nią Jagodzianka – krowa rasy jersey – i to z nią wędrował po pastwiskach. Jak to mężczyzna, czasami opuszczał swą lubą dla lepszego kawałka trawy. Wtedy ponad polami dało się słyszeć żałosne porykiwanie Jagodzianki.
Noce spędzał w otwartym boksie lub stodole. Nieraz, wracając z rannej przejażdżki, widziałam go wylegującego się na klepisku z dużą wiązką siana w pysku.
Nie obyło się oczywiście bez konfliktów. Bez litości marnował mój warzywnik. Ogrodziłam grządki pastuchem elektrycznym, to zjadł lawendę na kwietniku. Ogrodziłam kwietnik – zajął się krzewami. Zabezpieczyłam krzewy – zainstalował się w sadzie. Te dni wspominam jako nieustanny proces ogradzania się pastuchem – jakby to Kasztanek wydzielał nam przestrzeń, po której możemy się poruszać.
Był na tyle sprytny, że wkładał łeb przez okno do domu, gdzie potrafił sięgnąć do stołu z makaronem lub kosza z owocami, a któregoś dnia, wychodząc spod prysznica, ujrzałam Kasztanka, jak przez uchylone okno przeszukiwał moje kosmetyki.
Jeden z naszych znajomych pozostawił u nas uprząż i sanki. Ku naszemu zdziwieniu, Kasztanek podszedł do chomąta i włożył weń łeb. Założyliśmy mu uprząż, a on raźnym krokiem potruchtał do sanek, gdzie się prawidłowo ustawił. Tak zostałam uczennicą konia w powożeniu. Był wymagającym nauczycielem. Niedociągnięcia w zakładaniu uprzęży kwitował pogardliwym prychnięciem, dla ociągającego się woźnicy nie miał żadnych względów – po prostu ruszał. A jednak uczył wspaniale. Potrafił zawrócić na paru metrach, gładko i swobodnie poruszał się po ścieżkach tylko odrobinę suchszych niż on sam. Widać było, że to lubi. W tych momentach zawsze ciepło myślałam o jego pierwszym właścicielu.
Kasztanek był jak wino – im starszy, tym lepszy. Prawda, dobre oko mogło dostrzec posiwiały łeb, zapadnięte oczy, ale grzywa i ogon wciąż były bujne, sierść lśniąca, mięśnie sprężyste, a kopyta twarde i zdrowe.
Będąc nieustannie na swobodzie, doskonale orientował się w naszych zwyczajach. Np. dwie osoby na konnym spacerze oznaczały możliwość włamania się do paszarki. Ruszał wtedy galopem do stajni, my oczywiście również, ale, do licha, ciężko było go dogonić.
Znał i potrafił poruszać się pod siodłem. Ale nie lubił. Z jakiegoś ważnego dla niego powodu czuł się koniem wyłącznie pociągowym. Czasami Wilfried próbował posadzić na niego jakiegoś malucha. Kasztanek tolerował małe rączki czyszczące go i karmiące, zgadzał się na jakieś dwa – trzy kółka pod jeźdźcem, ale potem nieuchronnie następował etap „starego, zmęczonego konia”: opuszczał głowę, zwieszał uszy, człapał coraz wolniej. Gdy to nie pomagało, po prostu kładł się na ziemi. Uwolniony od niemiłego obowiązku raźno kłusował na pastwisko.
Ach ten Kasztanek! Można by o nim opowiadać bez końca! Odszedł w imponującym wieku blisko czterdziestu lat.
I tak sobie myślę, że od czasu gdy Kasztanek galopuje po niebieskich łąkach, święty Piotr musi nieustannie ogradzać swoją chmurę pastuchem elektrycznym.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Google Translate

  • 82,335 VISIT

Archiwum

%d blogerów lubi to: